Krew w maszynie
Jeden z przywódców luddystów, jak pisze Brian Merchant:
obawiał się, ze “podróż w jednym kierunku” doprowadzi do sytuacji, w której garstka ludzi - pierwszych tytanów technologicznych - zgromadzi w swoich rękach tak wielkie zasoby, że robotnicy nie będą mieli innego wyjścia, jak poddać się ich woli i przystać na dyktowane im warunki. Czuł, że osoby dzierżące władzę i wpływy (...) nie zadbają o robotników i zubożałych.
Brian Merchant, opowiadając tę historię zwraca uwagę, że sprzeciw tkaczy nie był skierowany przeciwko “postępowi” czy automatyzacji, tylko wobec polityki jaka temu towarzyszyła - pozbawiania ludzi środków do życia, bez żadnej siatki ochronnej, nieskażonemu regulacjami kapitalizmowi, w którym pracownicy byli bezbronni wobec pracodawców, a ludzkie życie było warte mniej, niż maszyny. Podniesienie wydajności przez automatyzację nie oznaczało wcale zmniejszenia ilości pracy dla pracowników, ani zwiększenia ich dochodów - gdyż cały zysk zgarniali właściciele fabryk - a jeśli masz darmową siłę roboczą, to trudno nie osiągać zysków! W ten sposób wyrosły fortuny i nie było żadnego "skapywania", jakie rzekomo pociąga za sobą postęp. Wręcz przeciwnie - chciwość rodziła dalszą chciwość i wyzysk, który nie miał żadnych hamulców moralnych (inną odsłoną konsekwencji automatyzacji był boom na niewolnictwo w Ameryce!). Taki sposób postępowania został “naukowo” poparty przez teorię ekonomiczną wolnego rynku Adama Smitha. Bardzo dogodną dla wszystkich rzutkich ludzi, zwolnionych tym samym od oglądania się na moralność. Najbardziej drastyczną częścią tej opowieści jest przemoc, jakiej dopuszczano się wobec dzieci pracujących w fabrykach oraz wypadki śmiertelne w pracy - to stąd tytułowa krew w maszynie. W tej historii jest też wątek kobiecy, gdyż prządki straciły w ten sam sposób pracę na długo przed tkaczami, ale o prządkach “zapomniano, gdyż były kobietami”!
Poza tym, tkaczom zabierano nie tylko pracę, ale i status, i tak naprawdę cały styl życia. Praca przy ręcznych krosnach wykonywana była w domu, lub małych zakładach, czas pracy był elastyczny i umożliwiający "work-life balance", jak by dziś powiedziano. Fabrykanci natomiast zamiast tego zagonili ludzi do fabryk, do ogłupiającej, wielogodzinnej i niebezpiecznej pracy za grosze. Był to tak naprawdę przewrót jeśli chodzi o model świadczenia pracy - na taki, jaki dobrze znamy dziś: praca wykonywana w otoczeniu domowy została przeniesiona na teren pracodawcy (do fabryki, zakładu pracy) i została oczywiście poddana ścisłemu nadzorowi, kontroli pracodawcy. Szanowani rzemieślnicy natomiast, od których do wykonywania fachu wymagało się przedtem kilku lat nauki - stali się zwykłymi trybikami w maszynie. Dawny mistrz stawał się zwykłym robotnikiem.
koncepcja fabryki stanowiła niesamowicie potężnym przekaz i budziła powszechny lęk (...) ponieważ symbolizowała nowy ośrodek władzy, scentralizowaną siłę przemysłu”. Dla robotników nowo powstałe fabryki były zwiastunami przyszłej dominacji i nienawiści, jaką ją darzyli, nie sposób porównać do uczuć poetów potępiających niszczenie krajobrazu. Opinii publicznej fabryki kojarzyły się z ośrodkami pracy przymusowej - mówiąc wprost - wiezieniami, co przyczyniło się do zakorzenienia się powszechnego skojarzenia fabryki z miejscem odosobnienia i utraty wolności.
Nawiasem mówiąc, w początkach XIX wieku nie panował taki kult postępu jak dziś, kiedy postęp jest wręcz synonimem czegoś dobrego, co pozwala nam zamiatać pod dywan wszelkie jego negatywne konsekwencje (także słowo innowacja miało raczej negatywne znaczenie! - ludzie cenili stabilność, a nie ciągłe zmiany):
Pracownicy o których mówimy nie postrzegali technologii jako zjawiska immanentnie pozytywnego; nie wpojono im, że powinni kibicować zmianom. Z perspektywy ludzi pracujących urządzenie, które niekorzystnie wpływało na dotychczasowe warunki pracy lub zagrażało ich stabilności finansowej, było zwyczajnie niemoralne.
Czego ta historia może nas nauczyć? Krew w maszynie nie jest niestety tylko opowieścią o znaczeniu historycznym, o której możemy powiedzieć, że było i minęło. Gdyż brzmi ona zaskakująco aktualnie, co też jest drugim wątkiem w tej książce. Minęło 200 lat i historia zatoczyła koło, znowu znaleźliśmy się w punkcie, w którym automatyzacja zagraża coraz bardziej stabilności finansowej coraz szerszej rzeszy ludzi. Elity z Doliny Krzemowej prą do przodu, nie bacząc na koszty społeczne, zainteresowane tylko własnym zyskiem. A argumenty promujące technologie są takie same, jak 200 lat temu.
za każdym razem realizował się scenariusz Mellora [luddysty]; technologia mająca oszczędzić nam pracy przyspieszała akumulację kapitału w rękach coraz węższej grupy wybrańców. dzisiaj mówimy o nich 1% populacji. Orędownicy automatyzacji przekonują, że powinniśmy ją zaakceptować, gdyż poprawi komfort naszego życia, na co krytycy odpowiadają, że dopóki nie pojawi się mechanizm pozwalający na uczciwe rozdysponowanie zysków generowanych przez takie technologie, ich istnienie będzie działało na niekorzyść robotników jako groźna alternatywa dla ich umiejętności oraz karta przetargowa. Ludzie będą tracić miejsca pracy lub ich zakres kompetencji zostanie ograniczony.
Wyobraźmy sobie, że spędziliśmy długie lata, aby opanować trudny zawód, który miał gwarantować dostatnie życie - ktoś mógłby powiedzieć, że gramy według zasad; uczęszczamy do szkoły, uczymy się fachu, poświęcając ogromną ilość czasu i środków, aby zapewnić sobie skromną pozycje społeczną i finansowe zabezpieczenie - aż tu nagle okazuje się, że te zasady uległy zmianie. Nasza wiara w system rozpadłaby się niczym maszyna pod ciosami młota.I te zasady właśnie przestały obowiązywać. gdyż ktoś postanowił je rozwalić. Zwracają na to uwagę także Daron Acemoglu i Simon Johnson:
Ten antydemokratyczny zwrot został przyspieszony przez kolejny aspekt iluzji AI: gloryfikowanie chaosu, zwięźle ujęte w motcie Facebooka "działaj szybko i rozwalaj". Chaos zaczął oznaczać wszelkie negatywne skutki dla innych, w tym pracowników, organizacji społ obywatelskiego, tradycyjnych mediów czy nawet samej demokracji. Nie było świętości, wręcz zachęcania do siania zamętu i wywracania istniejącego porządku, o ile było to konsekwencją tworzenia ekscytujących nowych technologii i pozwalało (...) zarabiać pieniądze.
A wiecie, że nasze pomysły na to, jak poradzić sobie z tymi zmianami także pochodzą z XIX wieku?? Już wtedy postulowano wprowadzenie dochodu podstawowego (jak widać nie doszło to tego do dziś), opodatkowanie maszyn, nie wspominając już o przekwalifikowaniu pracowników.
I to jest ten moment, kiedy czytelnik myśli sobie, że naprawdę świat urządzony przez ludzi jest wujowy. Skoro wmawia się nam, że postęp prze do przodu, z czego powinniśmy się cieszyć, a tak naprawdę okazuje się, że na podstawowym poziomie nic się nie zmienia. Pamiętacie te obietnice o krótszej pracy, które są jak znikający punkt? Już za chwileczkę, już za momencik, i tak od kilkuset lat… Tymczasem nie pracujemy mniej, tylko więcej, a do tego cały czas podnosi się nam poprzeczkę. Ta sytuacja jako żywo przypomina mi okrzyk Czerwonej Królowej z Alicji w Krainie Czarów: “Musimy biec coraz szybciej, po to żeby pozostać w miejscu”. Wygląda na to, że przyszły świat będzie raczej przypominać ten z przepowiedni Norberta Wienera:
Świat przyszłości będzie coraz bardziej wymagającą walką z ograniczeniami naszej inteligencji. A nie wygodnym hamakiem, w którym możemy się położyć i dać się obsługiwać niewolnikom.
Luddyści atakowali maszyny, a nie fabrykantów - a być może powinni, myślę sobie, czytając całą tę historię. Bo clue polega na tym - i to powinniśmy sobie wszyscy zakonotować, że to nie maszyny zabierają nam pracę, tylko ich właściciele.
Ci wszyscy dyrektorzy i menedżerowie mogą myśleć, ze nie mają wyboru ponieważ sami odpowiadają przed udziałowcami, radami nadzorczymi i szefami mediów, a system, w którym funkcjonują, nagradza podejmowanie takich decyzji - ale, no właśnie: to nadal decyzje podejmowane przez ludzi. Udawanie, że jest inaczej, że roboty tak czy inaczej nadejdą, zakrawa na technologiczny determinizm i prowadzi do deficytu krytycznego myślenia o terminie i metodzie wdrażania automatyzacji. (...) automatyzacja to nierzadko, najzwyczajniej w świecie, nowy pomysł elit na wzbogacenie się: to samo robili fabrykanci w czasach luddystów.
Pomyślcie sobie o tym za każdym razem, kiedy zobaczycie wszechobecne dziś hasło, straszące, że “AI zabierze nam pracę”.
Gatunek: historia/popularnonaukowe







Komentarze
Prześlij komentarz