Korzenie
Powieść Alexa Haleya płynie wartkim nurtem, rozpoczynając się od pokazania codziennego życia w gambijskiej wiosce. Czy ci ludzie byli nieszczęśliwi, czy im czegoś brakowało? Ano nie. Czy ich życie było bardziej prymitywne, niż życie ludności wiejskiej w tamtych czasach w naszej części świata? Też chyba raczej nie. To rzecz jasna nie przeszkodziło białym ludziom pielęgnować bajeczek o tym, jacy to czarni są głupi i prymitywni. Ciekawe jaki ty byś był - baranie - gdyby zawieziono cię na drugi koniec ziemi, do kraju, którego nie znasz, gdzie nie potrafisz się z nikim porozumieć i jeszcze cały czas cię bito, poniżano i wykorzystywano… Myślę, że ten wstęp pozwala pełniej zrozumieć nieszczęście, jakie dotykało tych ludzi. Kunta Kinte jest młody i jak to młodzi, najpierw robi, potem myśli, bo gdyby pomyślał, to zrozumiałby, że ucieczka nie na wiele mu się zda, bo gdzie pójdzie w tym obcym kraju? Zatem pat. I tak mijają kolejne lata w niewoli, obraz Afryki coraz bardziej zaciera się w pamięci, a bohater przyzwyczaja się do swojej niedoli. I zastanawia się, czemu tak jest, czemu czarni pozwalają się tak traktować.
Wydaje się, że Kunta Kinte i jego bliskim żyje się całkiem nieźle, w porównaniu do wielu innych, tragicznych historii niewolników, które znamy, ale choćbym nie wiem ile czytała o niewolnictwie, to nie przyzwyczaję się to tego bezprawia uprawianego przez bufonów mieniących się cywilizowanymi ludźmi, ustawiających sobie jakieś “prawa”, bo mogą, do traktowania drugiego człowieka jak kawałka mięsa i przeliczania go na pieniądze (gdzie oczywiście wartość miało tylko ciało i jego zdolności, bo czarny nie mógł mieć żadnych zalet umysłu), do uprzedmiotowienia, odbierania mu podstawowych atrybutów człowieczeństwa, jak sprawczości, możności decydowania o sobie, kreatywności, myślenia, do tego nieprawdopodobnego okrucieństwa czynionego innym ludziom - i to nawet nie tylko fizycznego, ale przede wszystkim psychicznego. Rozdzielania rodzin, często celowego, traktowania tych ludzi, jakby nie nie mieli własnych uczuć. I uderzające było w tym to, że nawet jeśli pan był “dobry’ - nie bił, dbał o swoich, to i tak nie widział w niewolnikach ludzi, a tylko składniki majątku, które zawsze może sprzedać w razie potrzeby, albo kiedy któryś niewolnik czymś zawini. Mając z kimś “przyjazne” relacje przez kilkadziesiąt lat, odmawiasz tej osobie wykupienia swojej wolności (na co zbierała pieniądze przez te kilkadziesiąt lat), gdyż “stawka podrożała”. Albo innym przykładem jest tu motyw białych i czarnoskórych dzieci wychowujących się razem, gdzie te drugie są traktowane jako swego rodzaju zabawki dla dzieci białych (panów), a kiedy dzieci dorastają oczywiście “przyjaźń” się ulatnia. Wszystko to pozwala mi powątpiewać w to, co w głowie mieli ci, którzy mienili się “panami”. A przecież była to "normalność" panująca w tamtym czasie i tamtej części świata. Tak naprawdę niewolnictwo istniało już od starożytności, także przed przybyciem Europejczyków do Afryki nie było one obce mieszkańcom Afryki (także za sprawą Arabów), co więcej Afrykańczycy sami się tym parali, ale to, co działo się w wiekach XVII-XIX - proceder na tak masową skalę, który wydrenował Czarny Kontynent, odbił się na nim i gospodarczo oraz w sensie niematerialnym, kulturowym, generując ogromną traumę (z kolei w Ameryce budując fortuny) - to jest chyba największa hańba w dziejach ludzkości. A trwało to przecież kilkaset lat, więc trudno to nazwać jakimś ‘błędem”. I to wszystko dla pieniędzy. Autor pisze, że rosła w nim wściekłość, gdy uświadomił sobie do jakiego stopnia handel niewolnikami był w tamtym czasie był uważany po prostu za jedną z gałęzi gospodarki, jak dziś handel bydłem.
Jeśli przyjrzeć się strukturze tej powieści, to widać w niej to przerwanie ciągłości losów rodziny - jeśli zostaje ona rozdzielona, podążamy tylko w jednym kierunku, porzucając pozostałych, tak jak Kunta Kinte porzucił Afrykę (niedobrowolnie) i już nigdy nie dowiedział się, co się stało z jego bliskimi. Kunta Kinte pielęgnuje jednak pamięć o swoim rodzinnym kraju i przekazuje ją dzieciom - a te - swoim dzieciom, co - i to jest wspaniałe zwieńczenie tej powieści - pozwala jego potomkowi, po 200 latach - odnaleźć swoje korzenie w Afryce. Bohater nie jest ponoć postacią fikcyjną, ponieważ autor twierdzi, że opowiada historię swojej rodziny. I tu zastrzeżenie, że po tym, jak książka osiągnęła sukces, zaczęto autora oskarżać o przekłamania, o to, że to wcale nie jest o jego rodzinie, a nawet o plagiat (i tu są różne "źródła"...). Czyli jak zwykle, zawsze znajdą się tacy, którzy będą kwestionować i szukać dziury w całym. Nie chcę w to wchodzić, bo nawet jeśli, to co to zmienia? To jest powieść, a nie reportaż, czy biografia. Nawet jeśli Kunta Kinte faktycznie istniał, to i tak wiele wydarzeń opisanych w powieści siłą rzeczy jest fikcją literacką, bo nie wiadomo przecież tak naprawdę, co mu się przydarzyło (można tylko domyślać się na podstawie podobnych relacji). I nie ma to większego znaczenia dla wartości literackiej książki (nagroda Pulitzera) i dla meritum, czyli opowieści o tragicznym losie afrykańskich niewolników - a tego na pewno Haley sobie nie wymyślił. Dla mnie ciekawym wątkiem było również podkreślanie muzułmańskiej wiary Kunta Kinte, bo przecież przyjęło się uważać, że czarni niewolnicy byli chrześcijanami, ewentualnie z jakimiś naleciałościami wierzeń “pogańskich”, gdy przecież znaczna część czarnej ludności w Afryce przyjęła islam. I nie jest to żadne "forsowanie własnych interesów i sympatii", o co niektórzy też oskarżają Haleya, a nawet jakby, to chyba autor ma do tego prawo w swojej własnej książce? Zresztą czym jest zaprzeczanie, że wśród czarnych byli (i są) muzułmanie, jak nie właśnie forsowaniem własnych sympatii, kolejnym przykładem białej buty i fałszowania historii?
Korzenie traktują więc przede wszystkim nie tylko o utraconej wolności, ale i o dziedzictwie i tożsamości. O tym, że warto te rzeczy pielęgnować. Losy Kunta Kinte i to, co mu zrobiono, wzbudzają emocje. We mnie też rośnie wściekłość, kiedy myślę o tym, że uczymy się o tych żeglarzach, odkrywcach, zdobywcach, którzy kolonizowali świat, i traktujemy ich jak bohaterów, a to byli przeważnie mordercy i złodzieje. Poza tym na tym nie koniec, bo z niewolnictwa wyrósł rasizm - nie odwrotnie - to rasizm został wymyślony, by usprawiedliwić to, co czyniono ludziom o innym kolorze skóry, a z tym, jak wiadomo Ameryka nie uporała się do dziś.
Szkoda tylko, że jedną trzecią Korzeni zajmują walki kogutów…
Gatunek: powieść historyczna







Komentarze
Prześlij komentarz