Oto mamy kolejną książkę nawiązującą do boschowskiego Ogrodu rozkoszy ziemskich. Bohaterka tej książki pracuje w agencji reklamowej i wiedzie życie typowe dla wciąż młodych, wykształconych kobiet, singielek, żyjących w dużym mieście, w naszej części świata. Nie znosi swojej pracy - ponieważ czuje, wie, że nie ma ona sensu.
Robię to samo od ośmiu lat i wiem, że to bezwartościowe. Wiem, że świat byłby lepszym miejscem, gdyby zawody takie jak mój nie istniały. (...) A wiem to, bo ja sama po ośmiu godzinach pracy (...) często wierzę, że rozwiązaniem wszystkich moich problemów jest prześladująca mnie przez cały dzień (...) sukienka z Zary (...). Ta sukienka sprawi, że stanę się inną kobietą, zmieni mnie ona w wiosenną, szczęśliwą wersję mnie. Wiem, że kupując coś, płacisz za obietnicę lepszego życia.
I nie dziwię się: praca w agencji reklamowej, polegająca na wymyślaniu kolejnych sztampowych haseł i wciskaniu ludziom niepotrzebnych rzeczy, JEST bez sensu. To jest właśnie dokładnie ten rodzaj pracy, o którym pisał David Graeber - i fakt, że powstają takie narracje, jak ta, najlepiej dowodzi, że miał rację. Do tego te banalne rozmowy, z ludźmi których się nie lubi, udawanie, że się ciężko pracuje, motywacyjne pogadanki zarządu oraz poklepywanie się po plecach "jacy to jesteśmy świetni", zarządzenia i pomysły, które zamiast ułatwiać, to utrudniają pracę, przymusowe wyjazdy integracyjne, szkolenia na temat “radzenia sobie ze stresem” zamiast podwyżek, wymóg bycia online na okrągło. Czujemy, że marnujemy swoje życie siedząc po 8 lub więcej godzin (plus dojazdy) w miejscu, którego nie lubimy, robiąc rzeczy, których nie lubimy. I tego czasu nikt nam nie odda. Z kolei na to, co sprawia nam przyjemność zostaje już tak niewiele miejsca… A urlop, który, jak celnie ujęła to autorka, jest jak “plasterek przyklejany na ranę od topora”:
Urlop jest jak plaster na ranę po toporze. Jedziesz do miejsc, gdzie nigdy nie zamieszkasz, prowadzisz styl życia, na który cię nie stać, potem wracasz, a w wiadomościach telewizyjnych mówią o „syndromie pourlopowym", chociaż tak naprawdę powinni mówić: „Twoje życie jest tak beznadziejne, że popadasz w depresję, kiedy musisz do niego wrócić po dwóch tygodniach fantazji".
Autorka zapewne jest wyrazicielką odczuć całej rzeszy ludzi,
wykonujących pracę, której nie lubią, w korporacjach lub jakichś firmach
aspirujących do kultury korporacyjnej. Tak wiele osób doskonale wie o
co chodzi, więc nie dziwię się popularności tej książki (co jest
kolejnym dowodem na to, że Graeber się nie mylił). Tak naprawdę jest to
życie bardzo uprzywilejowane - pieniądze służą nam do zaspokajania też
własnych zachcianek, a nie tylko podstawowych potrzeb życiowych. Ta
praca jest także ceną za to, że możemy pójść do całodobowego marketu i
kupować frykasy, pić matchę, jeździć na wakacje, robić kolejne zakupy
przez internet… Czy jest to jednak rozkosz, czy raczej udręka, skoro - zgodnie z ikonografią Boscha - z tego raju jest tylko krok do piekła...
Beatriz Serrano i jej bohaterka wpisują się idealnie w trend w literaturze, którego bohaterkami są trzydziestokilkuletnie singielki, o którym Becca Rothfeld* pisze tak:
spora liczba wydawanych ostatnio powieści poświęconych wyalienowanym przedstawicielkom pokolenia milenialsów (...) “Pracują w biurze. Ich praca jest żmudna: wpisują dane albo koordynują dostawy jakichś bzdurnych produktów (...). Nie mają przyjaciółek, a jeśli je mają, i tak ich nie znoszą. Ich faceci trzymają je na dystans. (...) Jeśli w ogóle jedzą, to rzadko.
Oczywiste, że ostrze krytyki Ogrodu jest skierowane w stronę współczesnego stylu życia w bogatych społeczeństwach. Życia, o którym przecież wielu spoza tej naszej uprzywilejowanej strefy marzy, próbując się do niej dostać, a które dla nas okazuje się balansowaniem na skraju rozpaczy. Rodzice, wychowując swoje dzieci często pragną tylko, by były one szczęśliwe - no tylko, że nie jesteśmy szczęśliwi i wydaje się, że współcześnie coraz trudniej osiągnąć ten stan. Towarzyszy nam poczucie bezsensu własnej egzystencji, pustka, rozpacz, samotność. I coraz częściej mamy poczucie, że tkwimy w pułapce. Tkwimy w szponach systemu, który sami stworzyliśmy: pracować trzeba, by jakoś płacić rachunki. A te są coraz wyższe. Nasze życie kręci się wokół pieniędzy, to one nas definiują, a nie to jacy jesteśmy, czy o czym marzymy. Bębenek podbijają media społecznościowe, w których wszyscy publikują tylko te wyrywki swojego życia, którymi chcą się pochwalić, co kreuje fałszywy obraz, że wszyscy inni są piękni, młodzi, bogaci i zadowoleni z życia. Nic dziwnego, że potem czujemy się beznadziejnie i uciekamy: w słodycze, zakupy, używki, modlitwę albo występ w telewizyjnym reality show, co potem określamy jaką “największą przygodę w życiu”. To nie jest pierwsza powieść tego typu, z jaką mam do czynienia, np. czytałam też w ubiegłym roku mini-powieść Do perfekcji, która trochę inaczej, ale również opisuje tego typu problemy młodych ludzi: życie na pokaz, które nie przynosi spełnienia, a pod spodem pustka. Brakuje czegoś esencjonalnego.
Być może problem niektórych ludzi - mówiąc “niektórych” mam na myśli takich jak ja - polega na tym, że liczymy, że życie zaoferuje nam coś niesamowitego w najmniej oczekiwanym momencie. Pewnego dnia ślepy traf sprawi, że od tego momentu będziemy szczęśliwi, ponieważ wszystko wokół nas się zmieni bez naszego najmniejszego udziału.
Właśnie. Może nawet postawiłabym kropkę po liczymy, że życie zaoferuje nam coś niesamowitego. Dlatego też mam mieszane uczucia wobec Ogrodu - z jednej strony czuję
ten vibe, podobały mi się pewne spostrzeżenia, niektórzy uważają nawet, że ta powieść jest zabawna. Ja choć lubię satyrę, to chyba mam inne poczucie humoru, gdyż nie śmieszą mnie cudze upadki i depresja. Tylko że miałam poczucie, że
bohaterka chyba jednak powinna popracować nad sobą. Bo sama
odznacza się lenistwem umysłowym (myślenie stereotypami, szybkie
osądzanie innych ludzi i brak chęci do ich poznania), co zarzuca innym.
Sama jest częścią tej kultury korporacyjnej, pełnej fałszywych uśmiechów
i gry pozorów. Cynizm na pewno nie pomaga sobie z tym poradzić. I może szczęście polega też na odrzuceniu tego typu
negatywnych myśli, jakie wypełniają tę powieść. Po prostu pewne rzeczy trzeba sobie przepracować, pogodzić się z tym, że większość z nas nie jest nikim wyjątkowym, mamy zwykłe szare życie, które nie zamieni się w życie księżniczki albo księcia z bajki. I w tym zwykłym życiu trzeba znaleźć jakąś radość, jakiś sens. Bo nie będziemy mieć innego. Nie użalać się na los, kiedy tak naprawdę nie mamy żadnych większych problemów. Zwłaszcza, że szerszy ogląd spraw pokazuje, że może być gorzej i że "dobrze to już było". Ale lepiej o tym nie myśleć i cieszyć się tym, że możemy pójść po pracy do muzeum i kontemplować wielką sztukę… Po kilkunastu latach funkcjonowania mediów społecznościowych powinniśmy też już wiedzieć, jak to działa i nie wpadać w kompleksy z powodu tego, co ludzie piszą na użytek publiczny. Tylko takie refleksje chyba przychodzą z wiekiem, nie mają ich młode osoby. Te z kolei mają wiele marzeń i aspiracji, których nie są w stanie zrealizować - i doświadcza tego chyba każde, kolejne pokolenie.
Trochę to chyba jednak zmierza donikąd pod koniec - myślę, że nie zaspojleruję, jeśli napiszę, że bohaterka nie wyjeżdża do Afryki, żeby pomagać biednym dzieciom. Malarska metafora - poza trafnym tytułem (i wyklejką książki) - jest ledwie zasygnalizowana. A można by więcej, gdyż Bosch na wielu swoich obrazach potępia pusty, próżniaczy styl życia, obracający się wokół pieniędzy. Wszak w centrum jego Piekła znajduje się demon uosabiający chciwość. A wiecie, czemu obrazy Hieronima Boscha (większość) znajdują się w madryckim Prado? Bo ich wielkim wielbicielem był hiszpański król, Filip II, który nakupował lub nakradł co mógł (podczas tłumienia buntów w Niderlandach), zwożąc te dzieła do swojego pałacu. Co jest niezłym paradoksem, biorąc pod uwagę heretycki nimb, jakim owiany jest Bosch i to, że Filip II był jednak ortodoksyjnym katolikiem, zwalczającym herezję i wspierającym inkwizycję...
Metryczka:
Gatunek: powieść
Główna bohaterka: Marisa
Miejsce akcji: Madryt
Czas akcji: współcześnie
Ilość stron: 320
Moja ocena: 4/6
Beatriz Serrano, Ogród rozpaczy ziemskich, Wydawnictwo Znak, 2025
*Wszystko to zbyt małe - też książka z Ogrodem rozkoszy ziemskich na okładce (w oryginalnym wydaniu)!
Komentarze
Prześlij komentarz