Historia czytania... po polsku
Nie zabieram głosu na temat poziomu czytelnictwa w Polsce, bo jest jak jest i raczej lepiej nie będzie. A czemu nie będzie lepiej? Między innymi z powodu, który skłonił mnie do napisania tego posta. Mianowicie ciągle napotykam na “niepopularne” opinie, jakoby: czytanie było taką samą rozrywką jak inne, książka to taki sam towar jak inne, nie ma w czytaniu nic bardziej wartościowego, niż w milionie innych czynności. “Przestańmy gloryfikować czytanie!”. Ostatnio znowu napatoczyła mi się takowa na Instagramie i przelała się moja czara goryczy. Cyt:
“sądzę, że czytanie samo w sobie nie jest żadną cnotą i wartością, a z książki nie warto robić totemu”
“książki mogą być tak samo złe i szkodliwe, jak szkodliwe mogą być treści w innych formach (...) sam fakt, że zła, płytka, niemądra treść jest wydrukowana na papierze i ma formę książki, nie przydaje jej wartości”
“czytanie może być czynnością rozwijającą intelektualnie i dla nas dobrą, ale tak samo dobre może być oglądanie ciekawego kina albo chodzenie na koncerty”.
“kultura wokół książki stała się w pewnym momencie snobistyczna i elitarystyczna”
“dyskusja o literaturze powinna być najbardziej inkluzywną dyskusją, ale kapitalizm lubi dzielić i budować hierarchię”
“warto wrócić do korzeni (...) a przede wszystkim traktować książkę jak przedmiot, a nie jak bożka”.
Jak można twierdzić, że niski poziom czytelnictwa w Polsce jest problemem, a zarazem, że “czytanie samo w sobie nie jest wartością”? Przecież to jest ze sobą sprzeczne. Jeśli ktoś nie widzi w czytaniu wartości, to po co przejmować się niskim poziomem czytelnictwa? (jasne, że są różne książki i nie każda jest wartościowa, a - ale tak jest przecież w KAŻDEJ dziedzinie i nie o to tu chodzi). Zła i płytka treść jest zła niezależnie od medium jakie ją rozpowszechnia - to jest oczywiste i jakiś argument ad absurdum, bo nikt raczej nie popiera szkodliwych treści tylko dlatego, że zostały podane w formie książki. A jeśli zauważamy, że są też złe/mało wartościowe książki, co implikuje powyższe stwierdzenie o wartości czytania, to jak to się ma do tego, że nie rościmy sobie praw do oceniania czytelników podług tego, co czytają i do narzucania im bardziej “właściwych” lektur? A jak można twierdzić, że książka to “zwykły towar”, po czym narzekać, że książki są drogie? Wyrzekać na masową produkcję szmir czy pompowanie objętości? Przecież takie są prawa rynku i skoro książka jest dla nas zwykłym towarem, nie powinno nas to dziwić. Nota bene, skoro uważamy, że książki są drogie, to nie powinno nas też dziwić, że czytanie stało się “elitarystyczne”. Tylko że książka nie jest “zwykłym towarem”, czy też przedmiotem - i nigdy nim nie była. Nie ma tu żadnego “powrotu do korzeni”. Książka to wytwór kultury, nośnik myśli ludzkiej, w tym idei, stanowiących nasze dziedzictwo, by być górnolotnym. Wreszcie jak można wyrzekać na kreowanie podziałów i hierarchii przez kapitalizm, kiedy samemu się to robi, bo czym innym jest polaryzowanie środowiska czytelniczego? Sugerowanie, że nie robi niczego wartościowego ten, co czyta “złe” książki, a z drugiej strony, że “czytanie powinno być szerokie”, a “dyskurs inkluzywny”? To co w końcu robić i o czym tu dyskutować - bo jak się nie obrócisz, tak z każdej strony źle…
I nie, to nie jest “niepopularna” opinia, a wręcz modna - bo ja ciągle takowe widuję, a głosy przeciwne rzadko (zresztą, jak zwykle mamy tu skrajności - albo "gloryfikowanie" albo umniejszanie czytania, jakby nie było nic pomiędzy; albo ktoś czyta wybitną literaturę, albo chłam..). Jeśli myślisz, że jesteś w tej opinii oryginalny/a, to wiedz, że oskarżanie ludzi czytających o snobizm, o wywyższanie się i o różne inne bzdurne rzeczy, popularne było już w starożytności. Niewiele się najwyraźniej zmieniło, skoro dziś panuje jakaś nagonka na czytelników z ww hasłami, udowadnianie, że czytanie jest nie lepsze (a czasem nawet gorsze), niż gapienie się w telefon, zżymanie się, że noblistów nie idzie zrozumieć, a masy mają inne rozrywki, etc.; opinie te cechują się często brakiem logiki i fałszywymi twierdzeniami. Nadal czytanie jest pretekstem do przytyków, co regularnie zdarza mi się na Insta: od zdziwienia, przez kwestionowanie, po ewidentnie obraźliwe hasła. Jedna pani - kompletnie mi obca - kiedyś stwierdziła, że “pozuję na oczytaną” - żałuję, że tak mnie to zaskoczyło, że nie dopytałam z czego wyciągnęła taki wniosek (gdyż wymiana “zdań” między nami bynajmniej nie tyczyła czytania, nie ja poruszyłam ten temat, a pani powzięła tę myśl z mojego profilu, na którym szukała tylko czegoś, żeby się personalnie przyczepić). Już nie wspominam o tym, że jakim faux pas jest powiedzieć, że książki to nie tylko rozrywka, ale i źródło wiedzy - wtedy dopiero jest oburzenie, tak jakby ktoś kogokolwiek zmuszał do czytania tych strasznych książek naukowych/popularnonaukowych… Czytając takie wypowiedzi mam wrażenie, że czytanie książek to czynność, którą dziś należy pogardzać, a na pewno nie należy się tym chwalić. Myślę, że to wszystko bierze się z tego, że większość Polaków nie czyta nawykowo (trudno mi uznać za czytanie lekturę kilku pozycji rocznie, w tym poradników), ale ma z tego powodu kompleksy, które klasycznie przerzuca na innych. Świadczą o tym emocje jakie wyzwala każdorazowo chwalenie czytelnictwa - wiecie, uderz w stół, a nożyce się odezwą.. O tym, jak bardzo Polacy nie czytają świadczy również dramatyczny wręcz brak wiedzy w temacie literatury - ta dziedzina to jakaś tabula rasa w świadomości przeciętnego Polaka, wymazały się nawet lektury szkolne. Ale zamiast sięgnąć po książkę, żeby nadrobić te braki - lepiej twierdzić, że czytają tylko snoby… Więc w rzeczywistości, w której ludzie nie czytają, to czytanie jest deprecjonowane i krytykowane!
Dla mnie czytanie to po prostu coś naturalnego, a czytam i dla pozyskania wiedzy, i dla rozrywki. Jest to dla mnie istotna część “mnie”, coś, co mnie definiuje. Czytam bo lubię, jak głosi popularny hasztag. Ale nie robię z tego wielkiego halo. Nie chodzę i nie chwalę się ile książek przeczytałam i jakie - bo wiem, że ludzi w moim otoczeniu to niezbyt interesuje. Niestety. Wnioskuję z tego, że nie czytają, lub nie jest to dla nich na tyle istotne, jak dla mnie. Bloga prowadzę od lat kilkunastu, a większość z moich znajomych nawet o tym nie wie. Statystyki też prowadzę dla siebie, a nie żeby nimi komukolwiek się chwalić i dawać pożywkę tym, którym owo prowadzenie statystyk przeszkadza, którzy powątpiewają (i piszą komentarze w stylu: “bardzo mnie bawią te podsumowania roczne, te wyścigi na liczbę przeczytanych książek - nieraz zastanawiam się, czy ten który chwali się setkami przeczytanych w ciągu roku pozycji zamyślił się nad treścią choćby jednej z nich”). Nie mierz wszystkich swoją miarą! Myślę, że dla większości zapalonych czytelników statystyki to po prostu użyteczne narzędzie, a nie żaden “wyścig”. A tego, że “zamyślam się nad treścią” dowodzi mój blog oraz opinie regularnie publikowane na LC. Podsumowując: czytam dla siebie, a nie dla innych. A piszę o książkach, bo - jak już wspomniałam - są one dla mnie ważne - i chcę o nich opowiadać, promować czytanie oraz różne idee. Książki kupuje o tyle, ile uznam, że daną lekturę faktycznie chcę mieć - a przeważnie korzystam z biblioteki. Daleka zatem jestem od “gloryfikowania czytania” i “traktowania książki jak bożka”. Nie wiem kto tak robi, czytelnicy to raczej ludzie skromni, pielęgnujący swoją pasję we własnym kąciku, a nie obnoszący się z nią przed światem. W powyższej Historii czytania też brak jakiegokolwiek tonu wyższości, autor zajmuje się po prostu tym, co go interesuje - choć rzecz jasna jest to pozycja napisana dla bibliofilów. Choć w sumie mamy narcystyczne czasy, takie, że każdy chwali się byle czym - czemu więc ktoś, kto czyta książki nie miałby chwalić się swoją pasją?? Nawet jakby, to czemu nagle miałabym się z tego tłumaczyć?
Mniejsza z tym. Chodzi o to, że mimo tego, że nie podchodzę do czytania z jakąś nabożną czcią, nie mam w domu ołtarzyka ku czci książki i nie mam w zwyczaju wtrącać się w czyjeś wybory życiowe, to ilekroć widzę, że ktoś - a zwłaszcza influencer książkowy - pisze o tym, jakoby czytanie nie było niczym specjalnie wartościowym, nie bardziej niż inne “rozrywki”, po prostu otwiera mi się nóż w kieszeni. Bo poza tym, że jest to deprecjonowanie czytania to jest to zwyczajna nieprawda. Czytanie to złożona czynność poznawcza, która kształtuje i rozwija mózg, w tym umiejętność logicznego myślenia, wypowiadania się, kreatywność, empatię. Dowodzą tego liczne badania. Więc nie, czytanie rozwija nie tylko “umiejętność czytania”; skądinąd owa “umiejętność czytania” jest jakby nie było kluczową umiejętnością cywilizacyjną, więc nie ma co z niej tak szydzić. Nieczytanie z kolei prowadzi do wtórnego analfabetyzmu. Do tego, że ludzie nie są w stanie zrozumieć prostych komunikatów, w tym potrzebnych do codziennego funkcjonowania (tego, co wyprodukuje AI też). Społeczeństwo nieczytające to również społeczeństwo mniej innowacyjne i biedniejsze - o czym w Polsce cały czas się nie myśli. Bo w tym dyskursie cały czas jest mowa czytaniu wyłącznie w kontekście rozrywki. Wreszcie dochodzi do tego najnowszy argument - w czasach dezinformacji książki są dla mnie najbardziej wiarygodnym źródłem informacji: oczywiście i je trzeba zweryfikować, ale jest to łatwiejsze, niż tropienie źródeł czy jakichś domorosłych ekspertów w internecie… Zatem czytanie to szereg korzyści, których nie daje oglądanie Netflixa, czy chodzenie na koncerty, niezależnie jakbyśmy się zaklinali, że tak jest (i nie negując, że te rozrywki też mają swoje zalety).
A czy my w ogóle musimy kłócić się nawet o takie rzeczy? Bo myślę sobie że być może owo “gloryfikowanie książek” zachodzi raczej na poziomie mediów społecznościowych, żyjących przecież z kontrowersji. Wszelakich “ludzi książki”, którzy są po prostu częścią machiny marketingowej wydawnictw, a może to nawet ich praca. Albo ludzi spragnionych lajków i followersów, kręcących afery i publikujących różne “niepopularne” opinie. Albo tych, którzy co chwilę chwalą się zakupami/nowościami książkowymi? Albo nawet młodych dziewczyn, nastolatek, które autentycznie fascynują się tymi lekturami - nawet jeśli są to zwykłe romantasy - w końcu są nastolatkami! I tworzy się wokół książek jakiś taki niezdrowy hype.
Robi się dziwnie jeśli takie opinie jak cytowana wyżej funkcjonują w przestrzeni
czytelniczej: na Lubimy Czytać, na profilach bookstagramerów… Piszą je
zatem - jak należy domniemywać - ludzie czytający, a nawet rzekomo
czytelnictwo promujący. Czy to nie jest
strzelanie sobie w stopę? W mojej opinii to jest antypromocja czytelnictwa. Populistyczne wpisywanie się w antyintelektualny nurt, nieceniący kultury i schlebianie tym, którzy nie czytają. Nie czytają z własnego wyboru. A przecież jak chcesz należeć do tych czytających elit, to naprawdę, nic prostszego… Polacy najwyraźniej wolą podtrzymywać się we wzajemnym w poczuciu, że jesteśmy zwykłymi prostymi ludźmi, co to czytania nie rozumiejo i nie potrzebujo. To czytelnicy mają posypywać głowę popiołem.
Mnie nie chodzi, żeby “gloryfikować” czytanie, tylko o normalne, wyważone podejście, a nie rozpowszechnianie jakichś przekłamań, faktów alternatywnych i stereotypów. O to, żeby czytelnictwa nie deprecjonować, uczciwie przyznać mu przynajmniej te zalety, które ma, a czytelników szanować, tak samo jak ludzi, mających inne pasje! Przynajmniej róbmy to we własnym gronie, bo nieczytających i tak raczej nie przekonamy. Hasztag czytam i jestem z tego dumna.







Komentarze
Prześlij komentarz