Kaliban i czarownica

Nadeszła wiekopomna chwila na recenzję pozycji, która zajęła poczesne miejsce na mojej półce w ubiegłym roku, jako że należy ona już do kanonu książek feministycznych. Jej tytuł może wydawać się frywolny, ale w rzeczywistości jest to bardzo poważna pozycja omawiająca historię przejścia z feudalizmu do kapitalizmu, okupioną m.in. wzbudzeniem nienawiści do kobiet, pozbawieniem ich praw i de facto ubezwłasnowolnieniem. Zatem mizoginizm, z którym borykamy się do dziś, autorka bardzo ściśle wiąże z powstaniem kapitalistycznych stosunków gospodarczych i akumulacją tzw. kapitału pierwotnego (uwaga, pojęcie z marksizmu!). 

To, że kapitalizm bazuje na wyzysku, w tym na wyzysku kobiet, nie było dla mnie nowością, i w sumie, czegóż to nowego mogłabym się jeszcze na ten temat dowiedzieć? Okazuje się, że bardzo wiele, bo autorka naświetla całą tę historyczną perspektywę, poczynając od średniowiecza. Właściwie tak do połowy książka poświęcona jest ogólnie dawnym stosunkom społeczno-gospodarczym, nie tylko kobietom. Wbrew powszechnemu wyobrażeniu, w średniowieczu stosunki były o wiele bardziej egalitarne i swobodne, niż potem, zarówno w kwestii dostępu do różnych dóbr, w tym żywności, jak i praw. I w szczególności dotyczy to kobiet właśnie, zwłaszcza jeśli porównamy sytuację kobiet w średniowieczu z ich sytuacją w epoce kontrreformacji i oświecenia. I to jest pierwsza rzecz, która jasno wybrzmiewa w Kalibanie i czarownicy. Dawniej też kobiety pracowały na równi z mężczyznami, nie tylko w polu, ale też w miastach, jako rzemieślniczki, handlarki, akuszerki. Nie było czegoś takiego, jak “tradycyjna rodzina nuklearna”, która jest tak “tradycyjna”, że wymyślono ją w XIX wieku: 

Wieś feudalną charakteryzował brak oddzielenia produkcji dóbr od reprodukcji siły roboczej, a wszelka praca przyczyniała się do utrzymania rodziny. (...) Ich [kobiet] czynności domowe były doceniane i nie wiązały się ze stosunkami społecznymi odmiennymi niż te, które dotyczyły mężczyzn. Rozróżnienie nastąpiło dopiero w ramach gospodarki pieniężnej, kiedy pracę w domu przestano uważać za oczywistą pracę. 

Chłopi w średniowieczu pracowali też dużo mniej, niż potem robotnicy, co też trzeba sobie uświadomić. Mieli więcej czasu wolnego, więcej zabaw, więcej poczucia wspólnoty i dostępu do dóbr wspólnych (zabranych ludziom w procesie grodzenia, który był wstępem do kapitalizmu). I stąd przez wiele wieków tak naprawdę trwała walka o to, z masami, które trzeba było przymuszać (“przyzwyczaić”) de facto do tak ciężkiej pracy, jakiej wymagali kapitaliści (będę używać tego terminu jako określenie na nowe stosunki, które przyszły w XV wieku, o których pewnie jeszcze nie myślano jako o kapitalizmie, ale były jego zaczątkiem). W trzech pierwszych rozdziałach Federici opisuje właśnie owe chłopskie bunty, protesty, mowa jest też o ruchach heretyckich, w tym katarach czy bogomiłach, wyznających antynatalizm. Federici podkreśla, że owo “przejście” z feudalizmu do kapitalizmu wcale nie było spokojnym procesem, zwłaszcza, że punktem wyjścia był szok po epidemii dżumy, która wyludniła Europę. Charakteryzował tamte czasy okropny chaos i przemoc, połączone z pogarszającą się sytuacją części ludności - tej najsłabszej, najbiedniejszej, która została zaprzęgnięta do kieratu, w tym w pierwszym rzędzie kobiet oczywiście. Bo kobiety często protestowały przeciwko tym zmianom najmocniej, przewodziły buntom, nie chciały się podporządkować, i wspierały się nawzajem. 

(...) w społeczeństwie średniowiecznym stosunki kolektywne dominowały nad relacjami rodzinnymi i że większość zadań z rodzin chłopskich (...) była wykonywana we współpracy z innymi kobietami, to zrozumiemy, że płciowy podział pracy był dla nich źródłem nie izolacji, lecz siły i ochrony. 
I to trzeba było ukrócić, a zrobiono to rozpętując kampanię nienawiści przeciwko kobietom, szkalując je, oczerniając, opowiadając głupoty o tym, że nie mają rozumu, że są siedliskiem zła, itp. Ukoronowaniem tego były - jak pisze autorka - polowania na czarownice. I jeśli przyjrzymy się historii, to widzimy, że nie miały one wcale miejsca w średniowieczu - jak głosi stereotyp, ale właśnie w epokach, kiedy na scenę wkroczył “rozum”: od wieku XVI do XVIII (słynne dzieło Młot na czarownice powstało w końcówce XV wieku). Jako, że oskarżenie o czary miało tak niejasny charakter i było w zasadzie nie do udowodnienia, można było za jego pomocą zniszczyć praktycznie każdego, ale historia polowań na czarownice pokazuje, że narzędzie to było skierowane głownie przeciwko kobietom, i to kobietom biednym (chłopkom). Dodatkową okolicznością obciążającą była samotność, niezależność kobiety i starość (co poskutkowało zmianą stosunku do starszych kobiet, zawsze szanowanych z uwagi na ich wiedzę: Polowanie na czarownice wywróciło obraz starej kobiety do góry nogami. Tradycyjnie uważana za mądrą, stała się symbolem niepłodności i wstrętu do życia - co skutecznie utrwalono w bajkach). Pamiętacie historię Sydonii? Oskarżenie o czary osoby z wyższych warstw społecznych było rzadkością, a Federici pisze, że polowania na czarownice ustały w momencie, kiedy - z jednej strony - zagrożenie ze strony kobiet zostało zażegnane, a z drugiej histeria na punkcie czarów zaczęła zataczać coraz szersze kręgi, sięgając także wyższych warstw społecznych. Więc wtedy zarządzono: “ok, to już przesada, wystarczy”. W tym samym czasie nie byli wcale prześladowani alchemicy, magowie, a alchemia była nawet włączana w zakres nauk!Ówcześni myśliciele wcale zaś nie potępiali polowań na czarownice. Wniosek z tego, że polowania na czarownice miały kilka funkcji: 

– walka klas, gdyż kobiety protestowały przeciwko podwyżkom cen, grodzeniu, itp. 

Podobnie jak grodzenia służyły wywłaszczaniu chłopstwa z ziem gminnych, tak polowania służyły wywłaszczaniu kobiet z ich ciał, które tym sposobem były “wyzwalane” od wszelkich przeszkód utrudniających ich funkcjonowanie jako maszyn do produkcji siły roboczej. Groźba wylądowania na stosie wznosiła większe bariery wokół kobiecych ciał niż te, które powstały kiedykolwiek podczas grodzenia. 
- przejęcie kontroli mężczyzn nad rozrodczością i seksualnością kobiet, co było wynikiem skurczenia się populacji po epidemii dżumy i obaw o malejący przyrost naturalny - a przecież ludzie byli potrzebni jako siła robocza (stąd w tym okresie pojawiły się surowe restrykcje dla aborcji, dzieciobójstwa, cudzołóstwa, antykoncepcji);  

(...) był to pierwszy krok długiego marszu w kierunku “czystego seksu w czystej pościeli” i transformacji kobiecej aktywności seksualnej w pracę, w służbę mężczyznom i prokreacji. Centralne dla tego procesu było zakazanie jako antyspołecznych, a w praktyce demonicznych, wszystkich nieprodukcyjnych i nieprokreacyjnych form kobiecej seksualności. 
- bat na kobiety niepokorne,
Termin “buntowniczka” nie odnosi się do konkretnej działalności wywrotowej, w którą miały by być zaangażowane kobiety. Opisuje raczej kobiecą osobowość rozwiniętą (zwłaszcza wśród chłopek) w trakcie walki z władzą feudalną, podczas której kobiety często przewodziły ruchom heretyckim, organizowały żeńskie stowarzyszenia i wzmagały zagrożenie dla męskiej władzy i Kościoła. 
- i wreszcie wyzysk pracy kobiet, poprzez jej zdewaluowanie i zamienienie w “obowiązki domowe” - w ten sposób za tę ilość pracy, stojącej wszak u podstaw społeczeństwa, nie trzeba było płacić. 

W ten sposób kobietom zabrane zostały prawa, które posiadały, w tym prawo do pracy i do nauki; kobiety zostały uzależnione od mężczyzn i tak naprawdę ubezwłasnowolnione. Kobieta nie mogła w zasadzie nic bez zgody mężczyzny. To jest Opowieść podręcznej w realu, tylko że rozłożona w czasie - Federici pisze, że była to klęska kobiet, która zniszczyła poczucie wspólnoty i wielowiekową wiedzę zgromadzoną przez kobiety. 

 (...) przez odebranie kobietom kontroli nad ich ciałami [i życiem] państwo pozbawiło je najbardziej podstawowego warunku fizycznej i psychologicznej integralności, degradując macierzyństwo do poziomu pracy przymusowej i w niespotykany dotychczas sposób ograniczając życie kobiet do reprodukcji. 

Nie chciałybyście żyć w tych czasach, serio. Proces tego ubezwłasnowalniania kobiet zakończył się w XVIII wieku, kiedy nastąpiła zmiana narracji - poskromiona kobieta z istoty demonicznej, rozpasanej stała się istotą słabą (w tym na umyśle), delikatną, którą trzeba chronić. 

I to jest ta wersja historii, której raczej nie znajdziemy w tradycyjnych podręcznikach, prawda? Podręcznikach, które ukazują przejście z feudalizmu do kapitalizmu jako postęp, zwłaszcza, że łączy się je z triumfem nauki i racjonalizmu nad zabobonem. Tyle tylko, że ta nauka de facto też brała udział w tym procesie zniewolenia - to oświeceniowi filozofowie, wymyślili dualizm ciała i umysłu, podział na to, co racjonalne/męskie/lepsze i emocjonalne/kobiece/gorsze. Oczywiście historia ludzkości jest pisana z męskiej perspektywy, więc kwestie ucisku kobiet, systemowej przemocy wobec nich są z reguły pomijane czy marginalizowane, a płeć traktowana jako czynnik nieistotny/neutralny, co jest oczywistą bzdurą (i nawet różne dzieła badające stosunki gospodarcze, w tym Kapitał Marksa tych aspektów nie uwzględnia, na co zwraca uwagę Federici, a co nie dziwi, jeśli się pomyśli, że Marks był produktem patriarchatu). O renesansie rozmawia się jako o wspaniałym wieku, odrodzenia ludzkiego umysłu, kreatywności, geniuszy (męskich), ale ktoś słusznie zadał pytanie: czy kobiety też miały renesans? Tak samo polowania na czarownice przedstawia się zawsze jako jakiś dziwny okres w historii ludzkości, traktując je jako zjawisko marginalne, wypadek przy pracy na drodze do oświecenia, ostatnie podrygi ciemnoty, gdy tymczasem Federici przedstawia je jako element celowo zastosowanej przemocy systemowej. Tym bardziej, że - i to też jest nowe spojrzenie - wiąże je ona z kolonizacją Nowego Świata, gdzie wobec ludów rdzennych stosowano te same metody ujarzmiania. Bo polowania na czarownice kojarzą się nam z Europą, prawda? Jeśli chodzi o Amerykę, to w powszechnej świadomości mamy tylko czarownice z Salem, gdy tymczasem polowania takie odbywały się także w Ameryce Południowej (o tym jest powieść historyczna Rok, w którym narodził się diabeł). 

Patrząc wstecz, zobaczmy co tu się wydarzyło: 

- kobiety, które pracowały wspólnie z mężczyznami (acz zawsze jakieś płciowe podziały pracy istniały) wepchnięto do domów, zabraniając im pracy zarobkowej i uzależniając je od mężczyzn. Praca, którą nadal musiały wykonywać w domu była niepłatna, co w przypadku utraty opieki ze strony męża powodowało tragiczną sytuację materialną kobiety, zmuszając ją niejednokrotnie do zajmowania się prostytucją (wobec braku innych alternatyw pracy dla kobiet). Jakby tego było mało, praca w domu straciła status “rzeczywistej pracy” (bo nikt za nią nie płacił), odebrano jej znaczenie, naznaczając jako “naturalne powołanie” kobiet. Odwołując się do tradycyjnej ekonomii można więc podzielić pracę na dwa rodzaje: produkcyjną - polegającą na tworzeniu i obsłudze rzeczy oraz “reprodukcyjną”, polegającą na tworzeniu ludzi oraz relacji społecznych. Zastanówcie się, która jest ważniejsza. Kogokolwiek by nie zapytać, zawsze powie “najważniejsza jest rodzina”. Na pytanie, co najbardziej cenisz w swojej pracy słyszysz “relacje z ludźmi” (abstrahując od tego, czy to prawda, czy raczej coś, co wypada powiedzieć). Znowu odwołam się do Dawida Graebera: “O ile można uczynić wyraźne rozróżnienie, to właśnie opiekę, energię i pracę poświęconą innym ludziom powinno się traktować jako fundamentalną. Wszystko na czym najbardziej nam zależy - nasze miłości, pasje, rywalizacje i obsesje - to zawsze inni ludzie. W większości społeczeństw niekapitalistycznych jest oczywiste, że wytwarzanie dóbr materialnych jest podrzędnym składnikiem większego procesu, jakim jest kształtowanie ludzi. Powiedziałbym nawet, że jednym z najbardziej alienującym aspektów kapitalizmu jest właśnie to, że zmusza nas, abyśmy udawali, iż jest odwrotnie: że społeczeństwo istnieje głównie po to, by produkować coraz więcej dóbr materialnych”. No właśnie. A my najcięższą i najważniejszą pracę pozbawiliśmy wynagrodzenia i statusu; 

- potem, po latach walki (w której dobitnie pomogło to, że mężczyźni wyrżnęli się w dwóch wojnach światowych) pozwolono kobietom znowu pracować najemnie, acz większość zawodów nadal było oznakowanych jako “męskie”, nie do końca wiadomo czemu, więc kobiety napotykały wiele barier chcąc się w nich zatrudnić). Zarazem z zastrzeżeniem, że nie zwalnia ich to z wykonywania tzw. “kobiecych obowiązków”, które to miano otrzymała niepłatna praca w domu;

- w dalszej kolejności - i to jest stan obecny - od kobiet wręcz zaczęto WYMAGAĆ, by wykonywały także pracę najemną (odpłatną). Wjeżdża narracja, że kiedy kobieta nie pracuje “poza domem” to jest nazywana leniwą i roszczeniową. Oddaje to tez nomenklatura: “siedzi w domu”. Bo “co też w tym domu może być do roboty”. Za pracę w domu nadal kobietom się nie płaci, tu się nic nie zmieniło. Na tym nie koniec, bo okazuje się, że jak taką kobietę “niepracującą” mąż rzuci, to jest sama sobie winna, bo była głupia powinna była “przewidzieć, że zostanie zamieniona na młodszą” i się zabezpieczyć (autentyczny komentarz z Instagrama!). Nie przeszkadza to zarazem oskarżaniu kobiet o egoizm i chęć robienia “kariery zawodowej” zamiast dbania o ognisko domowe i produkowanie dzieci, jak na “prawdziwą kobietę” przystało. Jesteśmy więc udupiane podwójnie: dawniej przynajmniej, jak kobieta nie pracowała najemnie, to nikt nie miał do niej o to pretensji… 

Wystarczy wziąć jakąkolwiek dyskusję na tematy feministyczne, by znaleźć podobne argumenty i zarzuty. Kompletne niezrozumienie tego, że sprzątanie, gotowanie, pranie, czy zmienianie pieluch dzieciom, to też jest PRACA. A nie “dorosłość”, czy “obowiązki domowe” (gdyby tak było, to pojawia się pytanie: czemu te “dorosłe obowiązki” wykonują głównie kobiety i głównie od kobiet się ich wymaga, a panowie nadal się od nich migają?). Bez zastanowienia się nad tym, czemu za te same “obowiązki”, ale wykonywane dla nas przez obce osoby jesteśmy skłonni płacić. Rzecz jasna nikogo “nie stać”, żeby kobietom płacić za tę pracę, co sprowadza się do konstatacji, że skoro wymagamy od kogoś pracy, ale nie mamy zamiaru mu za nią zapłacić, to powinniśmy to nazywać wyzyskiem/kradzieżą po prostu. I te argumenty wysuwane są nawet przez kobiety, niestety. Tak zostałyśmy wyuczone i zindoktrynowane. 

Widzimy wiec, że to dziedzictwo historyczne z ostatnich kilku wieków bardzo mocno w nas tkwi: mizoginia, postrzeganie kobiet jako gorszych, głupszych, cały czas pokutujące stereotypy, że kobieta powinna “siedzieć w domu” i zajmować się dziećmi, na poparcie których często w dodatku pojawia się argument o prehistorii, mający więcej wspólnego z kreskówką o Flinstonach, niż prawdą - bo skąd niby mielibyśmy wiedzieć jak to było w czasach prehistorycznych. Tak samo z tamtych czasów bierze się to przekonanie, pokutujące do dziś wśród wielu pracodawców, że ludzi trzeba do pracy zmusić, bo inaczej będą bąki zbijać…  A z drugiej strony tak doskonale przyuczono nas do tej pracy, że mamy dziś na jej punkcie obsesję, sprowadzamy do niej każdą życiową czynność, a odpoczynek traktujemy jako stratę czasu (i pieniędzy). 

(...) kapitalizm ostatecznym celem życia uczynił nabywanie, zamiast uznać je za środek do zaspokajania potrzeb. To zakłada zrzeczenie się wszelkiej spontanicznej radości życia. Kapitalizm dąży również do wyjścia poza nasz naturalny stan, łamiąc ograniczenia natury i wydłużając czas pracy na drodze przekraczania granic (...) wyznaczanych przez słońce, cykl pór roku i samo ciało. 
Moim zdaniem tej książki nie należy traktować jako pozycję “feministyczną”, tylko wyjść poza to. Rozsądnie byłoby więc na historię opowiedzianą w tej książce popatrzeć bardziej w kategoriach ogólnoludzkich - tego, co kapitalizm i patriarchat zrobił nam wszystkim. Dlatego, że z narracji wynika, że opisane przemiany były instytucjonalne, systemowe, szły z góry, acz mężczyźni niestety nie stanęli w obronie swoich kobiet… Efektem było wzbudzenie rozdziału i wrogości między płciami (jako że kobiety były przedstawiane jako zagrożenie dla “męskości”). Wojny, która trwa do dziś, a od której zwłaszcza mężczyźni nie potrafią się zdystansować, często negując fakty o dyskryminacji kobiet i wszelaką narrację feministyczną. 
Polowania pogłębiły podziały pomiędzy kobietami i mężczyznami, nauczyły mężczyzn odczuwać strach przed siłą kobiet i zniszczyły cały zbiór wspólnych praktyk, przekonań i zainteresowań, które pozostawały w sprzeczności z kapitalistycznym systemem pracy. 
Kaliban i czarownica pozwala spojrzeć trochę inaczej na historię, dodać do niej nowe elementy do jej zrozumienia i przede wszystkim do zrozumienia, dlaczego świat współczesny wygląda tak, jak wygląda. Przede wszystkim wpojonego nam przekonania, że kapitalizm jest czymś DOBRYM (można spotkać się nawet z opiniami, że “niczego lepszego nie wymyślono” - czyżby?* - poza tym ta sentencja odnosi się do demokracji, a nie do kapitalizmu). Kojarzy się on nam z wolnością i równością, podczas gdy w praktyce zasadza się on na wyzysku i odbieraniu wolności szerokim rzeszom ludzi, na bazie czego pozostali mogą budować swój dobrobyt. Bo tak, mamy dobrobyt, prawda? Tylko jakim i czyim kosztem? Ten dobrobyt tyczy się tylko części krajów (tych które były pierwsze w grabieniu i wyzysku) i części ludzi w nich żyjących. Tym sposobem w Polsce mamy dwie - sprzeczne ze sobą narracje - kapitalizm jest fajny, bo dzięki niemu żyje się nam dobrze (co jest częściowo prawdą), a jednocześnie powszechne utyskiwanie, że jesteśmy “biedni”, co - tak myślę - jest mixem postrzegania Polski ciągle w kontekście biednego, postsocjalistycznego kraju, aspirowania do krajów zachodnich, które ciągle gonimy oraz tego, że mamy duże nierówności społeczne i wielu ludzi faktycznie z trudem wiąże koniec z końcem. 
(...) większość ekonomistów pragnie trwać w iluzji, jakoby kapitalizm rozwijał raczej wolność niż przymus. To klasa merkantylistyczna wynalazła domy pracy, prześladowała włóczęgów, zsyłała kryminalistów do kolonii i inwestowała w handel niewolnikami, jednocześnie wysuwając twierdzenia o “użyteczności nędzy”, a bezczynność określając mianem “społecznej plagi”. 
Nie zrażajcie się wstępem autorki, który jest napisany tak akademickim językiem, że aż boli. Potem jest dużo lepiej. Jednak cały czas, no nie jest to książka “do poduszki”. Brakowało mi wyjaśnienia niektórych pojęć i przydałby się też jakiś komentarz do polskiego wydania, bo ta książka została oryginalnie wydana prawie 30 lat temu - ale w Polsce chyba po raz pierwszy dopiero teraz. Jak została ona odebrana w innych krajach, czy i jak faktycznie zrewolucjonizowała ona myślenie o historii kobiet i kapitalizmie? 

Na koniec płynie z tego jeszcze jedna nauka. Autorka pisze, że wiara w demony jest typowa dla czasów przemian, przejścia, kiedy jeden sposób produkcji wypierany jest przez inny. Wiara w demony, myślenie magiczne, teorie spiskowe, zwał, jak zwał, ale wygląda na to, że znowu jesteśmy w takim okresie, (patrząc też na rozlewający się znowu po świecie mizoginizm), a to jest bardzo niepokojące, bo oznacza kolejne zakusy na naszą wolność. 

Metryczka: 
Gatunek: historia
Główny temat: narodziny kapitalizmu i polowanie na czarownice
Miejsce akcji: głównie Europa
Czas akcji: średniowiecze - oświecenie
Ilość stron: 436
Moja ocena: 5,5/6 
 
Silvia FedericiKaliban i czarownica. Kobiety, ciało i akumulacja pierwotna, Wydawnictwo Karakter 2025


*David Graeber pisze, że “nawet ludzie bogaci i posiadający władzę często przyznają, że dla większości mieszkańców świat jest podłym miejscem do życia; jednocześnie twierdzą jednak, że inaczej być nie może lub że każda zmiana może być zmianą na gorsze, a nie że istotnie żyjemy w idealnym systemie społecznym”

Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później