Mamy też drugą książkę na ten sam temat, wellness i wellbeing. Barbara Ehrenreich prezentuje krytyczne podejście do współczesnej fascynacji zdrowym stylem życia. Ćwiczenia, treningi, suplementy, zdrowe odżywianie, badania profilaktyczne… Wystarczy chcieć, a będziemy żyć do setki. Ten pogląd stał się tak powszechny i naturalny, że właściwie stał się obowiązującym paradygmatem:
Możemy - albo wydaje się nam że możemy - wyjaśnić powody chorób w kategoriach komórkowych i chemicznych, powinniśmy więc być w stanie ich unikać, postępując według metod nakreślonych przez nauki medyczne: unikać tytoniu, ćwiczyć, poddawać się rutynowym badaniom lekarskim, jeść tylko to, co aktualnie uważane jest za zdrowe. Każdy kto nie zdoła tego zrobić, sam ściąga na siebie przedwczesną śmierć.
I to nawet nie jest książka o wellness, tylko znacznie szerzej o obowiązującym w dzisiejszych czasach światopoglądzie. O tym, że wszystko można kontrolować, własne ciało też. Że można je dowolnie kształtować, wpływać na jego stan, a jeśli coś idzie nie tak (np. tyjemy albo zapadamy na jakąś chorobę), to sami jesteśmy sobie winni, bo się nie staraliśmy, coś zaniedbaliśmy. To tzw. “doktryna osobistej odpowiedzialności za zdrowie”. Na przykład badania: nie ma dnia, żebym nie słyszała nawoływań do jakichś badań na to lub owamto, nawet jeśli czujesz się dobrze, straszenia chorobami (którym można było zapobiec, gdyby tylko delikwent wcześniej się przebadał), tudzież połajanek, że ludzie jednak nie chcą się badać, wyznając nadal zasadę, że jak czuję się dobrze, to po lekarzach nie łażę. Nawoływania do tego, by poddawać się badaniom i testom nie cichną. Blok reklamowy w telewizji to w 90% reklamy farmaceutyków. Skojarzenia z interesami przemysłu farmaceutycznego i medycznego nie są tu od czapy; lista potencjalnych dolegliwości się wydłuża, gdyż lekarze często diagnozują jako 'problem" coś, co jest czymś naturalnym.
Punktem wyjścia powinno być: mam się dobrze. Sposobem na to, żeby tak
zostało, jest trzymanie się dobrych decyzji - a nie lekarz szukający
problemów.
W innym eseju (Gdybym wiedziała) autorka podsumowuje to tak:
Istnieje różnica między zdrowiem, a zdrowizmem (...) Myląc zdrowie z cnotą staliśmy się bardziej nerwowi, mniej tolerancyjni i ostatecznie mniej zdolni do konfrontacji ze źródłami chorób, które leżą poza zasięgiem naszej indywidualnej kontroli. Na przykład, niemal nieuniknionym efektem zdrowizmu jest obwinianie ofiar. Jeśli ponosimy osobistą odpowiedzialność za swoje zdrowie, to zgodnie z tą samą logiką choroba musi być naszą winą.
Sami sobie winni są przykładowo ludzie otyli - i z własnego doświadczenia wiem, że w zasadzie niemożliwością jest przekonanie tych, którzy tak sądzą, że jest to kwestia znacznie bardziej skomplikowana niż “wystarczy mniej żreć”. Ta narracja nadal dominuje i jakoś w dyskusji na ten temat ostentacyjnie pomija się takie tematy jak stres, ubóstwo, brak czasu na aktywność fizyczną, wszechobecną niezdrową żywność i jej agresywny marketing, utrudniony dostęp do opieki zdrowotnej, brak wsparcia społecznego, etc. W środowiskach osób zamożnych, z wyższych klas zdrowy styl życia staje się wręcz obowiązkiem - i zarazem wyznacznikiem wyższej klasy. Otyli, chorzy na cukrzycę, pijacy, to przeważnie biedacy. Sami są sobie winni, bo nie chcą o siebie zadbać. Rzecz jasna nikt nie bierze pod uwagę, że zależność jest dwustronna i że tych ludzi nie stać na wymyślne diety, prywatne ubezpieczenie zdrowotne, a dodatkowo zabija ich stres związany z biedą i kiepską pracą (lub jej brakiem). Starzenie się jest też skandalem, nie czymś naturalnym, no nie wypada po prostu, i w miarę jak człowiek posuwa się w latach, tych pouczeń jak ma żyć, co robić, i jakie badania sobie zrobić, jest coraz więcej. Dopiero co oglądam wywiad z lekarzem, oznajmiającym, że geny odpowiadają jedynie w 7% za to, w jaki sposób się starzejemy - a reszta to "styl życia"...
ostatecznie do jednostki należy wybór, czy zmieni swoje zachowanie na zdrowsze
Ten pogląd, który dziś doprowadziliśmy do skrajności bierze się jeszcze od Kartezjusza, acz dualizm umysłu i ciała to idea znana od zawsze. Nadal się od niej nie uwolniliśmy i mamy tendencję myślenia o swoim ciele, jako o czymś “odrębnym” od nas. Jak w tej reklamie: kocham cię ciałko i dziękuję ci, że jesteś moim domem. Ale czyim domem? Kto to jest to “ja” i czemu to brzmi tak, jakby mogło istnieć “poza ciałem”? Ciało zwykliśmy kontrolować za pomocą umysłu: mówimy o sile umysłu, silnej woli, która zwycięża “słabe ciało”, ect. Zresztą… posunęliśmy się jeszcze dalej i wydaje się nam, że umysł też można kontrolować, poprzez pozytywne myślenie, manifestacje, medytacje. Ostatnim hitem z tego nurtu są treningi uważności, które są “wyciągiem” z buddyzmu zen, tylko że odartym z wszelkich znaczeń filozoficznych i duchowych. Medytacje są proponowane jako sposób na "odstresowanie się", tylko że nie mówi się, że prawdziwa medytacja wymaga wysiłku i nawet może kończyć się pogorszeniem samopoczucia... Dość zabawne w tym kontekście jest to, że celem praktykowania buddyzmu jest wyzbycie się wszelkich pragnień (bo te są źródłem cierpienia) - a o tym już w mindfulness się nie wspomina. Wszak trudno byłoby konsumentów namawiać do wyzbycia się potrzeb i pragnień… Tu przytoczę fragment eseju Wszystko to zbyt małe:
Buddyjska medytacja to (...) także element o wiele głębszej doktryny, z której przyjęciem wiąże się szereg obowiązków natury etycznej i społecznej. Nie jest to samotniczy wysiłek, przeciwnie, mamy do czynienia z przedsięwzięciem zbiorowym, dziejącym się zwykle w ściśle określonym otoczeniu, dokonywanym przez wyróżnione jednostki, które zgodziły się odrzucić życie świeckie. “Chociaż zdarza się, że do medytacji dopuszczone zostają osoby świeckie (...) medytację przyjęło się uważać za sprawę tak wyczerpującą, że pozostawia się ją nielicznym mnichom, którzy poświęcają całe swoje życie kontemplacji”. “Obłęd medytacyjny” - takim pogardliwym określeniem niektórzy buddyjscy mistrzowie określają praktykę, w której najważniejsza ma być “uważność obecności”, co tym samym przekreśla cały kontekst społeczny i historyczny, poza którym taka “uważność obecności” jest niewiele warta. *
Poza tym w tej logice umyka nam jakoś fakt, że nasz umysł też często choruje (a w ostatnich czasach coraz częściej) i że nie do końca można mu zaufać, nie wspominając o kontrolowaniu. Kiedy coś dzieje się z naszą psychiką naprawdę trudno samemu zorientować się, że coś jest nie tak - twój mózg nie może ci powiedzieć, że coś jest nie tak z twoim mózgiem. Przeważnie dowiadujemy się o tym ostatni…
Tak czy siak, kiedyś ludzie wierzący w Boga mieli poczucie, że jednak nie na wszystko mają wpływ (jak Bóg da), dziś, w wieku ateizmu i nauki, już nie składamy swojego losu w ręce Boga, tylko wydaje się nam, że jest on w naszych rękach. Co czasem jest prawdą, a czasem nie - bo życie (w tym to na poziomie komórkowym) nadal jest nieprzewidywalne i często pokazuje nam figę. I można dbać o siebie, jeść tylko warzywa, biegać, a i tak umrzeć na zawał.
Autorka naświetla zagadnienie szeroko, i ze strony rynkowej (różne kolejne trendy, na których zarabiają ich guru), filozoficznej (jak postrzegana jest śmierć, choroba, podejście holistyczne), i medycznej, i biologicznej. I tu właśnie jest dość zaskakujące, że spora część tej książki poświęcona jest biologii, objaśnieniu jak działa system immunologiczny i jakie paradoksy się z tym wiążą, w tym dotyczące makrofagów - okazuje się, że Barbara Ehrenreich ma doktorat z tej dziedziny. Ja dodałabym jeszcze do tego coś na temat naszego kultu młodości, przybierającego nieraz groteskowe rozmiary.
Z przyczyn naturalnych nie jest reportażem, bo autorka opiera się bardziej niż na źródłach na własnych doświadczeniach, przedstawiając tu de facto własne poglądy. Jako całość jest to pozycja idąca bardzo pod prąd obecnym trendom, tego wszystkiego, co słyszymy w mediach, a co nakłada na nas kolejną presję długowiecznego życia, dodatkowo w zdrowiu (i urodzie). Co jest średnio wykonalne - z powodów o których pisze autorka, m.in. dlatego, że mimo postępów w medycynie nadal tak naprawdę nie znamy etiologii wielu chorób, w tym raka, co sprawia, że nie jesteśmy w stanie nad nimi zapanować. Chorób jest milion pięćset sto dziewięćset i choćbyśmy co dzień robili jakieś badania, to możemy nie znaleźć wystarczająco szybko tej, która nam zagraża. (Tu Ehreinreich wtóruje Caroline Crampton w swojej książce o hipochondrii: nasze ciało składa się z tylu elementów i procesów, z których każdy może zawieść i dzieje się to całkowite poza naszą kontrolą. Badania co najwyżej wykrywają, że coś się już popsuło). Większość dziwnych metod, jakie stosujemy, by przedłużyć sobie życie jest nieskutecznych lub nie ma dowodów na ich skuteczność. Codziennie dowiadujemy się o jakichś kolejnych wynikach badań, które dowiodły, że to, co mieliśmy za cudowne remedium tak naprawdę nie ma znaczenia, za to znaczenie ma coś innego... No i nadal nie wynaleźliśmy lekarstwa na śmierć. Wg wielu różnych badań nasz stan zdrowia tylko w 10–15 proc. zależy od
systemów ochrony zdrowia. Lekarze jednak zbudowali sobie reputację strażników naszego zdrowia, bez których nie możemy się obejść. Zachęcani jesteśmy do korzystania z ich usług, a jednocześnie kontakt ze służbą zdrowia nazbyt często rodzi w nas poczucie bezradności oraz niezrozumienia (w przypadku kobiet jest to spotęgowane, gdyż medycy nadal są pełni uprzedzeń wobec kobiecych dolegliwości i mają skłonność do ich lekceważenia).
Ja czuję tu pokrewieństwo dusz, gdyż skutkiem tego ciągłego trąbienia o "profilaktyce zdrowia" jest życie w ciągłym strachu - piszę to z własnej perspektywy (jak ja to odbieram) - że mogę zachorować (nawet jeśli aktualnie jestem zdrowa to ta perspektywa wisi nade mną jak miecz Damoklesa) oraz generowanie poczucia winy: jeśli zachorowałaś to dlatego, że niewystarczająco się przebadałaś. Wiele razy słyszę w mediach utyskiwania "czemu ludzie się nie badają", co dla mnie jest dowodem na kompletny brak zrozumienia dla ludzkiej psychiki, ale także realiów w jakich żyjemy. Wizyta u lekarza to źródło stresu, dlatego ludzie ich unikają. Większość ludzi chodzi do lekarza jak już musi (wliczając w to hipochondryków, ponieważ oni myślą, że naprawdę są poważnie chorzy). A jak już trzeba się do tego lekarza udać, to napotykamy na ścianę: brak miejsc, odbijanie się od Annasza do Kajfasza, lekarstwa, badania i zabiegi za pieniądze, których nie mamy. Nic dziwnego, że ludzie nie chcą się badać, nie chcą wiedzieć, bo ta "wiedza" może oznaczać zrujnowanie całego życia. Z drugiej strony to ciągłe trąbienie o chorobach sprzyja popadaniu w hipochondrię - a nikt nie chce być brany za hipochondryka, prawda, bo za to też dostajemy zj...kę. Lekarze nie mają czasu, a ty przychodzisz z jakimiś pierdołami (bo zgodnie z przekazem medialnym każda pierdoła może być symptomem czegoś poważnego). I taka to kwadratura koła.
Więc po co to wszystko, pyta autorka, całkiem zasadnie, jeśli efektem jest medykalizacja naszego życia a zarazem pogorszenie jego jakości? Bo żyjemy dłużej, ale najczęściej w chorobie i niepełnosprawności. Więc tak czy siak duch napotyka opór materii. Że to defetystyczne? Ehrenreich nie namawia rzecz jasna do niedbania o siebie, tylko do namysłu nad tym "projektem zdrowie". No i do "starzenia się z godnością". Ja widzę to tak: jeśli komuś badania profilaktyczne dają komfort psychiczny, to niech je robi, ale jeśli tylko powodują, że wpadamy w stany lękowe, to może dajmy człowiekowi spokój? Lub jeśli dla kogoś siłownia i przymus uprawiania sportu jest udręką, to też może warto byłoby rozważyć, czy nie ma z tego więcej szkód niż pożytku? I czy w ogóle korzystne aspekty z życia “po swojemu”, robienia tego co sprawia nam przyjemność, a nie katowania się czymś w imię "zdrowego stylu życia" (pod warunkiem rzecz jasna, że nie jest to codzienne upijanie się) też nie są warte rozważenia w kontekście zdrowego stylu życia? Nie chcę pisać o rozsądku, bo czym jest rozsądek, jeśli chodzi o kwestie zdrowia i życia...
Barbara Ehrenreich zmarła w 2022r. w wieku 81 lat. Mam nadzieję, że na własnych warunkach.
Metryczka:
Gatunek: eseje
Główny temat: wellness, zdrowizm
Miejsce akcji: -
Czas akcji: współcześnie
Ilość stron: 256
Moja ocena: 5/6
Barbara Ehrenreich, Z przyczyn naturalnych. Ludzka obsesja dobrego samopoczucia i nadludzkie wysiłki, aby żyć dłużej, Wydawnictwo Relacja, 2025
*Becca Rothfeld, Wszystko to zbyt małe
Komentarze
Prześlij komentarz