Kleopatra żyła 2000 lat temu, a dyskusje na temat jej urody nie cichną. Czy była piękna, czy też nie bardzo? Jak bardzo haczykowaty miała nos? Czy oczarowywała mężczyzn urodą i sexapilem, czy też jednak posiadała jakieś przymioty umysłu, które pozwoliły jej jednak wygrać wyścig o władzę nad Egiptem i skutecznie rządzić przez kilkanaście lat? Uroda od zawsze stanowiła wyznacznik wartości kobiet i sposób, w jaki patriarchat kobiety kontrolował. To jedna z uniwersalnych zasad rządzących światem, a ludzie płci żeńskiej uczą się tego od najmłodszych lat życia. Uczysz się, że ludzie ładni dostają premię za urodę - uroda to przepustka do lepszego życia: daje lepszy status, przywileje, lepsze możliwości życiowe, dostęp do władzy i do pieniędzy. I to nawet jeśli nie błyszczysz inteligencją (a wręcz nie powinnaś nią błyszczeć, inteligencja u kobiet to raczej wada, a nie zaleta). O ile w przypadku mężczyzn atrakcyjna powierzchowność jest pomocna, ale niekonieczna, tak w przypadku kobiet - zwłaszcza biednych - uroda często jest warunkiem przetrwania. Jako że przez większość historii ludzkości władza należała do mężczyzn, a mężczyźni lubią ładne kobiety - logiczne, że każda kobieta robiła co w jej mocy, by być jak najładniejsza. Mężczyźni natomiast od wieków czują się w prawie, by tę naszą urodę oceniać i komentować, podczas gdy ich samych żadne wymogi urodowe nie dotyczą. Przy czym z dbaniem o urodę jest tak samo, jak z wszystkimi innymi społecznymi wymogami dotyczącymi kobiet: jak byś się nie obróciła, tak zawsze dupa. Kobieta ma być lśniąca, piękna, ale jeśli kobieta dba o swoją urodę to jest nazywana próżną (te liczne wizerunki kobiet, oglądających się w lustrze, jakie wyprodukowane zostały przez mężczyzn jako “potępienie próżności”), natomiast samo dbanie o urodę, różne zabiegi, traktowane jest jest z pogardą, jako “mało ważne kobiece sprawy” (lecz zapewne pieniądze, jakie one przynoszą już nie są takie mało ważne i godne pogardy). Z drugiej strony ignorowanie tych wymogów też jest niebezpieczne. Kobietami brzydkimi się gardzi - brzydota to zawsze jest pierwszy argument, jak kobietę chce się obrazić - a dziś przecież kwestie takie jak makijaż, golenie się, farbowanie włosów, manicure, traktowane są jako nieomal element higieny osobistej kobiety, zatem kobieta, która ich nie wykonuje jest “zaniedbana”. Mężczyźni twierdzą, że wolą kobiety naturalnie piękne, tylko czemu w takim razie oglądają się za laskami z powiększonym biustem i napompowanymi ustami, a brak makijażu prowokuje komentarze o byciu chorą? Otrzymujemy więc całą furę sprzecznych komunikatów. 

Rezultatem jest potężny paradoks, w którego ramach kobiety ceni się za urodę i atrakcyjność fizyczną, ale często karze się je i ocenia, ilekroć włożą jakieś starania w ich osiągnięcie. Oczekuje się od nas rygorystycznej dyscypliny i bezustannego podtrzymywania osiągniętych efektów. Jednocześnie zaś mamy wyglądać nonszalancko i sprawiać wrażenie, że kwestia urody w ogóle nie zaprząta nam głów. 
Świat więc od zawsze miał obsesję na punkcie piękna, głównie kobiecego, i nic się pod tym względem nie zmieniło, a wręcz przeciwnie, jest coraz gorzej. W XXI wieku, kiedy teoretycznie mamy “równość płci” i wmawia się nam, że “kobiety mogą wszystko”, nadal to “wszystko” jest wciskane w gorset patriarchalnych wymogów, a narracja że wygląd jest najważniejszy tylko przybiera na sile wraz z rozkwitem branży beauty i chirurgii estetycznej, a także cyfrowych wizerunków, napędzających tę całą machinę. Z jednej strony jest to ogromny biznes, z drugiej strony dzięki temu patriarchat nadal może trzymać kobiety w ryzach. Kanony urody w kulturze zachodniej nie zmieniły się aż tak bardzo, jakbyśmy chcieli - czy starożytne posągi kobiece tak bardzo różnią się od dzisiejszych ideałów? To nadal jest biała, szczupła kobieta, z krągłościami w odpowiednich miejscach, gładkim ciele, dużymi oczami, zgrabnym nosem, wydatnymi ustami i lśniącymi długimi włosami. Podobnymi wizerunkami zawalony jest instagram. Kobiety innych ras niż biała mają jeszcze bardziej przesrane. Kleopatra z pewnością miała ciemną skórę, więc dziś miałaby problem z wpisaniem się w ten najbardziej typowy kanon. Jednak ten ideał dziś jest coraz bardziej niedościgły, gdyż poprzeczka ciągle się podnosi, presja na kobiety tylko rośnie, w miarę tego, jak branża beauty tworzy kolejne mikrostandardy, jakie musimy spełniać i odkrywa kolejne kobiece “defekty”, które należałoby usunąć/naprawić (którymi nigdy byś się nie martwiła, gdyby ci nie powiedziano, że powinnaś). Skóra bez porów jak u cyborga, usta coraz większe, a talia coraz węższa. Często zresztą są to wymogi niezgodne z naturą i niemożliwe do osiągnięcia bez brutalnych ingerencji chirurgicznych. Ale chcesz być piękna - to cierp, jak się mówi, co jest zgodne z paradygmatem, że od kobiety wymaga się poświęceń (dla urody, dla rodziny, dzieci, etc). Atakują nas algorytmy na Instagramie czy TikToku, miliony influencerek, porad urodowych, dietetycznych, fitnesowych, recept na wieczną młodość, wszystkie po to, żeby pokazać kobietom, jak bardzo są niedoskonałe. “Nie ma brzydkich kobiet, są tylko zaniedbane” - to powiedzenie dziś jest prawdziwe, jak chyba nigdy dotąd, w obliczu pierdyliarda możliwości, jakie oferuje nam branża beauty. Oczywiście, żeby móc z nich skorzystać, potrzebne są pieniądze, co kreuje kolejny poziom dyskryminacji (wyrażonych memicznym “nie jestem brzydka, jestem po prostu biedna”). Gwoli sprawiedliwości, problem zaczyna dotykać też mężczyzn, jednak z uwagi na czynniki kulturowe, nie ma porównania z presją wywieraną na kobiety. Przy czym kobiety nadal zarabiają mniej niż mężczyźni, a koszty urody ciągle rosną. 

Dodać to tego trzeba jeszcze obowiązkowe dokumentowanie tych starań, swoich wizerunków i wrzucanie ich do mediów (anty)społecznościowych. Twój sieciowy wizerunek też ma być perfekcyjny: jeśli twoje ciało/twarz nie jest wystarczająco doskonałe, powinnaś poprawić zdjęcia - filtry, fotoszopy, cyfrowych narzędzi masz do dyspozycji od groma. A potem w napięciu sprawdzasz czy twoje efekty zostały nagrodzone lajkami (czy tez hejtem). To praca na cały etat, nic dziwnego, że niewiele czasu i przestrzeni zostaje już na inne rzeczy, typu: nauka, podnoszenie kwalifikacji, polityka, gospodarka, działalność społeczna, etc. I o to właśnie chodzi. Żebyśmy były zaabsorbowane sobą i dopasowywaniem się do standardu, nie miały czasu na samodzielne myślenie, realizowanie swoich pasji; żebyśmy były zakompleksione i pokorne, bo to oczywiście pomaga nas kontrolować. 

A wszystkie te problemy, dotykające kobiet, o których jest książka ulegają zwielokrotnieniu, jeśli jesteśmy tak bardzo zanurzeni w mediach (anty)społecznościowych, jak opisuje to autorka. Dla mnie - w porównaniu z nimi - boomerki - to co robią te dziewczyny, jest kompletnie niezrozumiałe. Studiują w lustrze każdy skrawek skóry. Nagrywają rozerotyzowane filmiki. Bezkrytycznie zachwycają się jakimiś influ, wciskającymi im kit. Pompują sobie wargi i operują nosy, żeby wyglądać jak n-ta laska z netu. Nie do wiary, że dziś nawet nastolatki biadolą, że są “stare” (a z drugiej strony próbują wyglądać na znacznie starsze, niż są!). Dwudziestolatki zaczynają się ostrzykiwać i stosować kuracje odmładzające. Dlaczego kobiety ciągle to sobie robią? Czemu wszystkie chcą wyglądać tak samo (sm lansują bardzo wąski ideał - tzw. twarz z Insta, skutkiem czego są kolejne kobiece klony)? Czy to jest mądrość tłumu, czy raczej owczy pęd? W jakim celu wrzucają do sieci te miliony selfies (często też prawie że identycznych) - czemu to ma służyć? Dlaczego dobrowolnie wystawiamy się na okrutną publiczną ocenę? Czemu naszą wartość mają potwierdzać jacyś obcy ludzie w internecie, w dużej mierze śliniący się faceci? Czemu kobiety same nakręcają to szaleństwo, konkurując ze sobą i często paskudnie krytykując wygląd innych kobiet? A im więcej kobiet poddaje się tej presji, tym sytuacja się pogarsza! I jeszcze wmawia się nam, że robimy to dla siebie, żeby się "upodmiotowić", "celebrować" siebie, itp. Gdy tymczasem to, co masowo robią sobie kobiety to samouprzedmiotowienie pod dyktando algorytmów tworzonych oczywiście przez mężczyzn. Walczymy nie tylko z "niedoskonałościami", ale i z czasem. I po co? Czy warto się umartwiać, rezygnować z pysznego jedzenia, aktywności na świeżym powietrzu, cierpieć po operacjach plastycznych po to, żeby wyglądać młodziej/ponętniej? I co na tym zyskamy? Zawsze znajdzie się jakaś inna dziewczyna/kobieta, ładniejsza od ciebie, której będziesz zazdrościć. Najlepiej nawet zakonserwowana 40-latka i tak przegra z 20-latką, jeśli facet chce sobie wziąć młodszy model. A ta 40-latka i tak będzie przekonana, że młodszy facet nie jest dla niej - bo to się kobietom wbija do głów. Ewentualne zyski są więc niewspółmierne do kosztów ponoszonych przez kobiety - i tych finansowych, i emocjonalnych. Samoocena kobiet raczej się nie polepsza, a zaburzenia psychiczne dotyczą coraz większej liczby coraz młodszych kobiet i dziewczynek.

A dlaczego kobiety same siebie seksualizują? Publikowanie swoich nagich fotek czy paradowanie w spódniczce ledwie zakrywającej majtki to nie jest wyraz emancypacji, tylko samoutowarowienie. Możesz wmawiać sobie ile chcesz, że “przejmujesz kontrolę nad własną seksualnością”, ale uwierz, faceci tak na to nie patrzą, tak samo jak cała kultura nastawiona na konsumpcję kobiecych ciał. Dla nich jesteś po prostu kolejną łatwą laską, z gołym tyłkiem. Podajesz im siebie po prostu na tacy. I zawsze zrzucą winę na ciebie, jeśli coś pójdzie nie tak. Te dziewczyny, które postanowiły na tym zarobić, w myśl filozofii, że skoro “i tak tak jest”, to przynajmniej na tym skorzystam - te dziewczyny wyrażają zgodę na taki stan rzeczy i wspierają ten opresyjny system. I potem mamy takie afery jak z Epsteinem. No i nie zapomnijcie o kolejnym paradoksie, jakże typowym w kobiecym świecie - masz być seksowna, ale jeśli jakiś typ się na ciebie rzuci, to “sama sobie będziesz winna, bo miałaś za krótką spódniczkę”. Nie chodzi mi tu o jakąś pruderię, czy tym bardziej zrzucanie winy na ofiary, tylko o to, że dopóki istnieje tak głęboka nierówność między kobietami, a mężczyznami w podejściu do wyglądu fizycznego, to obnażone ciało kobiece zawsze będzie wykorzystywane przeciwko kobietom, a nie na ich korzyść. W przestrzeni jest naprawdę już dość nagich kobiecych ciał, a my potrzebujemy pokazywania, że jesteśmy czymś więcej, niż tylko ładną buzią i tyłkiem. Więc nie róbcie tego. Powinniśmy się starać być widoczne, ale nie epatując seksualnością, gdyż skoro kobiety robiły to od dawna (czy raczej im robiono) - to jest jasne, że ten sposób nie działa.  A czy nie dziwi was ta asymetria w odniesieniu do nagości męskiej i kobiecej: pomimo, że kobieca nagość jest eksponowana od tysięcy lat, obsesyjnie wręcz (to owe słynne male gaze), to nadal wykorzystuje się ją, żeby kobiety zawstydzać i poniżać. To dziewczyna/kobieta ma się wstydzić swojego ciała, tego, że jakiś typ bez jej zgody opublikował jej fotkę w sieci. Natomiast choć męska nagość zawsze była okryta nimbem tajemnicy, to jakoś panowie nie mają problemu z epatowaniem nią, rozsyłając nieproszone zdjęcia swoich penisów na prawo czy lewo. I nie ponoszą z tego tytułu żadnych konsekwencji. Kto tu się powinien wstydzić? 

Ci, którzy aktywnie korzystają z sm - żyją w świecie fantazji, tylko że ta fantazja jest toksyczna. To jest raczej bajka o czerwonych bucikach, niż jelonku Bambi. Karmi nas nieprawdziwymi obrazami i informacjami, żeruje na najniższych instynktach, wywołuje w nas zaburzenia psychiczne, niezdrowe emocje i nienawiść do innych.  I do samych siebie też, w szczególności jeśli chodzi o treści kierowane do kobiet. I przecież wiemy już doskonale, że ten doskonały świat z instagrama nie jest prawdziwy, a mimo to ciągle się nabieramy na wizje tam kreowane. Ale totalnie rozumiem, że to jest świat, w jakim żyje wiele młodych osób, bo do tego doprowadziły nas media “społecznościowe”. Pokolenie wychowane już z mediami społecznościowymi, funkcjonuje trochę chyba na zasadzie rozdwojenia jaźni - jest świadome tego, że taki styl życia jest szkodliwy, ale i tak to robi. Typowe dla osób uzależnionych. Mam wrażenie, że te dziewczyny myślą: “to wszystko, co się tu dzieje nie jest ok i wiem o tym, ale wszyscy tak robią, wszyscy mają te same problemy, więc w gruncie rzeczy jestem normalna”. 

Współczesna młoda kobieta dryfuje w tym morzu paradoksów. Żyje w świecie, który poddaje standardy urody krytyce, a jednocześnie nadal traktuje je poważnie. Współczesna młoda kobieta zdaje sobie sprawę, że jakiś standard urody jest niezdrowy, a zarazem jest boleśnie świadoma tego, że trzymając się go, zapewni sobie najlepsze warunki. Nienawidzi obrazów wylewających się z mediów społecznościowych, a przy tym konsumuje je z obsesyjną intensywnością i sama rozsyła w świat podobne treści. Wie, że to upragnione piękno jest fałszywe, a jednocześnie wciąż do niego dąży. (...) czuje się silna i sprawcza, ale tylko w teorii. 

Po co ja to piszę? Na początku ta książka - i wynurzenia autorki, wskazujące, że i ona jest jedną z licznych ofiar całego tego przemysłu urodowo-cyfrowego, wywołały we mnie złość, bo czytałam już takie rzeczy X razy i zastanawiam się, ile razy jeszcze będę trafiać na takie historie i jak długo kobiety będą dawały się w to wkręcać. Kolejne kobiety, które wpadają w tę pułapkę: muszę obsesyjnie dbać o każdy detal swojego wyglądu i porównywać się z innymi, a potem z mozołem odkrywają, że to jest droga prowadząca co najwyżej do samooceny szorującej po dnie, depresji i zaburzeń odżywiania. Nic nowego. Ile jeszcze książek potrzeba na ten temat, żebyśmy to zrozumiały? Mit urody, Obsesja piękna, Bez skazy, Pixel flesh - wszystkie są o tym samym, tylko że na kolejnych poziomach “gry” - wydawało się, że Naomi Wolf przesadza, a okazuje się, że pisarka nie przewidziała szaleństwa social mediów w których zamiast kilkunastu najpopularniejszych kobiecych wizerunków, mamy do dyspozycji miliony, i to 24/7, a nie od czasu do czasu, gdy otworzymy czasopismo lub telewizor. Do niedawna “tylko” male gaze, teraz mamy male gaze, wzmocnione przez “digital gaze”. Obsesja na punkcie wyglądu dotyka już nawet dzieci, liczba osób korzystających z medycyny estetycznej skoczyła, pogłębia się tez seksualizacja młodziutkich dziewcząt.  A przecież już mamy next level - czyli AI i wizerunki stworzone lub udoskonalone przez AI - z tym mają teraz rywalizować żywe kobiety…chirurdzy już alarmują, że przychodzą do nich ludzie z żądaniem zrobienia "twarzy AI". Ludzie, co z wami??? Tymczasem samoocena kobiet raczej się nie polepsza, a zaburzenia psychiczne dotyczą coraz większej liczby coraz młodszych kobiet i dziewczynek. Co więc mamy z tej pogoni za pięknem? Ewentualne zyski są niewspółmierne do kosztów ponoszonych przez kobiety - i tym finansowych, i emocjonalnych. Czy status kobiet się polepsza? Czy owocuje to ich większą sprawczością? Większym szacunkiem do nich? No nie. Status quo się nie zmienia, bo nie zmieniły się reguły gry, a skoro to gra wymyślona przez mężczyzn, nie mamy szans w nią wygrać. Gdy kobiety na Zachodzie katuje się dietami, w takiej Afryce tuczy się dziewczynki, żeby je dobrze wydać za mąż. My możemy przynajmniej same decydować o swoim wyglądzie. Czyżby? Standard urody inny, ale to cały czas ten sam model: kobieta ma wyglądać tak, jak tego chce mężczyzna, niezależnie od tego, jak bardzo jest to dla niej bolesne/szkodliwe. A, jak pisze Atlanta - za każdym razem, kiedy kobietom uda się trochę wysforować do przodu, to poprzeczka znowu jest podnoszona. Ponieważ gra została zaprojektowana w nieuczciwy sposób, jedynym sposobem jest przestać w nią grać. "Zaniedbanie" oznacza tak naprawdę “śmiałość potrzebną, by odrzucić kanon urody i stawić mu opór oraz pogodzić się z upływem czasu”. Wyłamanie się ze społecznej konwencji wymaga jednak odwagi, tym większej, im młodszej osoby to dotyczy, skoro wygląd często decyduje o pozycji życiowej. 

Kultura pogoni za pięknem działa tak, że albo się dostosujesz i zaczniesz wdrażać standardy, które robią ci krzywdę, albo stawiasz im opór i zostajesz ukarana za swoją brzydotę. 

Problem polega na tym, że cały ten system jest skonstruowany tak, żeby kobiety upupić, zanim się zorientują o co biega - i trudno mieć o to pretensje do młodych dziewczyn. One nie mają szans, żeby nie wpaść w tę pułapkę. To działa tak, że najpierw, od maleńkości uczymy się nienawiści do własnego ciała, uczymy się, że jest one niedoskonałe, bo nie wygląda tak, jak ciała aktorek, modelek i celebrytek, a nawet co ładniejszych koleżanek. Pamiętam jak, będąc nastolatką zastanawiałam się, jak to jest urodzić się ładną - i jak inaczej mogłoby wtedy wyglądać moje życie. Dziś jeśli nawet rodzice, bliscy takiej dziewczynki będą jej mówić, że jest piękna - to media “społecznościowe” szybko wyprowadzą ją z tego mniemania. Samoocena młodych kobiet jest tak krucha, że byle głupia krytyczna uwaga, często nawet z ust pryszczatego (i zadowolonego z siebie) rówieśnika może uruchomić kaskadę kompleksów. Zaryzykuję też stwierdzenie, że każda kobieta - i to nawet ta najładniejsza - ma ma sobą jakąś traumę w relacji damsko-męskiej. Jakieś doświadczenie samoponiżenia by zadowolić faceta, mówienie tak, kiedy myśli się nie (wbrew temu,co im się wydaje), robienie dobrej miny do złej gry, porzucenie jak przedmiot, żenującą randkę. Stawanie na głowie, byleby mu się spodobać, picowanie się, strojenie, podczas gdy on nie rewanżuje się tym samym nawet w małym procencie. Przychodzi na randkę niedogolony i w rozciągniętym t-shircie, cały zadowolony z siebie i jeszcze ma pretensje, że musi zapłacić, a "nie dostaje nic w zamian". Jeśli tego typu doświadczenia ma w zasadzie każda kobieta, to chyba coś to mówi o mężczyznach. Na tym kobiecym poczuciu naszej nieadekwatności zyskują liczni coache i terapeuci, uczący kobiety, jak “zaakceptować i pokochać siebie” (słyszałyście, żeby mężczyźni mieli z tym problem?). Jednak prawda jest taka, że to przychodzi po prostu z wiekiem i doświadczeniem życiowym. Wiecie, po prostu w pewnym wieku - 40+, 50+ - kobieta przeważnie dochodzi do wniosku, że “już nic nie musi”, że ma w d… tę całą medialną sieczkę i spełnianie cudzych oczekiwań. będzie żyć po swojemu, robić co chce, ubierać się w co chce. I staje się szczęśliwsza. To jest właśnie ten okrutny paradoks: kiedy jesteś młoda i być może też piękna jesteś też przeważnie przeraźliwie niepewna siebie, co czyni cię łatwą ofiarą. Ludzie cię nie słuchają, bo jesteś za młoda. Natomiast kiedy stajesz się silna i pewna siebie, to jesteś już dojrzałą kobietą, która staje się dla społeczeństwa niewidzialna…Przeciętnie kobiety potrzebują więc dużo czasu, żeby zrozumieć, że nie muszą być doskonałe, żeby ktoś je kochał i że ich pragnienia też są ważne - ale kobieta po 40-tce przecież traci “termin przydatności”, więc ta mądrość na niewiele jej się już zdaje jeśli chodzi o wartość rynkową (starsze kobiety w sm nie mają racji bytu, choć przecież mogą się dzielić swoją mądrością) lub relacje z mężczyznami - stare baby (i świadome swojej wartości) już i tak ich nie interesują; najlepsze są młode, bo je można sobie "wychować". A młode kobiety nie mają samowiedzy, tego bagażu doświadczeń, na czym oczywiście korzystają mężczyźni. I dlatego też, jeśli ten system się nie zmieni, kolejne pokolenia kobiet będą narażone na tego typu problemy, spełnianie chorych standardów piękna i dochodzenie w bólach do samoakceptacji. 

Być może trochę się to już zmienia …. na ulicy obecnie króluje trend chodzenia w bezkształtnych dresach. Ku ubolewaniu męskich szowinistów, którym przeszkadza to, że to "mało kobiece" i że nie można sobie popatrzeć i ocenić. Na profilach feministycznych te młode kobiety przybijają sobie piątkę, że ubierają się tak WŁAŚNIE dlatego. Nie jestem przekonana czy tak faktycznie jest, wydaje mi się, że dziewczyny się tak ubierają, bo po prostu jest taka moda, bo z drugiej strony każda z nich ma nadal tipsy i sztuczne rzęsy… Nie wiem, co siedzi w głowach tych dziewczyn i ile z nich uważa, że uroda to jedyne co mają i że jeśli nie będą piękne i pociągające, to nikt ich nie będzie kochać. 

Jak już wspomniałam, na początku lektury nie poczułam z autorką vibe-u, gdyż miałam poczucie, że jest ona sama uzależniona od urodowych algorytmów i że pisze komunały, które słyszałam/czytałam już nie raz. Czułam złość, że znowu wałkuje się to samo, a kobiety nadal zachowują się jak idiotki… Poza tym pierwsze rozdziały książki czyta się fatalnie. Język przypomina jakąś feministyczną korpomowę: Atlanta nadużywa tych modnych w dyskursie feministycznym słów, jak: uprzedmiotowienie, opresja, sprawczość, etc, wplatając je w co drugie zdanie. Autorka mocno się powtarza, więc powstaje wrażenie, jakbyśmy czytali w kółko to samo. Zasadniczo nie potrzebowałam tej książki, żeby napisać ten tekst, może poza opisem niektórych zjawisk z social mediów. Np. zawsze mnie zdumiewało czemu tyle kobiet chce mieć “twarz z insta”, czyli wyglądać jak wiele innych kobiet. Atlanta słusznie zauważa, że to odziera te kobiety z ich indywidualności i człowieczeństwa. Gdzieś tak od połowy książki robi się jednak lepiej - treść w rozdziałach jest uporządkowana, Atlanta skupia się nie na problemach natury ogólnej, ale na social mediach, język też staje się bardziej “doludziowy”. Im bliżej końca, tym oceniałam książkę lepiej. Ale i tak miałam wrażenie, że czytam ją i czytam i ona się nie kończy (zupełnie jak ten tekst..). A zarazem jest "gorzej", bo kończy się tematem bardzo poważnym (o ile kult piękna nie uznawać za wystarczająco “poważny”), czyli cyberprzemocą wobec kobiet. 

O ile można jeszcze zignorować cały ten urodowy szajs, to naprawdę trudno zignorować przemoc. A przemoc wobec kobiet nabrała już rozmiarów epidemii. To jest przemoc we wszelkich wymiarach: fizyczna, psychiczna, ekonomiczna, słowna, no i oczywiście cyfrowa. Kobiety w internecie są powszechnie obrażane, wyśmiewane, nagabywane, hejtowane, “rozbierane” przez programy AI, długo by wymieniać. A to dotyka w większym stopniu właśnie kobiety samoświadome, nie bojące się wyrażać swojego zdania, sprzeciwiające się status quo, aktywistki. Protestujesz przeciwko przemocy? Facetów tak to złości, że posuwają się do grożenia kobietom gwałtem i śmiercią - to jest na porządku dziennym. Ponoć Churchill powiedział: “masz wroga? To dobrze. To znaczy, że broniłeś czegoś chwalebnego” - no tylko jest to słabe pocieszenie, jeśli jesteś zastraszana, boisz się o swoje życie. Mężczyźni natomiast zamiast się wstydzić tego, co robią kobietom, to jeszcze się obnoszą ze swoimi nienawistnymi, seksistowskimi tekstami i czynami - często karalnymi. Technologia dała mężczyznom nowe narzędzia opresji, a kobietom żadnej ochrony przed nimi.  Prawo oczywiście “nie nadąża” (magnaci cyfrowi lobbują przeciwko jakimkolwiek regulacjom), a władze prezentują mentalność sprzed 20 lat, kiedy coś, co miało miejsce w internecie nie traktowało się jako “prawdziwe”. Ignoruj - to ich najczęstsza rada. Radź sobie sama z hejtem, molestowaniem czy stalkingiem. Władze też są wszak częścią tego opresyjnego systemu, tworzonego nadal głównie przez mężczyzn i bez brania pod uwagę zdania kobiet. Nic więc dziwnego, że mężczyźni czują się bezkarni. 

Władze traktują internet, jak jakąś krainę z fantazji. Uwagi w rodzaju “To tylko sieć, to się nie dzieje naprawdę”. “Po prostu nie zwracaj uwagi” albo “Po prostu się wyloguj” padają gęsto niczym deszcz za każdym razem, gdy dochodzi do aktu przemocy. W ten sposób nie tylko umniejsza się traumatyczne doświadczenie, lecz także przerzuca winę na ofiarę. To ona powinna zbudować wokół siebie mur, aby uniknąć przemocy, to na niej spoczywa odpowiedzialność za takie ciasne zakreślenie granic swojego świata, by sprawca nie miał do niego przystępu. Tymczasem agresorowi nie grożą żadne konsekwencje. 

W praktyce dla kobiet media społecznościowe (szerzej Internet) są przerażającym, pełnym nienawiści miejscem. Co gorsza, ŚWIAT jest dla kobiet przerażającym miejscem, bo toksyczna, mizoginistyczna kultura socialów i rozkwitająca dzięki socialom wylewa się do realu. To jest ogromny problem, o którym alarmują organizacje praw człowieka, kobiece - to jest jakieś nowe polowanie na czarownice. Manosferę Agnieszka Graff nazywa wprost odmianą faszyzmu. I to jest coś, co naprawdę mnie martwi. Trzeba wyraźnie dawać odpór, tym, którzy twierdzą, że mamy ‘równość” i nie potrzebujemy już feminizmu. Nie potrzebujemy? To patrzcie do czego to prowadzi. Jako społeczeństwo cofamy się, tracimy te prawa, które wywalczyły poprzednie pokolenia kobiet. Bo my same dokonałyśmy niewiele. Spełnianie wymogów patriarchatu to nie jest feminizm. Ta prawda jest gorzka i po skończeniu lektury naprawdę poczułam się tym przytłoczona. 

W książce różne kobiety, influ i nie-influ, pytane są o to co zrobić, by uczynić media społecznościowe lepszym miejscem dla kobiet. Pozwolę sobie stwierdzić, że to co mówią te panie to w większości bullshit. Dużo okrągłych słów o “uczciwości”, empatii, wsparciu, ect. - tylko że z takiego gadania nic nie wynika. To jest takie poklepywanie po plecach, podczas gdy na poziomie systemowym nic się nie zmienia. Nieustannie płyną do nas komunikaty, że mężczyźni roszczą sobie prawo do naszych ciał, by mówić nam jak te ciała mają wyglądać i co mamy z nimi robić. Nic się nie zmieniło, gdyż generalnie kobiety nadal są przez mężczyzn postrzegane głównie przez pryzmat seksualności, jako ciała, służące do zaspokajania męskich pragnień, nie zaś jako pełnoprawne istoty ludzkie, mające mózg, osobowość, własną wolę, etc. i prawo do własnego życia. Gdyby mężczyznom zależało na kobietach, robiliby wszystko, by pokazać im, że to nieprawda, że ich jedyną wartością jest uroda (i że sami nie są aż tak płytcy) - jednak kierunek, w jakim idzie nasza cywilizacja na to nie wskazuje. W takiej sytuacji potrzeba nam konkretów, a nie dyplomatycznego pitolenia. Jedna tylko osoba w książce powiedziała, że trzeba to po prostu obalić. Trzeba delegalizacji mediów antyspołecznościowych, takich programów jak Grok (UE już wprowadziła), surowego ścigania nienawistnych treści skierowanych przeciwko kobietom, piętnowania podwójnych standardów (wiecie, siedzi łysy gość z brzuchem i piwskiem i ocenia kobiety, że te nie wyglądają dość elegancko/seksownie). Egzekwowania odpowiedzialności od mężczyzn za to co mówią i robią. Mężczyźni muszą w końcu przyjąć do wiadomości, że kobiety zasługują na te same prawa i takie same traktowanie, że za ich dyskryminacją nie stoją żadne racjonalne przesłanki, a tylko nienawiść (a co stoi za tą nienawiścią to nie wiem). Muszą zrozumieć, że przemoc, uchylanie się od odpowiedzialności za własne dzieci, odzieranie kobiet z człowieczeństwa i robienie wszystkiego by nie czuły się nic warte, mówi wszystko o mężczyznach, a niewiele o kobietach. Ta zmiana wymaga zaangażowania mężczyzn - bo bez tego będziemy tylko pogrążać się w tej wojnie płci, a w tej wojnie kobiety są tradycyjnie na słabszej pozycji. I tu autorka trochę popłynęła, bo końcówka książki to już jest wyraźna narracja my kontra oni, mogąca prowokować zarzuty o mizoandrię. Rozumiem emocje autorki, ale potrzebujemy męskich sojuszników, zamknięcie się w kobiecej bańce nie rozwiąże problemu. A do siostrzeństwa też nam niestety daleko, skoro kobieta kobiecie pisze, że ta przesadza, bo “ja takich problemów nie mam”. Jednocześnie autorka pisze, że nie możemy wymagać (od siebie) rezygnacji z mediów społecznościowych. Nie rozumiem czemu. Nie rozumiem czemu social media traktowane jest jak coś niezbędnego do przeżycia. Podczas gdy takie nie są. Nie, Ellen, social media to nie twoja rodzina, jeśli piszesz, że rada “nie wchodź do internetu” ma tyle samo sensu, co polecanie komuś, żeby przestał odwiedzać rodzinę. (a poza tym jeśli twoja rodzina jest toksyczna, to też najlepiej się od niej odciąć). Bo do czego ich potrzebujemy? Do plotkowania, oceniania, oglądania i czytania informacji, w dużej mierze kłamliwych. Te rzeczy zaśmiecają nam mózg i można spokojnie obyć się bez nich, nawet jeśli nie będziemy na bieżąco z tym, co inni ludzie sądzą o jakiejś celebrytce. Nie potrzebujecie tych wszystkich rolek i stories, a do komunikacji można użyć innych narzędzi. Istniał świat przed social mediami - i był to lepszy świat. Też pełen wad, ale nie był aż tak toksyczny i złowrogi jak obecny. Tylko, że być może Ellen Atlanta go nie pamięta. Więc opowiadanie, że nie da się zrezygnować z socialów to optyka jej pokolenia i owoc polityki Big Techów, uzależniających nas od swoich produktów. I tu też widzę rozdźwięk pomiędzy ludźmi, którzy to totalnie rozumieją, a tymi, którzy piszą, że “ich to nie dotyczy” i oceniają autorkę przez swój pryzmat i w sposób pozbawiony empatii i tolerancji dla jakiejś niejednoznaczności czy popełniania błędów. Dokładnie tak, jak to czynimy w socialach. Skoro nie jesteś idealna, nie masz prawa się wypowiadać. Atlanta sama jest ofiarą kultu piękna i Big Techów, to znaczy, że nie ma prawa się krytycznie na ten temat wypowiadać? Ja jestem przykładem takiej kobiety, o której pisze Atlanta - która się wycofała z Insta, ponieważ jestem zmęczona jego toksycznością, negatywnymi emocjami, jakie we mnie wywołuje oraz walką z wiatrakami, kiedy kłócisz się z jakimiś trollami dowodzącymi ci, że kobiety są głupie, a tak naprawdę to mężczyźni są dyskryminowani. Albo po prostu ze złośliwymi ludźmi, którzy najwyraźniej czerpią radość z wbijania komuś szpili. Tylko że ja nie jestem z pokolenia, dla którego sociale są centrum świata. Szczerze mówiąc, rozglądając się po ulicy i wchodząc tylko od czasu do czasu na Instagrama, to ja nie rozumiem, jak ktoś może twierdzić, że media społecznościowe to nie jego problem, a autorka wyolbrzymia. To też jest jakieś oderwanie od rzeczywistości albo samooszukiwanie.

Trudno mi winić autorkę - kobietę z pokolenia Z - że odkrywa problemy, z którymi kobiety zmagają się od dawna - jak już pisałam wyżej, to mądrość, która na ogół do nas przychodzi z wiekiem. To nie jej wina, że istota sprawy się nie zmieniła, a zmienił się tylko moduł operandi, więc Pixel flesh można traktować niestety jako kontynuację pozycji takich jak Mit urody i Obsesja piękna. Nie można mieć pretensji do autorki, że trzeba uświadamiać o tym kolejne pokolenia kobiet. Można też zrozumieć jej gniew i zacietrzewienie. Ja tej książki nie potrzebowałam, a jeśli któraś z was nie odczuwa tej presji, o jakiej pisze Atlanta i nie doświadczyła nigdy okropnego traktowania z tego tytułu, że jest kobietą, to tym lepiej dla niej, ale może komuś pomoże ona otworzyć oczy na toksyczność tego systemu. 

Metryczka: 
Gatunek: reportaż
Główny temat: kult piękna i toksyczne social media
Miejsce akcji: -
Czas akcji: współcześnie
Ilość stron: 464
Moja ocena: 4,5/6 
 
Ellen Atlanta, Pixel flesh. Jak toksyczne algorytmy krzywdzą kobietyWydawnictwo W.A.B, 2026



Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później