Problem z Billem Gatesem

Do tej pory nie miałam żadnego "problemu z Billem Gatesem". Tyle, że Tim Schwab, dziennikarz śledczy od dawna zajmujący się poczynaniami Gatesa, uświadomił mi, że Bill Gates nie jest dobrotliwym wujaszkiem, na jakiego pozuje, tylko jeszcze jednym despotycznym technologicznym nerdem, pozbawionym skrupułów w dążeniu do pozyskania pieniędzy i władzy. Swoją fortunę zawdzięcza nie jakiemuś wielkiemu geniuszowi (za jakiego się ma), tylko agresywnym działaniom, które doprowadziły do osiągnięcia pozycji światowego monopolisty na rynku oprogramowania. Teraz skupił się na prowadzeniu działalności filantropijnej w ramach swojej fundacji BMGF (Bill and Melissa Gates Foundation), wmawiając nam, że ratuje w ten sposób świat. 

I to właśnie tej fundacji - a nie samemu Gatesowi - poświęcona jest ta książka, będąca skrupulatnym dziennikarskim śledztwem rozliczającym BMGF z działań w zakresie ochrony zdrowia, edukacji i produkcji żywności. To na tych właśnie kwestiach skupia się Gates inwestując swoje pieniądze m.in. w produkcję i dystrybucję szczepionek, środków antykoncepcyjnych, środków wykorzystywanych w rolnictwie, konstruowania programów oświatowych i wiele innych rzeczy. Z reportażu wynika, że BMGF rozdaje tyle pieniędzy, tylu różnym instytucjom, że w zasadzie trudno znaleźć kogoś, kto nie dostaje pieniędzy od Gatesa. Gdzie nie rzucisz kamieniem, tam Bill Gates. Trudno się też w tym połapać, kto komu, dlaczego i ile z tych pieniędzy w zasadzie przepływa z kieszeni do kieszeni, czyli pomiędzy instytucjami i firmami będącymi pod kontrolą Gatesa. Co rzecz jasna prowokuje pytania o - jakże typowe dla tego miliardera - dążenia do monopolu. Te ogromne pieniądze uzależniają od siebie donatariuszy, służą jako środek nacisku oraz kształtują dyskurs naukowy. Problematyczne jest również to, że BMGF działa w zasadzie jak kryptofirma lub fundusz inwestycyjny - angażuje się w działalność komercyjną, z Big Pharmą na czele - na ogół nastawioną na opracowywanie kolejnych nowych OPATENTOWANYCH technologii, przejmuje własność intelektualną - i czerpie z tego zyski. A podatków, jako instytucja charytatywna - nie płaci; trzeba też pamiętać, że darowizny wpadają w ulgi podatkowe, więc tak naprawdę z każdego oferowanego dolara część wraca do darczyńcy. Napływ pieniędzy do Fundacji tak naprawdę jest szybszy, niż odpływ. Myślicie, że Bill Gates zbiedniał wskutek swojej działalności charytatywnej? Nic podobnego - jego fortuna jeszcze się powiększyła. 

Fundacja przekazuje darowizny na cele charytatywne i angażuje się w wiele innych mechanizmów finansowania, które pomagają wielkim korporacjom farmaceutycznym rozwijać swoje biznesy. Jednocześnie może ona czerpać korzyści finansowe ze współpracy z niektórymi z nich, ponieważ jej kapitał żelazny o wartości 54mld dol obejmuje akcje i obligacje firm farmaceutycznych. 
A jakie są rezultaty tego rozdawnictwa? Fundacja epatuje milionami “uratowanych istnień ludzkich” i wizerunkiem dobroczyńcy ludzkości, co najczęściej zamyka usta tym krytykom, chcącym zagłębić się w szczegóły wydatkowania środków. Jeszcze zwłaszcza jak tymi istnieniami są dzieci - no kto się nie wzruszy i kto ośmieli się protestować? Tyle tylko, że trudno dojść do tego, ile tych istnień faktycznie uratowała (7, 9, czy 120 milionów?) i jak to policzono? Gates cały czas opowiada o pomaganiu biednym (no jasne, biedne głodujące dzieci w Afryce!), gdy tymczasem jak trochę pogrzebać, to okazuje się, że pieniądze przekazywane są bogatym po to, żeby ci bogaci zarobili na wątpliwej jakości pomocy biednym. 

Fundacja Gatesów nie przekazuje pieniędzy biednym, by wydawali je według własnego uznania. Nie pracuje też w terenie, by poznać docelowych beneficjentów (...). Zamiast tego Gates ofiarowuje swoje prywatne pieniądze swojej prywatnej fundacji. Potem w jej siedzibie gromadzi niewielką grupie konsultantów i specjalistów, by zdecydować które problemy są warte jego czasu, uwagi i pieniędzy i jak należy je rozwiązać. Następnie Fundacja Gatesów zasypuje pieniędzmi uniwersytety, think tanki, redakcje prasowe i organizacje praw człowieka, które na rewersie czeku dostają listę oczekiwań. W ten sposób, całkiem niepostrzeżenie, Gates stworzył bańkę potakiwaczy przesuwających dyskurs polityczny w stronę odpowiadającą jego ideom. 
Cuchnie to rzecz jasna hipokryzją oraz neokolonializmem: tą wyższością i protekcjonalizmem białego człowieka, który lepiej od biednych wie, co jest dla nich dobre, bo biedni są głupcami, którzy sami nie potrafią sobie poradzić. Przychodzi więc biały człowiek - sahib - i narzuca im rozwiązania ich problemów, które to - dziwnym trafem często okazują się bardziej korzystne dla białego, niż dla Afrykańczyka czy Hindusa. Podstawowe nastawienie jest takie same: wiemy, co jest najlepsze dla tych ludzi, ich władcy są opresyjni, niekompetentni i skorumpowani. W przeszłości “mędrcy” z Zachodu po prostu podbijali te kraje. Dziś jedynie pracują nad tym, by “poprowadzić” je we właściwym kierunku. Wcześniej dawały im do tego prawo chrześcijaństwo i cywilizacja. Obecnie są to uniwersalne wartości, humanitaryzm i dobro publiczne - jak podsumowuje to historyk William Muraskin. 

Tak naprawdę nie chodzi tu o żadną pomoc, tylko o władzę i wpływy; nie chodzi o ubogich i potrzebujących, tylko o Billa Gatesa. Gates to zatem wilk w owczej skórze, którzy pod pozorem pomagania biednym realizuje własne interesy i walczy o zachowanie status quo. Mimo całego gadania Billa Gatesa o innowacjach, rewolucjach i sprawiedliwości ta organizacja tkwi po uszy w paradygmacie, którego celem jest zachowanie istniejących struktur władzy (i nierównowagi sił). I upiera się, że Big Pharma jest częścią rozwiązania, a nie problemu. Najdobitniej okazało się to podczas epidemii Covid-u, kiedy to Bill Gates, wobec indolencji wielu państw (w tym USA) przejął właściwie kontrolę nad produkcją i dystrybucją szczepionek, po czym okazało się, że trafiły one głównie do bogatych krajów, natomiast te biedne zostały bez ochrony. 

Od czasów epidemii HIV do pandemii koronawirusa, BG konsekwentnie stał po niewłaściwej stronie, przedkładając swoje poglądy dotyczące patentów nad zdrowie ubogich ludzi, których rzekomo ratuje. 
Bill Gates nie przekazuje po prostu pieniędzy na walkę z chorobami, poprawę stanu edukacji i rolnictwa. On wykorzystuje swoje ogromne bogactwo, aby zdobyć wpływy polityczne i przebudować świat zgodnie ze swoim ograniczonym światopoglądem. 

Problemów z Billem Gatesem jest zatem bez liku, włącznie z utrzymywaniem relacji z Epsteinem, a szczegółowe omówienie tych wszystkich kwestii znajdziecie w książce. Jest to dość bezkompromisowy reportaż, w którym autor nie zostawia na Fundacji i samym Billu Gatesie suchej nitki. Bohater jaki się tu jako kolejny bogacz z syndromem zbawiciela świata, forsujący swoją wizję świata. Multimiliader przekonany, że najlepiej zna się na wszystkim, a zwłaszcza na problemach ubogich ludzi (!). No i to - można powiedzieć - jest ten prawdziwy “geniusz” Gatesa - nie inteligencja, czy wiedza ekspercka, tylko przekonanie o własnej zajebistości: 

Charakterystyczną cechą Billa Gatesa, widoczną od początków jego kariery jest niezachwiana wiara w siebie. Absolutna pewność, że ma rację i moralną słuszność we wszystkim co robi, jako najbystrzejszy facet w pokoju i człowiek urodzony, by przewodzić. 

Być może Gates nie jest tak bardzo na świeczniku jak Elon Musk, nie widać go tak bardzo, ale to nie znaczy, że nie wywiera on ogromnego - zakulisowego wpływu na politykę i gospodarkę na świecie. A kto go do tego upoważnił? Twórca Microsoftu nie został przecież wybrany do rządu, nie kieruje się też przecież ekspercką wiedzą tylko własnymi przekonaniami i obsesjami na temat tego, jak powinien wyglądać świat (jak przystało na technofreaka, naczelnym z tych przekonań wydaje się przekonanie, że “technologia nas uratuje”). A nawet najgenialniejszy człowiek na świecie nie zna się na wszystkim i nie powinien wypowiadać się w imieniu wszystkich. A, szczerze mówiąc, jak czytałam to wszystko o szczepionkach, to przestałam się dziwić, czemu powstała teoria spiskowa o tym, że Bill Gates chce nas wszystkich zaszczepić, żeby wszczepić nam chipy i nas kontrolować. 

W gruncie rzeczy można to sprowadzić do jednego pytania: czy jeśli ktoś daje nam pieniądze, to powinniśmy po prostu się zamknąć i być wdzięczni? Darowanemu koniowi i tak dalej… a jak ktoś nie chce korzystać, niech nie korzysta. Ale czy dar uzależniony od tego, czy obdarowany spełni jakieś wymogi ustalone przez darczyńcę, jest “prawdziwym darem”, czy też raczej asymetryczną transakcją? A jeśli nie pytamy beneficjentów jakie są ich problemy, tylko dekretujemy je odgórnie, to czyje problemy tak naprawdę rozwiązujemy? A może mamy prawo się czepiać, żądać rozliczenia i transparentności, bo część z tych pieniędzy tak naprawdę pochodzi z kieszeni podatników (a pozostała z fortuny zdobytej najczęściej z pomocą nieetycznych środków). I zwłaszcza, że macki tej filantropii sięgają tak daleko, że w wielu przypadkach tak naprawdę nie ma wielkiego wyboru, czy brać czy nie ma, bo innych opcji finansowania za bardzo nie ma. I tu jest ta różnica między prawdziwą dobrowolną dotacją, a swego rodzaju ekonomicznym przymusem.

Ten model finansowania sugeruje, że Fundacja nie wierzy, iż ubodzy będą dobrze zarządzać jej pieniędzmi. Pokazuje też wyraźnie, że nie chodzi jej o rozwijanie specjalistycznej wiedzy i potencjału biednych krajów. Proponuje długofalową wizję świata, w którym biedni będą zawsze biedni oraz uzależnieni od dobrej woli globalnych elit.  

Tim Schwab zadaje wiele celnych pytań: o bezkarność ludzi bogatych, o to kiedy cel przestaje uświęcać środki, czy dobroczynność jest w stanie zrekompensować nieetyczny sposób zgromadzenia fortun, w tym niepłacenie podatków? Bill Gates rozdaje swoje pieniądze komu chce i na co chce, bo - w dosłownym tego znaczeniu “kto bogatemu zabroni”. Czy te miliardy przypadkiem nie wyrządzają światu niedźwiedziej przysługi? Miliarder woli też rozdawać, niż płacić większe podatki... Jego receptą na “lepszy świat” jest filantropia. Ale czemu zdrowie publiczne, edukacja albo produkcja żywności mają być uzależnione od kaprysów miliarderów? Czemu cedujemy na nich zadania, które winno wykonywać państwo?  A co jak im się odwidzi? 

Kiedy ja, i wy płacimy podatki, nie możemy kontrolować sposobu, w jaki te pieniądze są wydawane, nikt też nas z tego tytułu nie chwali (...). Wielu z nas prawdopodobnie nie jest zadowolonych z faktu, że wasze podatki są przeznaczane na projekty rządowe, których nie popieracie. (...) Ale w przeciwieństwie do tych krezusów, my, zwykli obywatele, nie możemy zostać filantropami i “wypisać się” dzięki temu z płacenia podatków (...). Jeśli chcemy zmienić politykę naszego państwa czy decyzje budżetowe, musimy zaangażować się w powolny i nieprzyjemny proces zmiany politycznej.  

A dlaczego dajemy bogaczom prawo do decydowania o sprawach, na których się nie znają - tylko dlatego, że mają pieniądze? Czy pieniądze automatycznie czynią z nich ekspertów w sprawach wszelakich? Czy podziw dla tych ludzi i ich "gestu" nie jest irracjonalny, skoro wiadomo, że nie jest to dla nich żadne poświęcenie: rozdają te pieniądze, bo i tak ich nie potrzebują, a filantropia nijak nie uszczupla ich majątków? Poświęceniem jest, kiedy zwykły człowiek, kalkulujący swój budżet, wspiera cele charytatywne, a nie kiedy robi to bogacz, dla którego te pieniądze są tylko kolejnymi liczbami... Piszę “my”, ale w gruncie rzeczy wiadomo, że bogacze sami się do tego upoważnili. W teorii w demokracji każdy z nas ma głos, ale w praktyce bogaci mają tych głosów znacznie więcej, bo pieniądze to wpływy (patrz książka Władza i postęp) i nasza sytuacja coraz bardziej przypomina tę z początków demokracji, kiedy prawo do głosu było uzależnione od wielkości majątku, a biedni byli zdani na to, co skapnie z pańskiego stołu. Przecież już to przerabialiśmy. 

A czy serio wydaje się nam, że to miliarderzy rozwiążą problem biedy do którego sami się przyczyniają (znowu zjawisko rozwiązywania problemów, które się samemu wywołało)? 

(...) czy możemy z przekonaniem stwierdzić, że FG prowadzi nas w tym kierunku? W ramach jej modelu działania ubodzy na całym świecie nigdy nie będą mieli czystej wody, ale niektórzy będą mieli dostęp do szczepionek, które dadzą im jakąś ochronę przed chorobami spowodowanymi brudną wodą i złymi warunkami sanitarnymi. 

Czy o to nam chodzi? No chyba nie. Czy pozwalamy lisowi pilnować kurnika? To samo tyczy się katastrofy klimatycznej, w sprawach której Gates też przecież uważa się za eksperta (napisał nawet na ten temat książkę) - i tu byłam trochę rozczarowana, że Schwab nie porusza szerzej tej kwestii. I to samo będzie z AI - najpierw technomiliarderzy tworzą technologie zagrażające zatrudnieniu milionów ludzi, a potem łaskawie będą “walczyć z bezrobociem i luką kompetencyjną”. Czy więc FG jest rozwiązaniem dla problemu nierówności na świecie czy raczej jego sztandarowym przykładem? Dlaczego godzimy się na to taką organizację świata, że garstka osób śpi na górze pieniędzy, z którymi nie wie co robić, a kilka miliardów ledwo egzystuje? Czy nie byłoby znacznie lepiej stworzyć bardziej sprawiedliwy świat, w którym każdy miałby wystarczająco środków, by stać go było na godne życie i na lekarstwa, zamiast musieć żebrać o nie u bogatych? Świat, w którym pracodawcy płacą nam godziwie, zamiast wypatrywać nowych technologii, które pozwolą im zastąpić pracowników i zarobić jeszcze więcej? Tymczasem taki 

(...) model, w którym cel uświęca środki, nie uwzględnia fundamentalnej niesprawiedliwości pozwalającej dużym firmom i miliarderom grać według ich własnych zasad. (...) W działającej demokracji każdy powinien płacić swoją część podatków i mieć pewne podstawowe, powszechne prawa, możliwości i przywileje. Gdybyśmy żyli w takim świecie nie byłoby nieprzyzwoicie bogatych ludzi, i nie byłoby potrzeby istnienia organizacji takich jak Fundacja Gatesów.  

Przy okazji my wszyscy możemy sobie zadać pytanie o takie zbiórki jak Łatwogang, w których się lubujemy  - fajnie, że znowu się skrzyknięto i zebrano dużo pieniędzy, ale to przecież znaczy, że chorzy ludzie nie mogą liczyć na pomoc systemową, tylko uzależnieni są od łaski celebrytów i prywatnych darczyńców. Co rusz trzeba się na coś zrzucać, bo państwo nie ma pieniędzy. Czyli cedujemy zadania państwa na obywateli i samopomoc. A może zamiast tego nie migajmy się od płacenia podatków, to państwo będzie miało z czego sfinansować służbę zdrowia? Powiem za Timem Schwabem: 

Łatwo jest reagować cynicznie lub sceptycznie na apel o zmianę świata, ale powinniśmy zdać sobie sprawę, że w rzeczywistości nie mamy wyboru. Ta walka już się rozpoczęła. 

Problem z Billem Gatesem jest więc książką o pieniądzach - wielkich pieniądzach i o tym, jak te pieniądze służą temu, żeby garstka bogatych ludzi kształtowała świat według tego, co im tam w duszy gra. To nie jest problem tylko z Billem Gatesem, ale ogólnie z całym tym klubikiem bogaczy, panoszących się na świecie (i rujnujących ten świat), których ludzie zaczynają mieć dość. Choć spotkałam się niedawno też komentarzem, który też pokazuje w czym tkwi problem: walka klas trwa, ale póki co prowadzą ją głównie bogacze, bo "klasy pracujące" mają klapki na oczach i jeszcze okradających ich bogaczy oklaskują w przekonaniu o ich łasce i geniuszu. 

Metryczka: 
Gatunek: reportaż 
Główny temat: Bill Gates i jego działalność "filantropijna"
Miejsce akcji: cały świat
Czas akcji: współcześnie
Ilość stron: 576
Moja ocena: 5,5/6 
 
Tim Schwab, Problem z Billem Gatesem. Rozliczenie z mitem dobrego miliardera, Wydawnictwo Insignis, 2025


Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później