Ewangelia wellnessu

Jesteście gotowi na "Nowy Rok, nowa ja"? Bo ja wcale. Ale wracam do tematyki wellness, już poruszanej w ubiegłym "nowym roku".  

Tematyką tego reportażu jest ruch wellness w Ameryce (oczywiście), szeroko rozumiany: fitness, zdrowe odżywianie, medycyna alternatywna, wszelakie czary mary (pozytywne myślenie, manifestowanie) oraz biohacking. Autorka analizuje mechanizmy jakie stoją za tymi zjawiskami - dlaczego one się rozwijają i w jaki sposób. Diagnozę, czemu wellness stał się już nawet nie tyle modą, ale stylem życia, a nawet obowiązkiem wśród lepiej sytuowanych Amerykanów (i też wyznacznikiem klasy) autorka stawia już na samym początku: czasy się zmieniły, koszty życia rosną, ilość stresu, pracy i zmartwień też, ale płace stoją w miejscu, a rozwiązania na rozliczne problemy współczesnego świata zrzucane jest na jednostki. Ludzie więc szukają odskoczni, odstresowania się, ale też jakiejś rzeczy, którą są jeszcze w stanie kontrolować - jeśli nie jesteś w stanie kontrolować rzeczywistości, polityków, to przynajmniej miej wpływ na swoje ciało. Rina Raphael skupia się w tej analizie na kobietach, ponieważ to one głównie chłoną ruch wellness, we wszelkich jego przejawach i do nich jest skierowany marketingowy przekaz branży wellness - a czemu, to też Raphael wyjaśnia w tekście. M.in. dlatego, że feminizm, jak dotąd przegrywa z patriarchatem: 


Kobiety nie cieszą się równym statusem, nie są chronione przed seksizmem i nadal dźwigają brzemię oczekiwań społecznych związanych z prowadzeniem domu. 
Autorka słusznie zwraca uwagę (za Arlie Hochschild, znowu), że mężczyżni niewiele się zmienili, również rząd amerykański nie zadbał o rozwiązania, które ułatwiłyby kobietom życie, takie jak płatne urlopy rodzicielskie, zwolnienia lekarskie, czy dotowana opieka nad dziećmi. Kobiety się zmieniły, lecz wielu mężczyzn, pracodawcy i rząd po prostu siedzą z założonymi rękami.  I patrzą, jak kobiety się szarpią, bo w sumie, jakie mają wyjście? Tyle, że wellness w wersji amerykańsko-kapitalistycznej tak naprawdę dokłada kobietom presji i obowiązków. Obowiązek, by “żyć aktywnie”, żeby kontrolować składniki żywności, kosmetyków, odzieży, chemii gospodarczej, zabawek dla dzieci, etc., jakbyś była specem od tego wszystkiego. Poza tym masz obowiązek być piękną i młodą. I do tego ciągle trzeba więcej: nie wystarczy, że jesteś zdrowa, musisz to ciągle potwierdzać monitorowaniem swoich parametrów i niezliczonymi badaniami. I nie wystarczy, że biegasz albo jeździsz na rowerze (lub uprawiasz jakiś inny sport), ale musisz robić to w fajnych i drogich ciuchach i bić kolejne rekordy (którymi potem naturalnie trzeba się pochwalić na instagramie). 
“Dwadzieścia lat temu lansowano szczupłe ciało, lecz bez widocznych mięśni. Dziś oglądamy to samo szczupłe ciało, ale z zaznaczoną muskulaturą.” Czyli społeczeństwo w zasadzie uzupełniło niedościgły ideał o kolejne fontanny i wodotryski. 
Rozmówczynie autorki zwracają uwagę, że takie podejście branży i apologetów tego stylu życia, tylko zniechęca i zawstydza ludzi, którzy czują, że nie są w stanie sprostać tym wymaganiom. 
Nie inspirujemy większości ludzi, by byli fit (...) Jedynie wspieramy tych, którzy już są sprawni, i zawstydzamy tych, którzy nie są. (...) W ten sposób nasza powierzchowność i ciało są kosztownym projektem, w który musimy pakować coraz więcej pieniędzy, w nieskończoność modyfikując fitnessowego potwora Frankensteina. 
Nie tyczy to rzecz jasna tylko fitnessu, ale i każdej innej dziedziny wellness: bycia zdrową, piękną, młodą (a przynajmniej na taką wyglądającą), szczupłą, dobrze ubraną, pozytywnie myślącą, etc. No i eko, koniecznie. Zaczynam rozumieć ludzi, którzy alergicznie reagują na kolejne rady udzielane przez samozwańczych guru w temacie jak to wszystko osiągnąć…  
Społeczeństwo żąda od nas, byśmy mieli albo nadludzką wytrzymałość, albo tyrali jak woły, jeśli nie chcemy zostać w tyle. 
Chyba każdy ma takie poczucie. Coraz bardziej wyfotoszopowane zdjęcia, coraz większa konkurencja i oczywiście obsesja na tle produktywności - dobrze nam znane “cały czas musisz coś robić” (nota bene to kolejne wytłumaczenie dlaczego ludzie coraz mniej czytają! - siedzenie i czytanie nie wygląda na “produktywne” i dlatego nie wydaje się tak wartościowe jak aktywność fizyczna. Serio. Czyli dbanie o umysł jest mniej wartościowe, niż dbanie o ciało). A teraz jeszcze mamy konkurować ze sztuczną inteligencją, przy ciągłym akompaniamencie tekstów, że AI zrobi to lepiej od człowieka i że jako człowiek stajesz się zbędny… Nie bez znaczenia jest fakt, że na owe diety, fitnessy i zabiegi wellness trzeba po prostu dużo pieniędzy, przez co wellness staje się kolejnym wyznacznikiem klasy i bogactwa. Co gorsza, przywilejem bogatych staje się także zdrowie. Autorka porusza też problem kryzysu zaufania do współczesnej medycyny konwencjonalnej, oferowanej przez drogi i niewydolny amerykański system. W tym gorsze traktowanie kobiet przez lekarzy - co poskutkowało rozkwitem medycyny alternatywnej. Tu słuszne spostrzeżenie, że kobiety zasadniczo mają więcej kontaktów ze służbą zdrowia niestety (ginekologia, pediatria), a te kontakty są często bezosobowe i nieprzyjemne. 
Część pacjentek wciąż styka się z uprzedzenami z powodu płci i może przedstawić długą listę przewin systemu, który najpierw ignoruje, trywializuje lub błędnie diagnozuje ich przypadłości, by następnie zafundować im nieodpowiednie leczenie. 
Czemu tak jest? Medycyna to wciąż profesja biała, męska (choć to się zmienia, bo lekarkami zostaje teraz więcej kobiet niż mężczyzn) i zamożna. Pieniądze na rozwiązywanie medycznych problemów kobiet są cały czas stosunkowo niewielkie, ponieważ zawiadują tym mężczyźni, którzy - niespodzianka - nie rozumieją tych problemów. Raphael przytacza tu dane dot. m.in. start-upów z branży zdrowotnej: 
start-up taki jak Hims, który zaczynał od sprzedaży tabletek na zaburzenie erekcji i łysienia - zaledwie rok po powstaniu zgarnął 100 mld dolarów dofinansowania. Tymczasem założycielki firm zajmujących się menopauzą wciąż walczą o poważne traktowanie. 
I tak, z tej książki wprawdzie "nie dowiedziałam się niczego, czego bym już nie wiedziała", ale to przecież nie jest wina książki, że daje te same diagnozy, co kilka innych książek na ten temat, które już czytałam. Pisała o tym Brigid Delaney w Wellmanii, częściowo Amanda Montell w Idź za mną (analiza treningów fitness, które przeradzają się w kosztowną sektę religijną) oraz oczywiście Barbara Ehrenreich, w książce, którą zajmę się w następnej kolejności. Rita Raphael fajnie jednak zbiera w całość (i dość zwięźle) tę przesadzoną pogoń za wellnessem. Tekst jest uporządkowany, nie ma tu zbędnego lania wody, czy powoływania się na milion przykładów z życia wziętych - jest ich w sam raz. Raphael twardo stąpa po ziemi, jest tu konkret, nie sięga zbyt głęboko po jakieś ideologie, systemy filozoficzne czy dygresje, ale trzyma się opisu rzeczywistości i czytelnika też sprowadza na ziemię. W tym, że wellness to przede wszystkim biznes i marketingowa ściema, bo pozytywne działanie większości tych terapii, specyfików, diet, nie jest naukowo zweryfikowane. Sporo tego to po prostu zwykłe kłamstwa, wymyślone przez influencerów (kłamać jest łatwiej, niż przedstawiać naukowe fakty, bo nie musisz szukać zadnych danych czy źródeł). Lubię takie reportaże, więc bardzo dobrze mi się to czytało. Może tylko autorka trochę za bardzo zbacza za każdym razem w stronę diet/”zdrowej żywności” (tłumaczenie kwestii “naturalności”) i kolejnych instagramowych celebrytów, za sprawą których to wszystko się kręci. W szczególności dostaje się Gwyneth Paltrow. Natomiast to ostrze krytyki nie jest skierowane przeciwko kobietom ulegającym tej ściemie, białym i bogatym (zwłaszcza że autorka sama do nich należy), tylko przeciwko systemowi, który robi nas w bambuko i sprytnym przedsiębiorcom, którzy to wykorzystują. Raphael nie neguje samej idei wellness, ale neguje biznes wyrosły na jej gruncie, zwłaszcza ten oparty na kłamstwach i obietnicach bez pokrycia. Biznes, który sprawa, że ostatecznie wellness stało się (jak zwykle to bywa) zaprzeczeniem początkowej idei i zamiast nam pomagać, to jeszcze dokłada presji, pracy i stresu. Bardzo znowu słusznie autorka zauważa: 
Kobiety pragną mieć w życiu mniej. Mniej hałasu, mniej zajęć i mniej presji. Dbanie o własne potrzeby jest reklamowane jako plan wycofania się z akcji w celu minimalizacji strat. (...) Lecz co właściwie kupujemy? I czy te metody pomagają? 
Wellness jako rozwiązanie dla współczesnych problemów proponuje nam konsumpcjonizm i eskapizm. Kiedy zapamiętale pedałujemy lub biegamy, ZAPOMINAMY o tych problemach. Nie na długo jednak. Dobrze czytać takie książki, żeby sobie uświadamiać takie rzeczy i którym miejscu my jesteśmy, jeśli chodzi o uleganie presji: rynku, social mediów, innych osób. Wymaga się od nas coraz więcej, w tym planowania przyszłości (zdrowia, posiadania dzieci, emerytury), w kulturze, która nie troszczy się o nasze potrzeby, a co gorsza w warunkach coraz większej niestabilności. I tego, byśmy stłumili swój stres i frustrację z tego powodu. Mnie zastanawia czemu się na to ciagle godzimy, czemu pozwalamy na rozwalanie społeczeństwa, wspólnoty, podczas gdy tylko wspólnie możemy coś zmienić? To jest oczywiście na rękę rządzącym i technokratom. Potrzebujemy nie tylko świadomości indywidualnej, większej dozy “rozsądku”, ale i wspólnych działań. 

Metryczka: 
Gatunek: reportaż 
Główny temat: ruch wellness
Miejsce akcji: USA
Czas akcji: współcześnie
Ilość stron: 384
Moja ocena: 5/6 

Rina Raphael, Ewangelia wellnessu. Fałszywa obietnica dobrostanu, Wydawnictwo Czarne, 2025 

Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później