Kasta
Oczywiście, ludzie się różnią między sobą, ale czym innym są różnice, a czym innym nadawanie im wartościującego znaczenia - co niestety dla większości ludzi nie jest takie oczywiste. Rodzi się więc jakaś atawistyczna pokusa, by postrzegać kogoś, kto jest inny i wygląda inaczej od nas, postrzegać jako "gorszego". Na to nakładamy sobie jakąś ideologię - jak opisał to Piketty w Kapitale i ideologii - najpierw odwoływano się do religii, prawa “naturalnego”, a potem zaczęto się podpierać różnymi “naukowymi” teoriami, które jednakowoż nie miały niczego wspólnego z nauką, gdyż ich założenia nie były obiektywne i nie wytrzymywały empirycznej weryfikacji. Fajnym przykładem jest tu historia nazwania "białej rasy", rasą "kaukaską". Isabel Wilkerson powstałe w tej oto sposób hierarchie nazywa kastami. Kasty zwyczajowo kojarzą się z Indiami, jednak Wilkerson opisuje ich działanie na przykładzie kraju znacznie nam bliższego kulturowo, czyli Stanów Zjednoczonych. Kraju, reklamującego się jako kraju równości i wolności, co nie? Co najwyżej mamy w nim do czynienia z klasami, ale dzięki ciężkiej pracy po tej drabinie społecznej można się wspiąć. "Wszyscy ludzie stworzeni są równymi" mówią dokumenty założycielskie USA. To tyle jeśli chodzi o mitologię. Gdyż zapomniano tam dodać, że przez "ludzi" należy rozumieć białych mężczyzn. Czarnych, niewolników ani kobiet nie uwzględniono. Przez kastę należy natomiast rozumieć taką szufladkę społeczną, w której tkwi się z racji swojego pochodzenia i której nie da się zmienić, niezależnie od własnych wysiłków, ani pracą, ani ożenkiem.
Kasta to coś więcej, niż ranga. To stan umysłu, który trzyma wszystkich w niewoli: dominujący stają się więźniami iluzji własnego przywileju, a podległych zamyka się w pułapce cudzego przekonania o tym, kim są i kim powinni być.
Według Wilkerson całe funkcjonowanie USA zostało oparte o dokonany - już na wczesnym etapie, jeszcze przed uzyskaniem niepodległości - podział na ludzi białych i czarnych/kolorowych, tworzących kasty dominującą i podległą. Na szczycie drabiny społecznej stali Anglosasi, przybyli pierwotnie do Ameryki, poddani Korony Brytyjskiej, a wiemy, że napływający imigranci innych narodowości również traktowani byli jako ludzie gorszego sortu. Znacznie lepiej było przybywać z Europy Północno-Zachodniej, niż Południowej czy Wschodniej, a już najbardziej pożądane w tej dziwacznej hierarchii, do dziś, jest nordyckie pochodzenie... Jednak czy to Irlandczyk, Włoch, czy Polak - byli ludźmi białymi, którzy jeśli stopili się z tą etykietką, automatycznie stawali się członkami kasty dominującej, co stanowiło przepustkę do lepszego życia. Taki podział miał podłoże ekonomiczne - biali się bogacili, a czarni na nich pracowali.
Chciwość i buta przyćmiły sumienie, a nowa idea umysły ludzi i pozwoliła im sięgnąć po ziemię i cudze ciała, do których zdobywcy uzurpowali sobie prawo. Skoro chcieli przekształcić te dzikie tereny i ucywilizować je wedle własnego upodobania, postanowili, że muszą podbić, zniewolić lub usunąć tych, którzy już na nich żyją, a tych, których uznają za gorszych od siebie zaprząc do ujarzmienia i uprawy ziemi, tak aby wydobywać bogactwo drzemiące w żyznej glebie.
Członkowie kasty dominującej posiadają w powszechnym mniemaniu wszelkie możliwe zalety: urodę, inteligencję, kompetencję, odwagę, szlachetność, etc, etc. Kasta dominująca zawsze ma rację. Przywiezieni z Afryki czarni jako członkowie kasty podległej, zepchnięci zostali do roli niewolników i na zawsze naznaczeni wieloma uprzedzeniami. Że są głupi, leniwi, agresywni, że nie czują bólu, że właściwie to są jak zwierzęta (tak naprawdę znęcano się nad nimi gorzej, niż nad zwierzętami). Tylko z powodu koloru swojej skóry. Mogłeś być nawet biedny, głupi i słaby, ale jeśli byłeś biały to i tak stałeś w hierarchii wyżej od niebiałych. I tej “białości” nikt ci nie mógł odebrać, podobnie jak czarny nie mógł się wybielić (chyba że był Michaelem Jacksonem). Kasta to zatem coś znacznie głębszego, niż klasa. Klasę można zmienić, a kasty - nie. Czarne osoby, nawet te które osiągnęły sukces, zawsze pozostaną czarne i jako takie narażone na różne rodzaje dyskryminacji.
Kolor to fakt. Rasa to konstrukt społeczny.
Naziści czyniąc z Żydów podludzi wzorowali się na porządku wprowadzonym właśnie w Stanach, w tym na eugenice, nauce, która wykiełkowała z rasizmu. Wilkerson wzmiankuje o kastowości w Indiach (nawiasem mówiąc Piketty sporo pisze na ten temat, dowodząc, że prawdziwie dyskryminujący podział na kasty w Indiach powstał za sprawą Brytyjczyków, a więc białego człowieka, a nie ludności rdzennej) oraz Niemczech hitlerowskich, ale tak naprawdę pokazuje mechanizmy powstawania i działania kastowości na przykładzie USA. Kasta jest więc de facto historią niewolnictwa i rasizmu w tym kraju. Autorka co ciekawe, nie używa nawet zbyt często słowa rasizm, gdyż, według niej, rasizm jest pochodną wytworzonej kastowości, skutkiem, a nie przyczyną. O rasizmie jeszcze napiszę, ale jest faktem, że rasizm pojawił się wraz z białym człowiekiem, uzasadniającym w ten sposób własną wyższość nad ludami pobitymi i skolonizowanymi. Dawniej istniało niewolnictwo, było ono też na porządku dziennym w Afryce, ale nie miało ono nic wspólnego z rasizmem. Dawniej niewolnicy - przed erą nowożytną - nie byli też tak bardzo odczłowieczani, jak czarni w USA. Dopiero gdzieś w XVII wieku ludzie dopracowali ten system tak, aby dawał on maksimum przywilejów kaście dominującej i absolutny brak praw i nadziei kaście podległej. Wilkerson odsłania zasady tej okrutnej gry. Opisuje jakie uprzedzenia wiążą się z posiadaniem ciemnego koloru skóry w USA (byciem osobą “kolorową”), jak działają one jako samonapędzający się mechanizm - szkodząc nie tylko czarnym, ale całemu społeczeństwu i jak są one podtrzymywane wspólnym wysiłkiem obu kast. Podaje na to mnóstwo przykładów - konkretnych sytuacji - w tym z własnego życia wziętych. Ukazuje, co dzieje się, kiedy wskutek przemian - wywalczonych, czy najczęściej narzuconych odgórnie - położenie gorszej kasty zaczyna się i zaczyna ona dostępować przywilejów do tej pory zarezerwowanych dla kasty dominującej. I tu Wilkerson powinna spotkać się z Arlie Hochschild, bo obie autorki opisują to samo zjawisko, zachodzące obecnie w USA (tj. rosnące poparcie dla konserwatystów i Donalda Trumpa nawet wśród ludzi, z których interesami nie jest to zgodne) - i dochodzą do tych samych konkluzji. Zmniejszająca się liczba osób białych w USA wraz z wyborem pierwszego czarnego prezydenta spowodowały, że kasta dominująca poczuła zagrożenie, co spowodowało backlash.
Czemuż to, ach, czemuż - pytały osoby na lewicy - ci ludzie głosują wbrew własnym interesom? (...) Nie brały pod uwagę, że ludzie, którzy głosowali w ten sposób, w rzeczywistości głosowali ze swoim interesem, w którym zawsze leżało podtrzymanie systemu kastowego. Część z nich była skłonna pogodzić się z krótkoterminowym dyskomfortem, zrezygnować z ubezpieczenia zdrowotnego, ryzykować zanieczyszczenie wody i powietrza, a nawet umrzeć, żeby chronić długoterminowe interesy znanej im od zawsze hierarchii.
Każda z tych grup była ćwiczona do zachowywania się zgodnie z tym
podziałem: biali w poczuciu, że świat został stworzony dla nich i na ich
podobieństwo*, a czarni do uległości i do naśladowania białych. Bóg też jakoś dziwnym trafem jest [prawie] zawsze białym facetem, co nie? Całe lata wychowywania w tym określonym porządku. To musiało mieć swoje konsekwencje. W ten sposób amerykańska autorka klarownie tłumaczy to traktowanie czarnych przez białych, które osobie spoza tego systemu wydaje się chore, nienormalne, trudne do uwierzenia, że ludzie mogą coś takiego robić innym istotom ludzkim. Weźmy to, o czym czytałam w Korzeniach:
Cokolwiek uchodziło za naturalną ludzką reakcję, dla członków kasty podległej było zakazane. W epoce zniewolenia nie mieli prawa płakać, gdy zabierali im dzieci, musieli śpiewać, kiedy sprzedawano ich żony i mężów i gdy wiedzieli, że już nigdy nie spojrzą im w oczy, nie usłyszą ich głosu. Karano ich dokładnie za takie reakcje, jakich należałoby się spodziewać po ludziach w takich okolicznościach. Wszelkie przejawy człowieczeństwa stanowiły zniewagę dla tego, co wmawiała sobie kasta dominująca. Ponosili karę za bycie ludźmi i za to, że nie mogli przestać nimi być.
Niestety nie można powiedzieć, że dziś rasizm i pokrewne mu uprzedzenia narodowościowe ograniczają się tylko do USA - może w Afryce faktycznie nie ma rasizmu, bo wszyscy tam są czarni, ale różne grupy i plemiona też potrafią się nienawidzić. A czy współcześnie cudzoziemcy w Polsce nie pełnią roli kozła ofiarnego, obwinianego z automatu o wszelkie przestępstwa przez prawicowe bojówki? Tak samo jak Żydzi w III rzeczy, czy czarni w Ameryce? Niech tylko coś się wydarzy, od razu internet jest pełen fake newsów, że to na pewno zrobił Ukrainiec/Syryjczyk albo jakiś inny niechciany imigrant. I od razu te same komentarze: “a WY [tzn.lewica] chcecie wpuszczać TYCH ludzi do kraju. Żeby gwałcili NASZE kobiety”. "Tak to jest jak się jest zbyt tolerancyjnym". Owszem, czasem różnice kulturowe mogą dawać się we znaki i pojawiać się problemy z imigrantami, ale czy to znaczy, że nietolerancja jest lepsza? Lepsze jest dzielenie ludzi na lepszych i gorszych, skłócanie ich i zbrodnie z nienawiści? W takim świecie chcemy żyć? Bo przecież “nasze kobiety” należą do nas i tylko my możemy je gwałcić? Czarnych też nie lubimy, rasistowskie komentarze w Polsce nie należą do rzadkości. Zresztą, długo szukać nie musiałam, bo akurat w czasie kiedy czytałam Kastę, byłam świadkiem takiej scenki w warzywniaku: “A słyszała Pani o tym wypadku w Wielkiej Brytanii, że CZARNY SENEGALCZYK wrzucił BIAŁE dziecko do krokodyli?” (rzucone ni z gruchy, ni z pietruchy, w ramach small talk) - “Ja bym go powiesił”. Kurtyna. Co, gdyby sprawcą tego czynu był biały, to zmieniłoby jego okropność? Albo gdyby dziecko było czarne? Po co podkreślać czarność i białość w tej scence? Wiadomo. Dodam, że szukałam potem informacji o tym zdarzeniu i nigdzie nie znalazłam info, że sprawcą był "czarny Senegalczyk", a tylko, że był to "30-letni mężczyzna z Norfolk"; w jednym artykule natomiast dodano, że mężczyzna może być "niepełnosprawny umysłowo". Przypominam sobie też taki komentarz z ust znajomego, który był w miejscu, gdzie mile widziana była cisza i spokój, ale “jedynymi osobami, które nie potrafiły się zachować były dwie czarne kobiety”. No i? Dlaczego to głośne/niewłaściwe zachowanie miałoby być związane akurat z rasą? Dlaczego jednostkowy przypadek rozciągamy na całą grupę społeczną? Może dlatego, że czarne osoby powinny się dwa razy bardziej starać, pilnować, tak jak czarny idący do sklepu w garniturze, żeby nikt nie wziął go za złodzieja? A najlepiej udawać, że ich nie ma, bo cokolwiek niewłaściwego zrobią, to będzie to złożone właśnie na karb ich rasy? I zostaną ukarane po wielekroć, bo przekroczyły granice swojej kasty? A gdyby nie umiała się zachować biała osoba, to jaki komentarz by to wywołało? (pewnie Ukrainiec!). Ile głośnych BIAŁYCH osób widuję codziennie, wydzierających się na ulicy, w tramwaju, w parku, w lesie, i co? Wilkerson pisze, że tolerancja dziś to za mało, jako odpowiedź na tych, którzy chcą by świat był pełen podziałów i nienawiści.
Książka ta naprawdę pozwala sobie uświadomić absurd różnych uprzedzeń,
jakie wszyscy nosimy w sobie, w stosunku do ludzi w jakiś sposób różniących się od nas. Tego, że oceniamy kogoś po wyglądzie, -
wkładamy kogoś do jakiejś szufladki, oczekując od kogoś takiego, a nie
innego zachowania, sposobu bycia, tylko na postawie jakiejś wiedzy o
jego cechach zewnętrznych. Nie oceniaj książki po okładce, a sami robimy to nagminnie i nawet sobie tego nie
uświadamiamy. Kiedy np. widzimy osobę starszą i zakładamy, że jest ona
wykluczona cyfrowo. Albo że “tym wieku to już nie wypada….”
Kiedy zakładamy, ze kobieta nie jest przygotowana do kierowania spotkaniem, firmą lub krajem albo że osoba niebiała bądź imigrancka nie może sprawować władzy, mieszkać na danym osiedlu, nie mogła uczęszczać do danej szkoły lub na to nie zasługiwała; (...) gdy wychodzimy z założenia że emeryt powinien grać w chińczyka, a nie pisać aplikacje komputerowe - wtedy dajemy wyraz skuteczności kastowego programowania, podświadomemu rozpoznaniu, że dana osoba wykroczyła poza przypisane jej miejsce w społeczeństwie. Reagujemy na wdrukowane nam instrukcje określające, kto gdzie powinien się znajdować i co robić (...).
Teoria Wilkerson jest spójna i dobrze uargumentowana, wyłożona klarownie, bez owijania w bawełnę, zrywaną na amerykańskim Południu przez niewolników. Wydało mi się jednak, że Wilkerson za bardzo wszystko podporządkowuje kastowości, że za bardzo patrzy na świat tylko z tej perspektywy. Nie każdy objaw niepewności siebie wiąże się z przynależnością do gorszej kasty, tak samo jak nie każde chamskie zachowanie innych w stosunku do drugiego człowieka ma związek z pokazaniem mu jego miejsca w hierarchii dziobania. Zauważyłam, że autorka też czyni pewne założenia na temat zachowania innych (a więc kieruje się uprzedzeniami) i interpretuje ich zachowanie w ten sposób, nie wiedząc przecież tak naprawdę, co te osoby myślały. Chodzi mi tu o niektóre przykłady z własnego życia wzięte, jako Afroamerykanki, co do których wydaje mi się, że autorka nie zachowała obiektywizmu. To najlepszy przykład, że pewnym psychologicznym mechanizmom i błędom poznawczym ulegamy wszyscy... Niektóre inne opisywane przez badaczkę historie też wydawały mi się naciągane pod tę tezę (np. radość Niemców podczas II wojny z odnoszonych zwycięstw nie miała wiele wspólnego z prześladowaniem Żydów). Rozliczanie się z przeszłością w Niemczech też nie wygląda tak różowo, jak opisuje autorka - tyle że jeśli krytykuje ona swój własny kraj, to ma do tego prawo. Nie kwestionuję rzecz jasna całości pracy i haniebnego traktowania Afroamerykaninów, ale wydaje mi się, że ta książka jest bardzo jednowymiarowa, przestawiająca tylko to jedno zjawisko tak jakby było ono źródłem wszystkich problemów. A świat jest o wiele bardziej złożony. Chociażby wszystko, co autorka napisała o tych mechanizmach kastowości tyczy się także płci: ludzie podzielili się na dwie płcie, lepszą i gorszą, według tego, kto posiada penisa (mówiąc bez ogródek) i dostosowali do tego funkcjonowanie całej cywilizacji, przypisując tym płciom określone cechy, oczekując od nich określonych rzeczy i nie pozwalając im na wyjście z tej szufladki. Tak jak biali pouczają kolorowych z wyżyn swojego poczucia kompetencji, tak robią to mężczyźni w stosunku do kobiet (tzw. mansplaining vel tłumaczyzm). Tak naprawdę te uprzedzenia dotyczące różnych dyskryminowanych grup się nakładają na siebie - to jest mechanizm intersekcjonalności, o którym sporo mówią czarne feministki. Czarne kobiety były (i są) na samym dole drabiny społecznej -dyskryminowane nie tylko z powodu rasy, ale i płci. I wspomnienia o tym zabrakło mi u Wilkerson.
Paradoksem jest zresztą, że Amerykanie (a Brytyjczycy też) prezentują owo kastowe podejście w stosunku do innych narodów, które uważają za jakieś takie małe, dziwne i nieważne**. Gdzie one w ogóle są i po co istnieją? Zawsze pępkiem świata jest Ameryka, największa, najwspanialsza, wszystko im się należy, a innych mają w poważaniu (weźmy chociażby podejście do zmian klimatycznych, których USA są głównym motorem). Standardem jest u nich oczekiwanie, by inni posługiwali się językiem angielskim, nawet kiedy jadą do innego kraju, a nie przyjdzie im do głowy, by samemu uczyć się innych języków i poznawać inne kultury.
We mnie też coś umarło przy czytaniu tej książki, jak w tym czarnym chłopcu, który nie został wpuszczony na basen ze swoją drużyną, bo bali się, że skazi wodę, w której pływają biali. Inny cytowany przez Wilkerson chłopiec, który najwyraźniej nie przyswoił sobie reguł związanych z kastowością, mówi białej kobiecie, która go obraziła: “Nie wybaczam jej - a ona potrzebuje pomocy”. Ja myślę, że pomocy potrzebuje całe społeczeństwo, staczające się w odmęty nietolerancji i faszyzmu. Pytanie brzmi: gdyby ludzie mieli wybór między demokracją, a białością, ilu wybrałoby demokrację? I wydaje mi się, że w USA odpowiedź już padła.
Gatunek: reportaż historyczny
*z tego biorą się potem te narzekania, że "za dużo czarnych" w filmach, albo raban, kiedy do roli bohatera zwyczajowo przedstawianego jako biały, zostaje w kolejnej adaptacji zaangażowana osoba niebiała;
**to świetnie opisała Sarah Wynn-Williams w swojej książce o Facebooku







Komentarze
Prześlij komentarz