Młody chłopak, który wyszedł z poprawczaka i rusza w podróż ze swojej farmy do wielkiego miasta, to nie brzmi jak powieść moich marzeń, ale za to brzmi jak bardzo amerykańska powieść drogi. I faktycznie taką jest - akcja rozgrywa się w roku 1954, czasy Jamesa Deana i Buntownika bez powodu. Gospodarka amerykańska rozkwita. To były czasy pełne optymizmu, kiedy można było śmiało brać życie we własne ręce i nie bezzasadnie wierzyć w powiedzenie o byciu kowalem własnego losu, co też czyni Emmet. 

A więc Emmet i jego braciszek porzucają rodzinną farmę (na której i tak już nie mają czego szukać) i ruszają do Kalifornii, no tylko że nieoczekiwany obrót zdarzeń rzuca ich w przeciwnym kierunku. Lincoln Highway obfituje w tego typu niespodzianki, postaci pojawiające się deux ex machina oraz dygresje i przypowieści mające nadać temu jakiś wyższy sens. W tym odkrywające przeszłość bohaterów i prawdopodobne motywy nimi kierujące. Powieść jest pełna amerykańskiej symboliki: kultu samochodów i małego domku na przedmieściu, 4 lipca, drapacze chmur w Nowym Jorku... Podróżowanie pociągami towarowymi także jest tak bardzo amerykańskie, tak samo jak emblematyczni bohaterowie, jakich spotykamy w klasycznych amerykańskich opowieściach: farmerzy, wędrowni pseudokaznodzieje, czy dobroduszni czarnoskórzy siłacze. Widać w Lincoln Highway także odwołanie do tradycyjnych i “niemodnych” już wartości ludzi “ziemi”, takich jak lojalność, honor, uczciwość, spłacanie swoich “długów”, szacunek do innych ludzi i do ciężkiej pracy. Mały brat bohatera symbolizuje z kolei ducha przygody, podróżowania i odwagi. Tego, co przywiodło pionierów na amerykańską ziemię. 

Jakkolwiek narracja i przygody wymyślone przez Amora Towlesa mnie wciągnęły, bo autor ten potrafi ewidentnie snuć długie, zakręcone, jak również dopracowane literacko opowieści, to ta książka też mnie bardzo irytowała. Bo jest to typowa podróż, rodem z koszmarów sennych, kiedy nie możecie dotrzeć do celu, ponieważ cały czas pojawiają się jakieś przeszkody, komplikacje, a cel zamiast przybliżać się, to się oddala. Jak w Odysei, która zresztą duchowo patronuje Lincoln Highway. Zresztą sam Emmet zauważa w pewnym momencie tę prawidłowość, przypominając sobie nonsensowną starożytną teorię niejakiego Zenona: 

W starożytnej Grecji, filozof o imieniu Zenon twierdził, że aby dostać się z punktu A do punktu B, trzeba najpierw dotrzeć do połowy drogi. Ale by dostać się do punktu oznaczającego połowę drogi do punktu B, trzeba pokonać połowę tego dystansu, później znowu połowę i tak dalej. A gdy już zbierze się wszystkie połówki połówek, które trzeba by pokonać, by dostać się z jednego punktu do drugiego, jedyny wniosek, jaki można wyciągnąć, to że zadanie jest niewykonalne. 
Szczerze też miałam nadzieję, że ci dwaj irytujący koleżkowie Emmeta, którzy byli sprawcami tych wszystkich kłopotów - a którzy w pewnym momencie przejmują wręcz narrację - dostaną za swoje. Jeden z nich reprezentuje niedojrzałość i lekkomyślność typową dla swojego wieku i acz wydaje się “dobrym chłopakiem”, to cechuje go brak poszanowania dla ogólnie przyjętych norm; z biegiem czasu jego poczynania coraz bardziej wkurzają. Miałam ochotę go po po prostu walnąć. Drugi natomiast najwyraźniej jest niezbyt lotny. To jest więc mocno “chłopacka” powieść - o niedojrzałych, brojących chłopakach. Ich wyskoki wydają się nieszkodliwe - a autor wydaje się je usprawiedliwiać trudnym dzieciństwem - no tylko że wcale takie nie są. Drugą rzeczą, która mnie irytowała była naiwna stylistyka tej książki, przypominająca książki pisane dla dzieci (dawniej) albo książki o prostych, niewykształconych ludziach, np. niewolnikach. Te dygresje, te umoralniające pogadanki, te dialogi, w których bohaterowie nie rozmawiają ze sobą, tylko przemawiają lub wygłaszają jakieś oświadczenia. Mały Billy, wydający się najmądrzejszy (i najrozsądniejszy!) w tym całym towarzystwie. Zdaję sobie sprawę, że to celowy zabieg i że ta powieść miała się właśnie tak kojarzyć - odwoływać się do prostych prawd, do niewinności reprezentowanej przez dzieci lub prostaczków i do tego, jak podróż wyprowadza ich z ignorancji, ale ceną za to jest zetknięcie się z trudami i brudami życia oraz moralnym zamętem - innymi słowy być jak skrzyżowanie Marka Twaina ze Steinbeckiem. Tylko, że ja czułam się przy lekturze traktowana jak idiotka. Tym bardziej, że w ten sposób mówią/zachowują się w zasadzie wszyscy główni protagoniści - więc autor ich nie zróżnicował, nie nadał im indywidualnego rysu. 

Podobnie jak Podróże Guliwera, można Lincoln Highway zakwalifikować już to do powieści przygodowej (bardziej niż drogi, gdyż w sumie tytułowej autostrady tu niewiele), albo widzieć w niej powieść o dorastaniu (jak wyżej), albo upatrywać w niej historii o dawnej Ameryce i jej tradycyjnych wartościach, z jej blaskami takimi jak dawanie szansy rzutkim i odważnym oraz cieniami w postaci pogonią za pieniądzem, przywilejami klasy old money oraz bezwzględnością w stosunku do tych, którzy sobie nie radzą. I tu zabrakło mi głębi, podrążenia wątków, które są zasygnalizowane, ale niepoprowadzone dalej i stają się nierozwiązaną zagadką: przeszłość rodziców Emmeta i ich porażka, zaginiona matka bohatera, bogactwo Wolly’ego oraz bliżej nieokreślone problemy poznawcze oraz emocjonalne, z jakimi się zmaga. Porzucony zostaje także intrygujący wątek farmy przejętej za długi niby przez bank, mogący być przyczynkiem do ciekawej opowieści o ludzkiej chciwości, znajdującej mocne oparcie w amerykańskim kulcie pieniądza i przedsiębiorczości. Niejasny jest wątek przyjaciółki Emmeta - jednej z nielicznych kobiecych postaci w tym męskim gronie (jako że, wiadomo, przygody to "męska" rzecz). Nie wiadomo czego ta dziewczyna oczekuje od Emmeta i co takiego się stało, że Sally odrzuca zinternalizowany seksizm, jaki przecież prezentuje na początku powieści. Ten wątek jest niespójny i właściwie nie wiadomo co autor chciał przez niego pokazać. 

Zakończenie całej tej eskapady mnie mocno zaskoczyło, bo jakby nie irytowali mnie ci gagatkowie, rzucający Emmetowi kłody pod nogi, to nie spodziewałam się, że aż tak. Kontrastuje ono zresztą mocno z mocno eksponowanym szlachetnym wizerunkiem głównego protagonisty, jak również z całym tonem tej książki, w którym akcentowana jest raczej wyrozumiałość dla popełniania błędów i możliwość odpokutowywania za nie. Najwyraźniej do czasu. Nie wiem jaki z tego płynie morał. Miarka się przebrała czy jednak ideał sięgnął bruku? 

Metryczka: 
Gatunek: powieść 
Główni bohaterowie: Emmet, Wolly, Billy
Miejsce akcji: USA
Czas akcji: 1954r. 
Ilość stron: 560
Moja ocena: 4,5/6
 
Amor TowlesLincoln Highway, Wydawnictwo Znak Literanova, 2022


Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później