Jak bardzo nasza cywilizacja opiera się na surowcach, na darach naszej Ziemi, które cały czas musimy wyszarpywać z jej trzewi. Wydaje się nam wszak, że nasze życie staje się coraz bardziej niematerialne: usługi, chmury, wirtualne pieniądze, a tak naprawdę wszystko to ma jak najbardziej twarde, namacalne podstawy infrastrukturalne. W tym zakresie nasze potrzeby bynajmniej się nie zmniejszają - weźmy chociażby ogromne centra danych, jeszcze do niedawna funkcjonujące gdzieś na marginesie naszej świadomości, a obecnie wymagające już tyle przestrzeni (realnej), że zaczynają być coraz bardziej widoczne (i uciążliwe). A na samym początku tego stoją tak zwyczajne i cudowne zarazem dary naszej planety jak piasek, sól, żelazo, miedź, ropa naftowa. Jako ostatni na listę wskakuje lit, niezbędny w transformacji energetycznej. 

Przedstawiając sześć kluczowych - zdaniem autora - dla naszej cywilizacji pierwiastków Conway uświadamia nam ogromną złożoność tej cywilizacji: skomplikowane mechanizmy działania większości urządzeń czy systemów, w ramach których funkcjonujemy oraz sieć wzajemnych powiązań, której rozplątanie jest w zasadzie niemożliwe bez rozerwania jej delikatnej tkanki. Niezbędne surowce czerpane są z różnych miejsc kuli ziemskiej, a zaawansowane technologie są własnością tylko nielicznych firm. Wyprodukowanie jednego produktu wymaga zaangażowania aktorów z wielu sektorów i wielu krajów.  Autor delikatnie wbija wszystkim nam szpilę, bo co my tak naprawdę wiemy o tym, jak działają i z czego zostały zrobione te wszystkie cuda techniki, które wydają się nam tak zwyczajne i oczywiste? Celem tego reportażu jest więc głównie pokazanie przeciętnemu człowiekowi jak mało wie o tym, jak “działa świat”, w tym rzeczy, których używamy na co dzień. I to chyba robi wrażenie na wielu czytelnikach. Ale w tak skomplikowanej rzeczywistości nie ma co się dziwić, że znamy się na tym, w czym się specjalizujemy, a nie na wszystkim. Absurdem byłoby wymagać od nas takiej wszechwiedzy, w zasadzie do niczego nam niepotrzebnej. Poza tym - a może raczej przede wszystkim - pokazuje to zarazem kruchość tej cywilizacji, w której najmniejsze zawirowanie może zagrozić naszej stabilizacji, jak w efekcie motyla. Zresztą widać to jak na dłoni obecnie w trakcie wojny, która rozpętały USA na Bliskim Wschodzie: problemy z transportem ropy naftowej (wymienianej jako jeden z sześciu naturalnych skarbów w tym reportażu) wywołały prawie natychmiast kryzys paliwowy prawie na całym świecie, pociągając za sobą kolejne klocki, drożyznę i inflację, jako że energia jest przecież podstawą całej tej skomplikowanej piramidy, jaką zbudowaliśmy. Co więcej, tego typu kryzysy mogą pociągać za sobą zupełnie nieoczywiste dla postronnych niedobory i dalekosiężne reperkusje - np. sygnalizowano braki helu, niezbędnego w branży nowoczesnych technologii. To dlatego deglobalizacja nie jest taka prosta, jak by się to niektórym wydawało, a marzenia mocarstw o samowystarczalności są raczej mrzonkami. Rzecz jasna można wszystko rozwalić - człowiek jest świetny w te klocki - tylko że nasze życie stałoby się wtedy bardzo trudne, jako że jesteśmy uzależnieni od tych wszystkich technologii, jakie stworzyliśmy. I to budzi u mnie dyskomfort - to, że nasza cywilizacja tak mocno uzależniona jest od eksploatacji środowiska (a często także ludzi) - to raz, a dwa, że obmyślone jest to w taki sposób, że wydaje się niemożliwe, żeby rozmontować ten system, co tak naprawdę jest kluczowe dla tego, byśmy mogli uratować samych siebie przed zmianami klimatycznymi. Nie możemy przestać wydobywać miedzi, skoro dzięki niej płynie do naszych domów prąd. Nie da się po prostu przestać robić tych rzeczy, skoro wystarczy wyciągnąć jeden klocek, żeby wszystko zaczęło się walić. A po trzecie - tak naprawdę nikt nie jest w stanie się uniezależnić w pełni i funkcjonować poza tą cywilizacją, jak by się nad tym zastanowić (co jest dość przerażające). 

Z początku byłam tym reportażem zachwycona, biorąc też pod uwagę niezwykle klarowny styl autora. Bardzo podobały mi się ciekawostki historyczne, nadające szerszy kontekst współczesnemu kierunkowi rozwoju. Ale, przyznaję, że trochę czegoś innego spodziewałam się po Skarbach Ziemi. Myślałam, że będzie to bardziej o wydobyciu surowców naturalnych i jego konsekwencjach, tymczasem autor bardziej idzie w stronę pokazania oszałamiających zdobyczy postępu i tłumaczenia jak funkcjonuje nasza cywilizacja, w tym licznych technikaliów, związanych z produkcją tego, czego potrzebujemy. Niektóre fragmenty były dla mnie wręcz zbyt techniczne, np. niespecjalnie interesowało mnie jak produkowane są baterie. Jednocześnie kwestie ekologii są tu potraktowane raczej marginalnie, jako “skutki uboczne” - tzn. Conway wspomina, że górnictwo i przemysł nieuchronnie wiążą się z zanieczyszczeniem środowiska, ale autor nie rozwija tych tematów i nie zajmuje stanowiska wobec tych kwestii. Bardziej interesują go możliwości, jakie daje przetwarzanie tych surowców (w tym na przykład ropy, której pochodną jest plastik) i ludzka innowacyjność - co faktycznie jest imponujące, jeśli spojrzeć na to z tej perspektywy. Jasne, nie wszystko musi być o ekologii, ale wydaje mi się, że w tego typu reportażu, w XXI wieku nie sposób nie zauważać jak ogromny wpływ mają na nasze życie nie tylko zdobycze postępu, ale i szkody, jakie ten postęp powoduje w środowisku naturalnym. 
 
Wleję więc łyżkę dziegciu do licznych pochwał tej publikacji. Książka jest peanem na rzecz postępu, wynalazczości, a także współpracy, bez której to wszystko byłoby niemożliwe. Jednak sławiąc postęp autor ledwo zauważa jego ciemną stronę i to, że doszliśmy już trochę do ściany. A raczej do punktu, w którym zagrożona jest egzystencja miliardów ludzi, a pogoń za surowcami prowadzi do kolejnych wojen. Eksploatowane są przy tym nie tylko surowce niezbędne, ale i te, bez których spokojnie moglibyśmy się obejść, ze złotem na czele. I wydaje się, że nie cofniemy się przed niczym, żeby tylko dostać swoje. I często wcale nie chodzi o “rozwój” czy o jakieś wyższe cele, ale o pieniądze. A ile razy mamy do czynienia z sytuacją, że firmy kłamią, że “nie ma innego wyjścia” albo składając obietnice, z których nie maja zamiaru się wywiązać? Conway przytacza dość emblematyczny przykład wysadzenia przez firmę górniczą Rio Tinto bezcennych stanowisk archeologicznych w Australii, dziedzictwa całej ludzkości, co odbiło się echem na całym świecie i zostało potępione przez ONZ. Ale co z tego, skoro zniszczenie się dokonało, a firma może korzystać ze zdobytych w ten sposób złóż?* Wydaje mi się więc, że Conway popełnia klasyczny błąd, utożsamiając postęp z kapitalizmem, myląc też wymianę handlową i wymianę know-how z tym ustrojem, a co za tym wspiera ową nieszczęsną narrację o "cenie postępu”. Tymczasem kapitalizm oparty jest na rywalizacji i na akumulacji dóbr, a nie na dzieleniu się nimi z innymi. A zasada, że aby coś rozpowszechniło się na szeroką skalę (i generowało zysk), trzeba uczynić tę rzecz tanią to złota zasada kapitalizmu i niestety nie tyczy się to tylko tego, co produkujemy, ale też ludzkiej pracy i zasobów naturalnych, których nie cenimy, choć tak naprawdę na nich opiera się nasza egzystencja. Wreszcie nie do końca zgadzam się też z takim stawianiem sprawy, że “wszyscy jesteśmy winni” temu, że nasza planeta pustoszona jest w poszukiwaniu surowców naturalnych i powodowanym przez ich wydobycie szkodom w środowisku. Wszyscy korzystamy z dobrodziejstw cywilizacji, owszem, ale tak naprawdę jaki mamy wybór? I jaki mamy wybór jeśli chodzi o sposób w jaki rzeczy czy nawet usługi są wytwarzane? 
 
Już we wstępie Skarbów Ziemi Conway przytacza dane, które przytłaczają - dane, z których wynika, że wydobywamy surowców coraz więcej (a nie mniej), więcej niż w całej historii ludzkości. Tak dużo, że nie ogarniamy już tych liczb, stąd często tworzone są obrazowe przenośnie, żeby je zilustrować… Teraz potrzebujemy litu, żeby dokonać transformacji energetycznej. I metali ziem rzadkich. Postęp wcale więc nie sprawił, że potrzebujemy mniej - wręcz przeciwnie. Dlatego trwanie naszej cywilizacji w takim kształcie, w jakim budujemy ją w pocie czoła od wieków, zużywając bez umiaru zasoby naturalne, oraz “ratowanie planety” są na kursie kolizyjnym. Co innego liczyć słupki w Excelu, a co innego wyjść na zewnątrz, zaczerpnąć powietrza przesyconego smogiem, patrzeć jak usychają drzewa, czy umiera rzeka zawalona ściekami, a wszędzie walają się plastikowe śmieci (plastik też jest takim naszym “cudownym dzieckiem postępu”). Widząc to, coraz więcej osób zauważa, że powinniśmy się umówić od nowa na to, w jaki sposób korzystamy i zarządzamy tym światem, tylko że tak naprawdę nie umiemy sobie wyobrazić jak mogłoby to wyglądać inaczej. Z jednej strony sławimy inteligencję ludzką, pomysłowość, a z drugiej nie umiemy zaprząc jej do zmiany myślenia o naszej przyszłości (i do pokonywania oporu przed zmianą). Czego dowodzą Skarby Ziemi oraz liczne dość jednokierunkowe narracje o tym, że transformacja energetyczna wymaga kolejnych “poświęceń” - ze strony planety oczywiście i ze strony ludzi, doświadczających skutków środowiskowych. Tymczasem już rozwijane są technologie, które od tego odbijają, np. baterie kwantowe nie wymagające stosowania litu. I może za chwilę okaże się, że - jak to często bywa - owo “nie da się” zamieni się w “a jednak się da”. 

Metryczka: 
Gatunek: reportaż
Główny temat: sześć kluczowych pierwiastków, na których stoi nasza cywilizacja
Miejsce akcji: cały świat
Czas akcji: współcześnie
Ilość stron: 464
Moja ocena: 5/6 
 
Ed Conway, Skarby Ziemi. Sześć surowców, które zadecydują o przetrwaniu naszej cywilizacji, Wydawnictwo Szczeliny, 2024
 

*A propos rozbawiła mnie wzmianka, że w rozparcelowanym pod górnictwo morskie dnie morskim (!) znalazły się niezwykłe formacje skalne, jedyne takie miejsce na planecie, tzw. Zaginione Miasto i ta część dna przypadła… Polsce. Autor optymistycznie zakłada, że Polska nie zburzy Zaginionego Miasta…  

Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później