Floren
Magdalena Parys w tej powieści idzie z duchem czasu, ukazując świat przesiąknięty nowoczesnymi technologiami, fake newsami, wojną informacyjną i sztuczną inteligencją. Efektem jest oczywiście chaos, z którym musi mierzyć się niemiecka kanclerka. (Oraz, nota bene, amerykańska prezydentka. Połączenie przeszłości z przyszłością, bo Niemcy już nie mają kobiety stojącej na jej czele, a USA jeszcze nie mają). Jak Magik i Książę były mocno osadzone w rzeczywistości, w tym niemieckiej przeszłości, tak we Florenie autorka popuszcza wodzy fantazji i wychodzi z tego skrzyżowanie Jamesa Bonda z Kodem Leonarda da Vinci. Efekt tego wszystkiego jest rozczarowujący. To już nie jest political fiction tylko po prostu fikcja. Na starożytne artefakty i fabułę jak z Indiany Jonesa dodatkowo wywracam oczami, bo to jest tak oklepany motyw. Od samego początku miałam przeczucie, że będzie tak jak zazwyczaj: wielkie tajemnice na szczeblu państwowym, archiwa ściśle tajne przez poufne, trup ścielący się gęsto, zaangażowane służby specjalne i systemy AI, a na końcu okazuje się, że “i wszystko to tylko dlatego, że….?” Tym bardziej, że teraz w poszukiwania włącza się sztuczna inteligencja i mamy to zderzenie historycznych motywów z motywami science-fiction, ale odpowiedzi jaki jest tego jakiś nadrzędny cel (ten, którego może ludzie nie widzą, ale widzi AI) - nie ma.
Może odpowiedź tkwi w tej naszej fascynacji tym najnowszym wynalazkiem, połączonej ze strachem, dokąd to może zaprowadzić. Podniecamy się tą AI, jak dzieci nową zabawką. Odmieniamy ją przez wszystkie przypadki jako “wynalazek, który zmienił
świat”, powtarzając to, co wmawiają nam szefowie firm technologicznych. Tworzymy jakieś fantastyczne scenariusze. Tylko nie zastanawiamy się nad tym, co to realnie dla nas znaczy. Co AI zrobiła dla nas, jakie
nasze problemy rozwiązała (do tej pory)? Czy świat zmienił się na lepsze? Nasze obawy co do negatywnych skutków są tyleż słuszne, co działają na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni. Bo przypisujemy AI nie wiadomo jaką mądrość (system coś robi i nikt nie wie dlaczego, ale zakładamy, że to co robi ma jakiś sens, tylko my ludzie tego nie ogarniamy), uważając że jest “lepsza” niż ludzie - może przecież analizować, kalkulować, wyliczać milion razy szybciej od człowieka. Niestety idzie za tym dewaluacja ludzi, ludzkiej umysłowości z jednej strony, a z drugiej jeszcze gorsze niż zazwyczaj lenistwo umysłowe. A przecież to ludzie stworzyli AI, i AI jest tylko sumą tego, co wymyślił człowiek. Skąd wiadomo, że ten system, czerpiąc z różnych źródeł, w tym tych fikcyjnych, bzdur i teorii spiskowych, nie stworzy kolejnej bzdury (wiemy, że AI to robi). Skąd wiemy, że ten tajemniczy cel jej działań też nie jest jakąś bzdurą, bo system się na czymś zafiksował? I we Florenie właśnie to widać - bo co wynika z tego, że mamy tu w akcji tę zaawansowaną AI, której "intencji nikt nie jest w stanie przeniknąć"?
W dodatku autorka nie potrafiła połączyć tego wątku z wątkiem - cały czas obecnym - o nierozliczonych hitlerowskich zbrodniach. Mamy tu aferę wokół młodego polityka, wyznaczonego na następcę kanclerki, co ostatecznie zostaje zepchnięte zupełnie na boczny tor. Gdzieś jeszcze dodatkowo pojawia się próba upchnięcia kwestii rabunku żydowskiego mienia i dzieł sztuki - ledwie zasygnalizowana. Niepotrzebne tyle tych wątków i tylu bohaterów, niby znanych z poprzednich części, ale nic z nich nie pamiętałam, więc musiałam znowu się wciągać w to towarzystwo, tym razem sprawiające wrażenie nader dziwacznego. I to też mnie denerwowało: bohaterowie, wśród nich ci, z których autorka robi jakichś nadludzi - nawet James Bond by wymiękł przy niemieckim asie ze służb, wpisującym się w schemat “zabili go i uciekł”. I ta dziennikarka, Dagmara, która jest zawsze w centrum wydarzeń, nie wiadomo czemu - czemu ona jest taka wyjątkowa? Oraz zgraja dzieciaków, biegających i wrzeszczących, żon i krewnych policjantów, a na wierzch jeszcze pies - to wcale nie było urocze, tylko wnerwiające. Przerysowane. Miałam poczucie zmęczenia materiału i chaosu. W poprzednich częściach te wątki obyczajowe się bronią, w tej - nie wnoszą nic.
Poprzednie części trylogii mi się podobały. Tyle tylko, że te książki wydane były tak dawno temu, że - jak już wspomniałam - zupełnie nie pamiętałam o co w nich chodziło. Nie wiem czemu napisanie kolejnej części tej trylogii zajęło autorce tyle czasu, bo to są powieści sensacyjne, a nie jakaś ambitna literatura. I we Florenie chyba najbardziej to widać: sceny zmieniają się jak w kalejdoskopie, akcja gna na łeb na szyję, nie ma tu momentu oddechu i okazji dla jakiejś refleksji. Śmieszne, bo w Magiku narzekałam, że książka jest przegadana - tu za to mamy odchylenie w drugą stronę, w stronę sensacji, krótkich zdań wypuszczanych jak z karabinu maszynowego oraz błyskających jak flesz obrazów. Tak naprawdę te 420 stron można przysiąść i przeczytać w jedno popołudnie. Całość wieńczy paskudna okładka.
Dla mnie ta historia nie miała głębszego sensu, a była tylko serią sensacyjnych scen w pogoni za nie wiadomo czym. Gonienie króliczka tylko po to, by gonić go.
Gatunek: powieść sensacyjna







Komentarze
Prześlij komentarz