Kompleks gmachu
Architektura:
Choć wygląda na to, że opiera się ona na pragmatycznych przesłankach, jest potężną i niezwykle wiele mówiącą ekspresją ludzkiej psychiki. Niesie znaczenie zarówno w największej skali, jak i na najbardziej osobistym poziomie. Jest sposobem na rozdęcie ego jednostki do rozmiarów krajobrazu, miasta, a nawet państwa.
Odzwierciedla ambicje, kompleksy i pobudki tych, którzy budują, dlatego wiernie pokazuje naturę władzy, jej strategie, sposoby pokrzepiania się i wpływ, jaki wywiera na tych, którzy ją sprawują.
Bardzo trudno znaleźć choć jednego XX-wiecznego dyktatora, który po dojściu do władzy nie przystąpił do kampanii budowlanej. Uczynili tak przecież Hitler i Mussolini, Stalin i Mao, a także Saddam Husajn oraz Kim Ir Sen.
Deyan Sudjicz bada w tej książce relacje między architekturą a władzą,
biorąc na tapet architekturę współczesną, XX-wieczną. Książkę zaczynają
rozdziały o ww. reżimach, z czego szczególne wrażenie robi opis budynków
stworzonych dla Hitlera przez Alberta Speera, najjaskrawiej chyba
pokazujących jak architektura może służyć władzy, podkreślać jej potęgę -
nawet jeśli jest ona iluzoryczna - onieśmielać politycznych
przeciwników.
Gigantyczne budynki, triumfalne osie i ogromne ilości kamienia stosowanego tak, aby przytłoczyć przechodniów, charakteryzowały wszystkie reżimy totalitarne: marksistowskie, faszystowskie czy nacjonalistyczne.
Z najnowszych doniesień: także Donald Trump postanowił dołożyć do tego swoją cegiełkę, wyburzając całe skrzydło Białego Domu, żeby wybudować w nim salę balową…
Jednak
Wystarczająco wiele imperiów upadło tuż po tym, gdy ich władcy ukończyli budowę wystawnej stolicy - inwestycji oficjalnie prowadzonej dla dobra narodu, a prawdopodobnie ku ich osobistej chwale - by było jasne, że architektura nie zawsze stanowi najbardziej skuteczne narzędzie uprawiania polityki.
Architektura odzwierciedla ego panujących i fundatorów, ale też ego tych, którzy budynki projektują. Wśród architektów są i oportuniści, gotowi płynąć z każdym politycznym prądem (w reżimach totalitarnych architekci woleli budować tak, jak chciało państwo, niż nie budować w ogóle), reakcjonistów czy naiwnych w zetknięciu z władzą. W książce pojawiają się nazwiska tych wielkich: Le Corbusiera, Franka Gehry’ego, Normana Fostera, Daniela Libeskinda, Rema Koolhaasa i innych - autor jednak zwraca uwagę, że owa moda na ikony powoduje, że grono architektów bardzo się zawężyło: owe rozpoznawalne budynki projektuje garstka osób o wyrobionej renomie, architektów-celebrytów (w większości mężczyźni), która startuje we wszystkich znaczących konkursach architektonicznych - to ci, którzy mają licencję na dziwactwo:
Razem tworzą grupę nazwisk, które wciąż powracają kiedy kolejne naiwne miasto szarpie się wiedzione złudzeniem, że galerią sztuki wyglądającą jak wrak pociągu albo jak latający spodek bądź hotelem w kształcie 20-piętrowego meteorytu przebije Guggenheima w Bilbao.
Problem polega na tym, że skoro tyle współcześnie powstających gmachów jest zwyczajnie cudaczna, skąd klient ma wiedzieć, że jego wrak, meteoryt czy latający spodek okaże się ikoną, której pożąda, a nie kupą śmieci, czego się zresztą trochę obawia.
Jest coś niedorzecznie dziecinnego w irracjonalnym dążeniu do wznoszeniu jak najwyższych obiektów. (...) Ludzie, którzy prezentują się jako twardogłowi, racjonalni, nieskończenie ostrożni biznesmeni, rzucają się bez namysłu do budowania coraz wyższych gmachów.
Zrozumienie motywów, które stoją za budowaniem oraz pojęcie istoty trudnego do uchwycenia związku między architekturą, a władzą stanowią zasadniczy wgląd w naszą egzystencję i mogą nam pozwolić uwolnić się od jej zgubnych aspektów.
Szkoda, że autor bardzo koncentruje się na konkretnych realizacjach architektonicznych oraz ich twórcach, a mało tu refleksji natury ogólnej, podsumowującej to, co z tego wynika. Zabrakło mi też przykładów dobrej architektury (może po prostu te dobre nie pasują do koncepcji, bo nie epatują siłą i pieniędzmi), a narracja w moim odczuciu była trochę chaotyczna - autor swobodnie skacze między różnymi wątkami i nie było to dla mnie czytelne dlaczego akurat wybrał taki, a nie inny przykład, by zilustrować dany problem. Ewidentnie brakuje też zdjęć tych opisywanych budynków.
Zmieniają się czasy i style architektoniczne, ale ostatecznie zawsze chodzi o to samo: o władzę, chwałę, podziw, pamięć, tożsamość. Współcześni decydenci też mają obsesję na punkcie budowania, bo, już abstrahując od innych funkcji architektury, to skuteczny sposób wydawania pieniędzy i pokazywania wyborcom, że władza coś robi. A czy z sensem, to już inna sprawa…
Gatunek: publicystyka







Komentarze
Prześlij komentarz