Kapitał i ideologia
nie jest łatwo zbudować ideologię i instytucje pozwalające tak wąskiej grupie jak 1% populacji przekonać resztę społeczeństwa, aby przekazało jej kontrolę nad niemal całością zasobów. Być może jakieś obdarzone szczególną wyobraźnią grupy miliarderów technologicznych dokonają tego w przyszłości, ale do dziś sztuczka ta nie udała się żadnej elicie.
Ale i tak to, co im się udało, budzi podziw: w każdym z tych społeczeństw grupy posiadające najwięcej były/są zarazem najmniej liczne - stąd koncentracja na poziomie 70-80% dochodów, a 50% majątku.
W Europie udział najbogatszych we własności prywatnej ogółem spadł z ok. 80-90% w latach 1900-1910 do ok.50-60% w latach 2010-2020. W dalszym ciągu jednak udział najbogatszych 10% jest bardzo wysoki. Ponadto dekoncentracja nastąpiła niemal wyłącznie na rzecz 40% średniozamożnych (...). W żadnym natomiast momencie własność nie przeniosła się na 50% najuboższych, których udział w całkowitym majątku prywatnym zawsze utrzymywał się na poziomie 5-10% we wszystkich krajach i epokach, w odniesieniu do których mamy dostępne dane.
Jednak w każdym, nawet najbardziej nierównym ze społeczeństw musi istnieć jakieś przyzwolenie ludzi na te nierówności, nie wystarczy sama siła. W społeczeństwach nierównościowych nierówności zawsze musi istnieć jakaś teoria sprawiedliwości, tłumacząca nierówności między ludźmi. To jest właśnie rola ideologii. Nie ma w tej historii nic deterministycznego, nie ma jednego, z góry ustalonego porządku, ani kierunku przemian - to główna teza tej książki. Thomas Piketty pokazuje ewolucję naszych społeczeństw od stanowych w średniowieczu, które przekształciły się we właścicielskie, w tym kolonializm i niewolnictwo, a potem, wraz z burzami, rewolucjami i wojnami, jakie miały miejsce w XIX i XX wieku, w bardziej egalitarne państwa fiskalne i opiekuńcze; autor omawia też ustrój komunistyczny i wyjaśnia czemu komunizm poniósł porażkę.
Społeczeństwo stanowe było bardzo sztywne, każdy stan miał z góry określoną rolę, nie było w nim w zasadzie mobilności; natomiast
Społeczeństwa właścicielskie posiłkują się logiką bardziej złożoną i subtelną niż społeczeństwa stanowe. W porządku stanowym podział funkcji społecznych i charakterów jest całkowicie jasny. Wielka opowieść społeczeństwa stanowego mówi o przymierzu trzech klas: duchowieństwa, szlachty i ludu pracującego, które odgrywają różne role, pozwalające społeczeństwu na zbudowanie swojej struktury oraz gwarantujące jego trwałość i stabilność dla dobra wspólnoty jako takiej.
jeśli przychody fiskalne stanowią zaledwie ekwiwalent 1-2% dochodu narodowego, państwo jest skazane na bycie strukturą słabą, niezdolną do utrzymania porządku i spełniania minimalnych funkcji nocnego stróża.
Według Karla Polany’ego cywilizacja XIX wieku opierała się na czterech filarach: równowadze mocarstw, systemie waluty złotej, państwie liberalnym i samoregulacji rynku.
Polany pokazuje jak absolutna wiara w zdolności regulacyjne popytu i podaży staje się źródłem poważnych problemów, kiedy bezrefleksyjnie próbujemy ją zastosować do rynku pracy, gdzie cena równowagi (płaca) zagraża warunkom życia i przeżycia całego gatunku ludzkiego.
[przypomnijmy, że owa ‘święta własność” dawnych elit, na której oparto
społeczeństwo właścicielskie nabyta została głównie drogą grabieży i
wyzysku. Nie uwzględniono w tym podziale łupów też kobiet, które były
pozbawione praw do edukowania się, pracy, czy posiadania, a zamiast tego
obarczone darmową pracą. A tak naprawdę kumulacja dóbr jest efektem
wspólnej pracy i kumulacji wiedzy gromadzonej przez ludzkość od wieków -
z czego mamy prawo korzystać wszyscy, jednak kapitalizm zyski te
prywatyzuje.]
Piketty opisuje jak dochodzono do opodatkowania majątków, co szło bardzo, ale to bardzo opornie. Elity i klasy posiadaczy bardzo długo broniły się przed wszelkimi próbami redystrybucji dóbr (tak samo jak dziś). Argument zawsze był ten sam: „jeśli pozwolimy sobie coś odebrać, to nie wiadomo jak daleko to doprowadzi*, a to grozi chaosem, który obróci się przeciwko najuboższym [sic! ciekawe, że nikt nie podnosi tego argumentu w drugą stronę - jeśli pozwolimy bogaczom gromadzić bogactwa bez żadnych limitów, to jak daleko to zaprowadzi?]. Są w tej książce momenty naprawdę mocne, np. kiedy czytamy o klasie posiadaczy, która wołała, że 2% podatek majątkowy jest rabunkowy i “inkwizytorski”, albo kiedy po zniesieniu niewolnictwa przez Wielką Brytanię to właścicielom niewolników przyznano odszkodowania (za utratę swojej “własności”), a kwotami tych odszkodowań oczywiście obciążone zostało społeczeństwo; w USA problem niewolnictwa został rozwiązany siłą, choć koniec końców sytuacja byłych niewolników niewiele się polepszyła, a segregacja rasowa panowała do połowy XX wieku.
Wprowadzenie po wojnie podatków progresywnych (które w II połowie wieku są sukcesywnie obniżane) stanowiło integralną cześć mechanizmu instytucjonalnego, na którym miał się opierać nowy powojenny świat: obok instytucji wyborczych miały istnieć instytucje fiskalne, dzięki którym demokracja nie zostanie ponownie przejęta przez interesy finansowe i oligarchiczne.
(...) dwa ostatnie stulecia sugerują, że równość i edukacja są znacznie bardziej nośnymi czynnikami rozwoju niż kult nierówności, własności i stabilizacji. Analiza historyczna wykazuje nawracające ryzyko “pułapki nierównościowej” (...). Narracja uprawiana przez elity przecenia znaczenie stabilizacji [zwłaszcza że ta stabilizacja dotyczy tylko elit], w szczególności nabytych praw własności, podczas gdy rozwój niejednokrotnie wymaga ponownego określenia stosunków własności i zaoferowania możliwości awansu nowym grupom społecznym.
na początku XXI wieku postkomunizm w wersji rosyjskiej, chińskiej i wschodnioeuropejskiej stał się najlepszym sprzymierzeńcem turbokapitalizmu i zniszczył wiarę w możliwość zbudowania sprawiedliwej gospodarki, co prostą drogą prowadzi do konfliktów tożsamościowych.
kraje bogate są bogate, natomiast ich rządy postanowiły stać się biedne
Obecnie wraz z panowaniem turbokapitalizmu podpierającego się zasadą merytokracji i napędzanego nowoczesnymi technologiami, wracamy do ogromnych nierówności takich jak te sprzed I wojny światowej, panowania oligarchii i społeczeństw opartych na kulcie własności. Ciekawe jest, że kiedyś to Europa była oligarchiczna i najbardziej nierównościowa, a USA egalitarne - dziś jest na odwrót (a mimo to mit o fortunie wypracowanej z niczego ma się w USA dobrze); druga interesująca prawidłowość, omawiana pod koniec książki to odwrócenie się profilu osób głosujących na lewicę i prawicę (definiowane bardzo szeroko) na całym w zasadzie świecie - kiedyś na lewicę głosowały osoby z niskim wykształceniem, głównie z niższych, ubogich klas, robotnicy, dziś na partie lewicowe głosują ludzie najlepiej wykształceni. Piketty tłumaczy to tym, że osoby słabsze, uboższe czują się porzucone przez lewicę, która słabo walczy o ich prawa, nie wdraża reform mających pomóc w bardziej sprawiedliwym podziale tortu, a bardziej skupia się na równości w edukacji. Moim zdaniem trzeba do tego dodać większe skupienie na ideologii: na prawach kobiet, LGBT+, ekologii, co niestety jest zawsze mniej ważne, kiedy człowiek nie ma co włożyć do garnka. A być może zachodzi tu też efekt, taki jak w Brazylii, kiedy ogromne poparcie dla lewicowego Luli dla Silvy stopniało po tym, jak ludziom faktycznie się polepszyło (w efekcie rządów lewicy): wtedy zaczęli oni myśleć inaczej (może poczuli się częścią bardziej uprzywilejowanych, niż słabszych?). Wtedy przy lewicowych poglądach zostają ci, dla których są one kwestią też pewnych wartości, a nie tylko walki o byt - a to raczej cechuje ludzi wykształconych (choć rzecz jasna jest to uogólnienie i moja teza, niesprawdzona empirycznie). Idzie to w parze z konfliktami tożsamościowymi, czyli rosnącymi sentymentami antyimigranckimi, nacjonalistycznymi (natywistycznymi), wykorzystywanymi w walce politycznej. Piketty wskazuje też na problemy w łonie UE, niedokończoną integrację objawiającą się m.in. konkurencją fiskalną. Do tego reguły globalizacji i swobodnego przepływu kapitału i towarów są de facto sprzeczne z głoszoną suwerennością narodów odnośnie prowadzenia własnej polityki fiskalnej i społecznej. Utrudniają one kontrolę majątków i dochodów i walkę z obchodzeniem podatków. Z kolei walka ze zmianami klimatycznymi nie może odbywać się w obrębie poszczególnych państw, gdyż planeta jest WSPÓLNA.
Wniosek jaki wyciągnęłam z tej książki: ludzie chyba nie potrafią żyć w społeczeństwie równościowym, zawsze muszą być jakieś podziały na lepszych i gorszych, pod każdą szerokością geograficzną, nawet komuny wypaczają się i są w nich równi i równiejsi. Dzielenie podług różnych kategorii (płeć, kolor skóry, wyznanie, narodowość, preferencje żywieniowe, do wyboru do koloru) wychodzi nam świetnie, gorzej z jednoczeniem. To chyba jest w naszych genach, jako że jesteśmy gatunkiem stadnym i hierarchicznym. Podziały, egzekwowane często siłą, umożliwiają zagarnianie władzy i bogacenie się. Teoretycznie nie jest powiedziane, że ci “lepsi” muszą być też od razu bogatsi, no ale stworzyliśmy świat oparty na pieniądzu, to jakoś to się rozumie samo przez się. “Lepsi” są predestynowani do trzymania władzy, a władza pociąga za sobą gromadzenie bogactw, czyli środków do obrony swoich przywilejów. I kółko się zamyka. Co możemy, to zdając sobie z tego sprawę - na bazie naszej historii - próbować niwelować te nierówności, nie tylko poprzez edukację (która też podlega nierównościom) i mitowi merytokracji, ale oferowania konkretnych rozwiązań i obciążeń. Należy wystrzegać się ogólnych szumnych acz abstrakcyjnych deklaracji - jak zauważa Piketty - to jakoś nigdy w przeszłości nie przeszkodziło bogaczom się bogacić i uciskać innych. Albo tworzenia fikcyjnych przepisów prawnych, bez zadbania o ich finansowanie, albo których nie da się (lub nie chce się) egzekwować. Przede wszystkim wymaga to nieustającej debaty, gdyż żaden człowiek samodzielnie nie wymyśli jak rozwiązać problemy, nad którymi od lat głowią się ekonomiści (to a propos żądań “to zaproponuj coś lepszego niż kapitalizm”). A może też wreszcie cywilizacja zachodnia zacznie się uczyć od innych, zamiast ciągle utrzymywać, że to, co myśmy wymyślili jest najlepsze - choć ze stanu świata widać, że nie jest. To wymaga jednak woli politycznej, a jak wiadomo elity zawsze się przeciwko temu opierają. Sto lat temu trzeba było wojen i rewolucji... Obecnie wmawia się nam, że turbokapitalizm i technofeudalizm to jedyna możliwa ścieżka, a to przekonywane wsparte jest potężnym lobbying i finansowaniem kampanii politycznych przez współczesnych krezusów. Społeczeństwa są coraz bardziej zmęczone tymi ogromnymi bogactwami i ludźmi, którzy żyją już w zasadzie na innej planecie, jednak ciągle roszczą sobie prawo do tego, żeby decydować o naszej. Tylko co z tego, skoro niewiele się z tym robi?
Kapitał i ideologia to książka na styku ekonomii i spraw społecznych, co pokazuje jak bardzo te kwestie są ze sobą związane. Dostajemy w niej przekrojowy przegląd ideologii, jakie kształtowały rozwój ekonomiczny, od średniowiecza do czasów współczesnych. Piketty to Piketty, w związku z czym styl jest dość akademicki, można to było napisać prościej i przystępniej, niemniej prostota i przystępność na pewno nie były priorytetem w przypadku tej publikacji. I tak jest to pozycja znacznie mniej wymagająca niż Kapitał w XXI wieku. Zawiera ona tylko podstawowe pojęcia z dziedziny ekonomii: podatek, dochodowy, progresywny, deficyt – jakie zna każdy średnio wykształcony człowiek. A warto się z nią pomęczyć, bo pozwala ona uporządkować sobie pewne rzeczy, związane z mechanizmami trzymania władzy i koncentracji bogactwa, rozjaśnić sobie w głowie i odnieść się do argumentów ekonomicznych (a często raczej pseudoekonomicznych), którymi częstują nas politycy i eksperci będący na ich garnuszku. Jest to oczywiście książka w lewicowym entourage’u o tyle, że nierówności, redystrybucja dóbr, prawa pracownicze, to są tematy o które troszczy się lewica. U Piketty-ego znajdziemy jednak zamiast populizmu fakty i dane, rzeczową analizę oraz rozsądne propozycje rozwiązań. Zwraca uwagę wyważony i merytoryczny ton francuskiego ekonomisty, który namawia do dialogu, wspólnego uzgadniania rozwiązań – co jak wiemy w ostatnich latach jest coraz trudniejsze.
Gatunek: historia/ekonomia
*ten sam argument podawali przeciwnicy praw kobiet: jeśli pozwolimy kobietom pracować, to przecież za niedługo kobiety będą sięgać po każdą pracę, wykonywaną przez mężczyzn, będą chciały być górnikami, żołnierzami, politykami, olaboga, do czego to doszło. A biedni mężczyźni będą musieli w domu prać pieluch “róbmy tak dalej, a mężczyźni przestaną być mężczyznami”.







Komentarze
Prześlij komentarz