Śladami Steinbecka
Tą podróżą i książką Steinbeck chciał jeszcze raz pokazać siebie, dzielnego mężczyznę, którym już od dawna nie był.
Steinbeck miał już wtedy pod 60-tkę i to przedsięwzięcie miało być takim antidotum na poczucie zbliżającej się starości, tęsknotę za młodością, ale też ucieczką z miasta w rodzinne strony - Steinbeck wychował się w Kalifornii, ale potem mieszkał w Nowym Jorku oraz w domu na wschodnim wybrzeżu w Sag Harbour. Mak w swoim reportażu przeplata opowieść o pisarzu i o tym, jak wyglądała Ameryka w jego czasach, z własnymi wrażeniami z drogi, z tym, jak zmieniły się Stany w przeciągu tych 50 lat i nie tylko. Lata 60-te z naszej obecnej perspektywy były latami rozkwitu: gospodarka się rozpędzała, ludzie się bogacili, rosła w siłę klasa średnia. To są te mityczne czasy, do których dziś wracają myślami konserwatyści (pomijając ferment społeczny i przemiany obyczajowe), kiedy każdego Amerykanina stać było na domek z ogródkiem i samochód, a kobiety nie musiały pracować (gorzej jeśli chciały), więc panował ów osławiony “tradycyjny podział ról”. Ameryka się modernizowała - ze społeczeństwa farmerów zmieniała w społeczeństwo bardziej przemysłowe, gdzie większą rolę zaczęły odgrywać miasta. Panował optymizm, ludzie wierzyli, że ich dzieciom będzie się żyło jeszcze lepiej. Nikt wtedy nie słyszał o katastrofie klimatycznej, a przyroda nie była jeszcze tak zdewastowana jak teraz. Tak, jeśli kiedykolwiek panował jakiś mityczny “złoty wiek” ludzkości, to prawdopodobnie były nim lata 60-te XX wieku. Mimo to, tacy boomerzy jak Steinbeck widzieli w zmieniającym się amerykańskim stylu życia moralny upadek: postępujący indywidualizm i zanik więzi społecznych, tradycyjnych wartości takich jak skromność i oszczędzanie, które zaczął wypierać konsumpcjonizm. Nastąpił rozwój “kultury pożądania, która myli dobre życie z posiadaniem dóbr”. Te zmiany były wspierane przez zdobycze cywilizacji: samochody, które za sprawą lobby samochodowego opanowały Amerykę, telewizor, pralki, lodówki i gotową żywność.
Masowe oglądanie telewizji miało również mniej pożyteczny wpływ na amerykańskie społeczeństwo (...) Amerykanie czytają mniej książek, mają mniej czasu na pracę jako wolontariusze, tyją, spędzają więcej czasu w domu. Dom i najbliższa rodzina stają się punktem centralnym życia, sprawy publiczne schodzą na drugi plan.
W książce napisanej przez Geerta Maka znajdziemy tak naprawdę sporo więcej, niż tylko pocztówki z drogi. Stanowi ona połączenie reportażu, książki wspomnieniowej i historycznej. Autor kreśli szeroką panoramę Ameryki - dawnej - bo jest tu mnóstwo informacji o historii Stanów Zjednoczonych - ale też bardziej współczesnej. Śladami Steinbecka mieści w sobie taką pigułkę wiedzy o historii USA, ale nie jest to w żadnym razie jakaś historia pełna, podręcznikowa, ani ułożona chronologicznie. Przeciwnie - raczej są to rzeczy, jakich nie znajdziemy w oficjalnych podręcznikach. Mak pisze i o pierwszych pionierach, w tym religijnych sektach, wojnie o niepodległość, naturze podboju “Dzikiego Zachodu”, walkach z Indianami, i o prezydenturze Teddy’ego Roosevelta oraz FDR, a także walce o prezydenturę między Nixonem a JFK, co miało miejsce właśnie w 1960 roku. I choć o historii USA sporo wiem, to te fragmenty były dla mnie najciekawsze: holenderski autor pisze o niej w luźnym, dygresyjnym tonie, dorzucając własne refleksje, dotyczące tego, jak USA prezentują się współcześnie, w 50 lat po podróży odbytej przez Steinbecka. Nie bez znaczenia jest też to, że Mak jest Europejczykiem, jest to więc spojrzenie na Amerykę z zewnątrz, z punktu widzenia Starego Świata od którego Ameryka się oderwała, wypracowała własną tożsamość i mocno już oddaliła. Słusznie Mak pisze, że Europa już od lat nie stanowi dla Amerykanów punktu odniesienia i centrum polityki zagranicznej - choć tak naprawdę, wyraźnie widzimy to dopiero teraz, za prezydentury Trumpa. Amerykanie mają to swoje poczucie wyjątkowości - o którym tez pisze Mak - tego, ze są jakimś narodem wybranym i z tej tez przyczyny predestynowanym do przewodzenia światu i narzucania mu swoich wartości. Co często kończy się fiaskiem, chociażby z powodu braku wiedzy i zainteresowania Amerykanów lokalnymi realiami. Karmieni wieściami z prawicowych mediów wierzą, że to co amerykańskie jest najlepsze i że Stany Zjednoczone są najlepszym miejscem do życia, mimo że wielu mieszkańców USA nigdy nie postawiło stopy w żadnym innym kraju. Więc może wydaje im się, że wszędzie na świecie wygląda tak, jak w USA?
Rozwój kraju utrudnia teoria, że Amerykanie są narodem wybranym przez Boga, mit oczywistej równości i niedoścignionej demokracji amerykańskiej, przekonanie że zasoby naturalne kraju są niewyczerpane i zawsze można ruszyć na podbój, iluzja, że kapitał i rynek ostatecznie zawsze oddają porządek stworzony przez Boga, i skłonność do postrzegania świata “na swoje podobieństwo.
My Europejczycy obecnie spoglądamy na USA często z mieszaniną fascynacji i przerażenia (stąd i moje zainteresowanie tym krajem, do którego nigdy tak naprawdę nie miałam ochoty pojechać, ale lubię o nim czytać). Jakże trafnie podsumował to Łukasz Najder w artykule o fenomenie Hulka Hogana:
Mój europejski umysł jest dość bezradny wobec tylu amerykańskich fenomenów i tradycji. Ich system wyborczy, który przywodzi na myśl rozbudowany zestaw rygorów i zasad wprost z OuLiPo. Wielogodzinne rozgrywki futbolu amerykańskiego – coś jakby turniej rycerski z przerwami na posiłki. Baseball. Ogromne samochody, w imię których wiele tamtejszych miast i miasteczek zdegradowano do przestrzeni drive-in. Kompletny pierdolec na punkcie broni, pomimo masakr w szkołach, sporów domowych i kryzysów towarzyskich rozwiązywanych za pomocą gnata. Prawo niczym dżungla, w której ścieżki i obejścia niestrudzenie wycina blisko półtora miliona prawników. Jajecznica w proszku, kult smażenia wszystkiego, co można usmażyć, gigantyczne porcje i opakowania, sałatka Ambrosia, ser w sprayu. Antyludzki indywidualizm wyrażający się w nienawiści do państwa i tych, którzy ze wsparcia państwa korzystają.
Ciekawe zatem, co Steinbeck powiedziałby o dzisiejszej Ameryce, skoro tę z lat 60-tych postrzegał jako umierający kraj. Dziś już nic nie zostało z tamtego optymizmu. Mak opisuje te problemy współczesnej Ameryki, które dobrze znamy: pogłębiające się nierówności, malejące dochody, brak zabezpieczenia zdrowotnego i społecznego, znikające miejsca pracy, uwiąd usług publicznych. Zwijające się państwo tak naprawdę, co jest skutkiem obniżania podatków, tak że Ameryka staje się krajem, w którym gros wydatków publicznych idzie na wojsko (jak w dawnych państwach). Najdobitniej pokazuje to rozdział o Nowym Orleanie spustoszonym huraganem Katrina. Także coraz większy podział społeczeństwa na grupy o skrajnych poglądach, brak zaufania do polityków. Wzrost znaczenia ideologii, co skutkuje wojnami kulturowymi, podczas gdy prawdziwe problemy leżą odłogiem. Tu Mak rozważa to, co ciągle zastanawia logicznie myślące osoby: czemu ludzie głosują na polityków wbrew własnym interesom. Amerykanie odpowiadają: bo to “swój chłop”, wierzy w Amerykę i rodzinę i ja popieram te wartości. Ale co to znaczy? te wartości tak ogólnie sformułowane mogą się realizować w rozmaity sposób, w tym taki, który bynajmniej nie jest zgodny z tym, co my myślimy. Co to znaczy, że ktoś “wierzy w Amerykę”? W jaką Amerykę? Wydaje się, że każdy ma swoją.
Nie da się ukryć, że ze Śladami Steinbecka wyłania się obraz Ameryki w ruinie, ad 2010. Umierające tradycyjne amerykańskie miasteczka, ze sklepami zabitymi dechami i wiatrem hulającym po ulicy. Pola, na których uprawia się głównie kukurydzę (z przeznaczeniem na biopaliwo), plajtujących farmerów, bo produkcja żywności została przejęta przez wielkie zakłady. Zwinięta kolej, gdyż Amerykanie ulegli fascynacji samochodami (tak samo jak w Polsce, która wszak czerpie wzory z USA). Upadłe Detroit (to jedyne większe miasto, opisane w tym reportażu). I każdy zajęty sobą, powszechna nieufność (też jak w Polsce) - tradycyjnie już do rządu, do polityków, mniej tradycyjnie do naukowców, lekarzy, policjantów. Optymizmem w USA dziś wykazują się tylko elity, a wśród zwykłych ludzi panuje przygnębienie - ludzie nie wierzą już, że ich dzieci będą miały lepsze życie.
Życiowe nastawienie ku przyszłości, American dream, potężna wiara że życie nie jest określone przez los, ale przez samego człowieka, uparta wiara w lepszą przyszłość, klasyczne wyobrażenie o sobie Amerykanów zaczyna pękać i kruszyć się.
Gatunek: reportaż historyczny
*tu też widzę analogię z Olgą Tokarczuk, która jest notorycznie obrażana i atakowana we własnym kraju, a jej pisarski kunszt podważany - za poglądy.







Komentarze
Prześlij komentarz