Władza i postęp

Władzą i postępem kontynuuję temat poruszony w Krwi w maszynie. Ekonomiści - nobliści w swojej kolejnej książce przytakują spostrzeżeniu, że postęp sam w sobie nas nie uratuje, jeśli będzie służyć tylko najbogatszym.  Daron Acemoglu i Simon Johnson dowodzą, że dawniej postęp wcale nie pociągał za sobą automatycznie dobrobytu dla wszystkich - z reguły korzystała na tym tylko wąska grupa elit, skupiająca władzę i pieniądze. Tak było dawniej i tak dzieje się dziś, bo dzisiejsze elity wróciły niejako do myślenia z XIX wieku - ślepego hołdowania technologii bez oglądania się na skutki społeczne. Mądrzy ludzie ostrzegają zawsze, że postęp technologiczny jest nic nie warty, jeśli nie towarzyszy mu postęp społeczny. Jeśli te dwie rzeczy nie idą ze sobą w parze, pociąga to za sobą tragedie.  

Idea przewodnia tej książki jest prosta: żadne skutki postępu nie są “nieuchronne”, a to komu postęp przyniesie korzyści, czyli czy decydujemy się dzielić większym zyskiem, wypracowanym dzięki postępowi, czy też nie - jest kwestią wyboru, gdyż ten system sami tworzymy. Wyboru tego dokonują jednak najczęściej ludzie będący u władzy i niestety przeważnie nie są to ludzie dbający o dobro wspólne, lecz tylko o własny interes. Na poparcie tej tezy autorzy odwołują się do historii, głównie historii rewolucji przemysłowej, która wywróciła życie wielu ludzi do góry nogami - i to wcale nie na lepsze, a co już opisałam na bazie Krwi w maszynie. Zatem drogi, jakimi szedł “postęp” dawniej to np. grodzenie ziem i instalowanie maszyn w fabrykach, co forsowały elity będące u władzy, dla których takie rozwiązania były korzystne. Rewolucja przemysłowa i automatyzacja spowodowała, że wielu ludzi straciło pracę, a ci którzy ją mieli pracowali dłużej/ciężej (niż we wcześniejszych epokach) i za mniejsze pieniądze. Było tak, ponieważ pracodawcy byli potężni, a pracownicy nie - więc ci pierwsi nie mieli motywacji, żeby dzielić się zyskami z tymi drugimi. Nie było praw pracy, związków zawodowych, BHP, wielu ludzi, w tym dzieci, zmuszano do pracy. Stworzono nawet system, który miał karać za ubóstwo.  

Dawne prawa o ubogich było już małoduszne i bezwzględne. Nowi myśliciele epoki przemysłowej uznali jednak, że niewystarczająco motywują one biednych do wzięcia się w garść i zabrania się do roboty. Komisja zaproponowała więc zorganizowanie całej pomocy dla ubogich w ramach przytułków zwanych domami pracy (...). zarekomendowała także zaostrzenie wymogów uprawniających do zasiłków, przytułki zaś miały być mniej gościnne, aby zmotywować ludzi do szukania zatrudnienia zamiast pomocy społecznej. Komisja zalecała też zmniejszenie obciążenia podatkowego głównie arystokracji, szlachty i klasy średniej. 

Dodatkowo w XIX wieku pogorszyły się znacznie warunki życia w związku z zanieczyszczeniami, jakie powodował przemysł i życie w mieście. Industrializacja doprowadziła do katastrofy w zdrowiu publicznym, obniżyły się wskaźniki długości życia. Nie było tu więc żadnego “skapywania”, owoce postępu zbierali nieliczni i tylko tym nielicznym żyło się lepiej. Przypomnijmy też, że w imię “postępu” praktykowano też niewolnictwo, wyzysk w koloniach, dyskryminację ludności rdzennej. Postęp doprowadził też do nowych, o wiele bardziej krwawych wojen i sposobów zabijania ludzi. Czy naprawdę było to “nieuchronne”? To, że - jak się zazwyczaj dziś kontruje - potem warunki życia się polepszyły, w efekcie czego w XX wieku zaznaliśmy bezprecedensowego powszechnego dobrobytu, to zawdzięczamy ludziom, którzy wywalczyli ustępstwa i reformy: 40-godzinny tydzień pracy, zakaz pracy dzieci, wyższe płace, urlopy, weekendy, prawa kobiet, etc. I zazwyczaj zapomina się przy tym o tych wszystkich ludziach, którzy w XIX i początkach XX wieku padli ofiarami drapieżnego kapitalizmu i nie doczekali, aż coś im "skapnie" z fortuny panów. A potem ten wysiłek, by dobrobyt był wspólny został zaprzepaszczony, gdyż wielki biznes był niezadowolony…   

Amerykański model wspólnego dobrobytu załamał się, kiedy władza skoncentrowała się w rękach wielkich korporacji, instytucje i normy nakazujące dzielić się rentą ekonomiczną zostały rozmontowane, a technika około 1980 roku ruszyła głównie w kierunku automatyzacji.  
Nie pamiętamy też, że wizje innowatorów i przedsiębiorców, których dziś otaczamy kultem, okupione były często życiem (i to dosłownie) tysięcy ludzi. Nieliczne jednostki przedkładamy więc nad dobrostan wielu. 

Wizjonerzy czerpią swoją siłę częściowo z umiejętności niedostrzegania pewnych rzeczy - na przykład cierpienia. 

Dokładnie tak samo wygląda to dziś, kiedy miliarderzy z Doliny Krzemowej perorują o korzyściach ze sztucznej inteligencji, głosząc, że najważniejszy jest postęp, nie można go hamować (np. jakimiś regulacjami), przemilczając jednak fakt, że te korzyści spływają do nich, a reszta społeczeństwa na tym nie zyskuje, a jeszcze traci. Niestety znowu się na to nabieramy: dynamika władzy sprawia, że ludzi, którzy mają władzę i pieniądze obdarzamy większym autorytetem, a więc ich siła “przekonywania” jeszcze się zwiększa, i koło się zamyka. Zresztą, czy dziś trzeba jeszcze jakiegoś autorytetu, kiedy oligarchowie przejmują środki masowego przekazu, więc mogą nas karmić takimi informacjami, jakimi chcą. Nasze społeczeństwo już stało się dwuklasowe. Na szczycie mamy wielkich potentatów, którzy głęboko wierzą, że zdobyli bogactwo dzięki swojemu niezwykłemu geniuszowi. Na dole zaś zwyczajnych ludzi, którzy w przekonaniu technologicznych liderów mają skłonność do popełniania błędów i których najlepiej byłoby zastąpić maszynami czy algorytmami. Maluczkich natomiast nikt o zdanie się nie pyta, co jest głęboko niedemokratyczne (niby mamy demokrację, ale przecież nie wybieraliśmy Elona Muska czy Marka Zuckerberga, aby nami rządzili…). A że władza demoralizuje, to powszechnie wiadomo. (...) moc przekonywania także demoralizuje i sprawia, że ci o silniejszej pozycji rzadziej rozumieją troski innych i mniej ich one obchodzą. Niedostrzeganie przez elity problemów, z jakimi mierzą się zwykli ludzie wynika też z tego, że bogacze ci są już po prostu tak bardzo odklejeni od rzeczywistości - czy wiecie, że wśród członków Kongresu USA nie ma obecnie ani jednego niemilionera??

Za sprawą tej dynamiki powstała już nowa oligarchia wizji - koteria czołowych postaci świata technologii o podobnym pochodzeniu, poglądach, pasjach i niestety także niedostrzegających podobnych problemów. Mowa o oligarchii, (...) która monopolizuje władzę społeczna, ignorując skutki, jakie przynosi to słabym i pozbawionym głosu. O sile tej grupy nie decydują czołgi i rakiety [no nie wiem…], tylko dostęp do korytarzy władzy i możliwość wpływania na opinie publiczną. Oligarchia wizji jest tak przekonująca dlatego, że odniosła ogromny sukces komercyjny. Wspiera ją także sugestywna narracja o dostatku i kontroli nad naturą, która ma nam zapewnić technologia (...). Co najistotniejsze, ci współcześnie oligarchowie potrafią uwodzić wpływowych stróżów opinii publicznej, dziennikarzy, innych liderów biznesu, polityków, naukowców i najróżniejszych intelektualistów.* Oligarchia wizji zawsze znajduje się przy stole i przy mikrofonie, kiedy formułowane są ważne argumenty. 
Wizja ta zaś koncentruje się na gromadzeniu ogromnej ilości danych, które potem mogą posłużyć do różnych celów, co też osłabia demokrację i wspólne dobro. I niestety wizja ta dziś wygrywa. Skutki tego widzimy na przykład, kiedy na krytykę szalonych poczynań Elona Muska odzywają się głosy, że nie mamy prawa go krytykować, bo “jest wizjonerem”. Do tego pojawia się zarzut, że ta krytyka wynika li tylko z pobudek “ideologicznych”. Tak jakby “postęp” był neutralny ideologicznie! No problem polega na tym, że nie jest, co udowadniają autorzy tej książki! Technokraci, w tym Elon Musk głoszą przecież skrajnie leseferystyczne, prawicowe, antydemokratyczne, a nawet faszystowskie poglądy, z czym już dziś się nawet nie kryją. Podważają prawa człowieka (w tym emancypację kobiet). Peter Thiel uważa np. że pożądanym stanem gospodarki jest monopol, a wolność i równość powinny być zastąpione przez oligarchię technokratów (uważanych rzecz jasna za genialnych i wybitnych). Odsyłam do manifestu Palantira. Tubą dla osób głoszących szkodliwe poglądy stały się media antyspołecznościowe, co najlepiej podsumował komik Sacha Baron-Cohen: "Chodzi tu o dawanie ludziom, także tym zasługującym na najwyższe potępienie, największej w historii platformy umożliwiającej dotarcie do 1/3 mieszkańców naszej planety". Czy to może skończyć się dobrze? 

Fascynacja maszynami i “inteligencją” prowadzi nas dziś do inwestowania ogromnych pieniędzy w doskonalenie algorytmów, przy wielkiej niepewności do czego nas to doprowadzi. Firmy technologiczne dążą do tego wszelkimi możliwymi sposobami, ekscytując się możliwościami maszyn, które nie są wcale “inteligentne” (tylko operują na ogromnej ilości danych), a dyskredytując tym samym ludzi, którzy zaczynają czuć się zbędni i jeszcze bardziej niedoskonali, niż kiedyś (tu przytoczmy memową już wypowiedź złotoustego Sama Altmana, który stwierdził, że wychowanie człowieka też zajmuje 20 lat, więc dlaczego czepiamy się czasu i zasobów trawionych na trenowanie AI…). Znowu nie zadajemy sobie w tym wszystkim kluczowego pytania: jaki pożytek z tego będzie miał człowiek - jako ludzkość? Co z tego, że udoskonalimy AI, jeśli przyczyni się to do utraty pracy przez ludzi? Maszyny nie muszą iść na urlop, nie chorują, nie trzeba im płacić; co najwyżej mogą się zepsuć. Człowiek nie jest w stanie z nimi konkurować, lub konkurowanie z nimi sprowadza nas do pracy niewolniczej, jako że “automat (...) jest dokładnym ekonomicznym odpowiednikiem pracy niewolniczej. Każda siła robocza, która konkuruje z niewolniczą, musi akceptować konsekwencje ekonomiczne pracy niewolniczej”. Mitem jest też, że automatyzacja dotyczy tylko najprostszych prac - przeciwnie, możne dotknąć każdego - w XIX wieku pracę tracili przecież wysokowykwalifikowani tkacze, a dziś zagrożone są posady specjalistów wykonujących różnego rodzaju pracę umysłową (a nie pracowników fizycznych). Człowiekiem, który na tym skorzysta będzie tylko właściciel korporacji, ale dla wspólnego dobra, społecznego, będzie miało to fatalne konsekwencje.  I czy to jest faktycznie najlepszy sposób na wykorzystanie AI? 
Na tym właśnie polega pułapka wizji. Kiedy jakaś wizja staje się dominująca, trudno zrzucić kajdany, które nam zakłada, bo ludzie na ogół wierzą w jej przesłanie. A sytuacja jest oczywiście znacznie gorsza, kiedy wizja wymyka się spod kontroli, bo sprzyja wtedy nadmiernej pewności siebie i zaślepia wszystkich tak, że nie zważają na jej koszty.   
Acemoglu i Johnson zajmują się w dalszej części książki właśnie społecznymi skutkami automatyzacji i wdrażania AI. Zwracają uwagę, że automatyzacja/nadmierna automatyzacja nie przekłada się wprost na wzrost produktywności kapitału i pracy. Postępy w technologiach głównie zmniejszają płace, co niekoniecznie przekłada się na wydajność i jakość (np. kiedy doradcę klienta zastępuje bot). Jest to “taka sobie automatyzacja”, jak nazywają ją nobliści. Widać to już dziś, w raportach firm, kiedy okazuje się, że wdrożenie AI wcale nie przyniosło jakichś spektakularnych zysków. Problem polega na tym, że firmy nie poprzestają na tych zyskach, które udaje im się wypracowywać dzięki ludziom (wtedy automatyzacja faktycznie pozwoliłaby zmniejszyć ilość pracy wykonywanej przez ludzi), ale chcą więcej. WIĘCEJ to wszak mantra kapitalizmu. Paradoksalnie więc automatyzacja prowadzi z jednej strony do ograniczenia liczby pracowników, a z drugiej do zwiększenia ilości ich pracy (jak to było w czasach rewolucji przemysłowej), bynajmniej bez zwiększania wynagrodzenia. Zyski wędrują oczywiście do kieszeni kapitalistów, a nie pracowników. Istnieje też coś takiego jak fauxomatyzacja. Maszyny, w tym AI zawsze potrzebują kogoś, kto będzie pilnować, czy wszystko dobrze działa. Za trenowaniem AI też stoi mrówcza praca ogromnej rzeszy ludzi, a wyniki wygenerowane przez AI i tak trzeba sprawdzić, czy nie ma tam głupot. Tylko że o tym lepiej nie wspominać. W efekcie ludzie zostają zepchnięci na służebne stanowiska wobec maszyn, oczywiście niżej płatne. 
Stworzone przez pisarkę Astrę Taylor określenie “fauxtomatyzacja” opisuje sytuację, kiedy kierownicy posługują się wymówką automatyzacji nie tyle w celu pozbycia się siły roboczej, ile zepchnięcia jej na dalszy plan i pozbawienia eksponowanych stanowisk. (...) robotnicy nadal muszą być pod ręką, żeby zapewnić bezawaryjne działanie maszyn. (Krew w maszynie)
Dodatkowo: 
Zamiast tworzyć miejsca pracy i możliwości (...) obecna ścieżka AI zwiększa zapotrzebowanie na kapitał, wysoko wykwalifikowanych pracowników, a nawet na wymagające wyższych kwalifikacji usługi (...). 
Są zatem dwie ścieżki: albo AI pozbawia ludzi pracy, a przynajmniej pozbawia ich satysfakcjonującej pracy, sprowadzając ich do roli wprowadzacza promtów i sprawdzania tego, co wygenerowała AI albo co gorsza, wykonywacza poleceń algorytmu (jak w licznych zawodach tzw. gig economy), albo wymaga od nas "ucieczki do przodu", nabywania wyższych kwalifikacji - co też przecież nie jest opcją dla każdego. W trakcie lektury Władzy i postępu akurat natknęłam się na bardzo adekwatny artykuł, w którym autor zastanawia się, jaką strategię wobec tego przyjąć i opcje widzi tylko dwie: albo ściganie się z AI i podwyższanie kwalifikacji, tak żeby załapać się do tej elity jeszcze bardziej wykwalifikowanych speców, albo w drugą stronę - obniżyć swoje kwalifikacje do pracowników fizycznych... Nie ma natomiast refleksji, że można zakwestionować w ogóle ten absurdalny trend, w którym człowiek jest deprecjonowany przez technologię... Nie mam nic przeciwko bardziej wydajnej pracy, ale nie w sytuacji, kiedy wymaga się ode mnie, żebym konkurowała z maszyną - stworzoną przecież, żeby pewne zadania wykonywać lepiej od ludzi (co prawda w wielu przypadkach nadal się to nie udaje, ale jest to słabe pocieszenie, jeśli pracodawca i tak forsuje tę ułomną automatyzację, a deprecjonuje ludzi). A zmuszanie kogoś inteligentnego i utalentowanego, żeby obniżył swoje kwalifikacje i walczył o przetrwanie, jest po prostu zaprzepaszczaniem jego potencjału i talentów. Tak ludzkość funkcjonowała już dawniej - większość ludzi była tak skupiona na przeżyciu, że nie miała szans się rozwijać i dokładać do rozwoju cywilizacyjnego - stąd postęp był bardzo wolny, tylko nielicznym udawało się wyłamać z tego kieratu. Chcemy powrotu do takich czasów? Bo dziś proponuje się nam technofeudalizm. A nasz ewentualny dalszy rozwój będzie projektować sztuczna inteligencja, pod dyktando oczywiście swoich właścicieli. 

Póki co wszystko do tego zmierza. Eksperci od nowych technologii w kółko straszą tym, że AI zabierze nam pracę (i licytują się kto da więcej), ale rozwiązanie tego problemu zrzucają na nasze barki. Nie słychać też zainteresowania rządów, jak sobie poradzić z tą wieszczoną nam "apokalipsą pracy". Radź sobie człowieku sam. Ludzie są tym coraz bardziej zmęczeni i wkurzeni, bo wylogować się z tego systemu na własną rękę jest trudne - z czegoś żyć trzeba. Autorzy kwestionują właśnie takie myślenie: nie możemy przyjąć argumentacji, że powinno się pozwolić technologii rozwijać tak, jak chcą Big Techy, a społeczeństwo będzie to nadrabiać edukacją. Kluczowe jest sprawienie, by pracownicy byli traktowani jako zasób, a nie koszt. I tu ciekawe, bo ekonomiści podważają sensowność powszechnie proponowanych remediów: dochodu podstawowego (BDP), płac minimalnych czy edukacji. Dlaczego? Mówiąc wprost i w skrócie - oznacza to cały czas rozwiązywanie problemu poprzez skupienie się na jego ofiarach, a nie sprawcach. I skazanie większości ludzi w najlepszym razie na wegetację, a nie na dobrobyt.
BDP skłania do takich interpretacji naszego obecnego trudnego położenia, które są błędne i bezproduktywne. Sugeruje, że nieuchronnie zmierzamy w kierunku świata, w którym pracy będzie niewiele, za to będą rosły nierówności między projektantami coraz bardziej zaawansowanych technologii cyfrowych, a reszta, więc jedyne, co można zrobić to głęboka redystrybucja. (...) BDP oznacza defetyzm i godzenie się na ten los. [Podobnie jak robi to autor wzmiankowanego przeze mnie artykułu.] W istocie BDP w pełni “kupuje” wizję biznesu i technologicznej elity mówiąca, że to oni są utalentowanymi, oświeconymi ludźmi, którzy powinni hojnie finansować pozostałych. W ten sposób reszta populacji zostanie spacyfikowana, a różnice stanu pogłębione. 
W pełni się z tym zgadzam. Jakkolwiek byłoby miło mieć zapewnioną odgórnie jakąś kasę na przeżycie, to zapewne te pieniądze wystarczałyby ledwie na jakąś wegetację i w praktyce okazałoby się, że wcale nie są takie znowu "bezwarunkowe". Autorzy przedstawiają wiele innych narzędzi pozwalających kontrolować technologie, sprawiać, by były one korzystne dla ludzi i demokracji, a nie odwrotnie. Np. kwestia opodatkowania - dziś stosuje się zachęty podatkowe dot. korzystania ze sprzętu i technologii, natomiast brak takich zachęt dot. opodatkowania ludzi/pracowników, w efekcie czego firmy postrzegają pracowników jako koszt, który trzeba ograniczać. Zamiast zastępowania ludzi i cięcia kosztów maszyny powinny poszerzać ludzkie możliwości, tworzyć nowe zadania, personalizować podejście - postulują nobliści. Tak samo algorytmy można przeprojektować, żeby nie bazowały na wykorzystywaniu naszych najniższych instynktów, prawda? To, że tak to funkcjonuje, to też jest kwestia wyboru. A dlaczego ludzie nie otrzymują wynagrodzenia za swoje dane (ale też treści wrzucane do internetu), choć te dane są potem walutą i elementem dzięki któremu BT się bogacą? 
 
Autorzy powtarzają, że to w jakim kierunku zmierza teraz rozwój technologii, to jest kwestia wyboru. Zmierzanie w stronę większych nierówności nie jest nieuniknione, to tylko kwestia niewłaściwych wyborów dotyczących tego, kto w społeczeństwie ma władzę oraz kierunku rozwoju technologii. 
Społeczeństwo i jego wpływowi gatekeeperzy muszą otrząsnąć się z hipnotycznej fascynacji miliarderami z branży nowych techn i przestać ślepo popierać ich dążenia. Debaty na temat nowych technologii powinny koncentrować się nie tylko na błyskotliwości nowych produktów i algorytmów, ale także na tym, czy działają one na korzyść ludzi czy przeciwko nim. O tym, czy technologie cyfrowe należy wykorzystywać do automatyzacji pracy oraz wzmacniania pozycji wielkich korporacji i niedemokratycznych rządów, nie może decydować wyłącznie garstka przedsiębiorców i inżynierów. (...) Społeczeństwo dwuklasowe z wąską elitą i kurczącą się klasą średnią nie stanowi fundamentu dobrobytu ani demokracji. 
Jeśli popatrzeć na historię ludzkości, to te “niewłaściwe wybory” ciągle się powtarzają, co nie napawa optymizmem. Przeważnie wybieramy bogacenie się przez wyzysk ludzi i środowiska naturalnego, bez oglądania się na jakiekolwiek względy moralne. Często towarzyszy temu argument "jeśli nie ja, to zrobi to ktoś inny". I w ten sposób nakręca się spirala nierówności i niesprawiedliwości. Dziś wytwarzamy góry pieniędzy, takie, że spokojnie zapewniłyby one godne życie większości ludzi na świecie, a mimo to nie umiemy się nimi dzielić, a przepaść między biednymi a bogatymi się pogłębia. Wydaje się, że kierunek oparty na altruizmie, dobru wspólnym, a nie chciwości i egoizmie, jest kierunkiem wymagającym znacznie większego wysiłku mentalnego (przede wszystkim) - przynajmniej w takiej kulturze, w jakiej żyjemy. Zarówno o demokrację, jak i zdrowy rynek, działający na korzyść wszystkich, a nie tylko nielicznych, trzeba dbać, bo gdy przestaniemy, będzie się on automatycznie chylił ku monopolowi, kumulacji zysków i tyranii. Czego dowodzi historia opowiadana we Władzy i postępie o tym, jak w USA w XX wieku udało się wprowadzić wiele reform i programów społecznych, dzięki temu wzrósł dobrobyt wszystkich, ale zostało to zaprzepaszczone, bo bogacące się elity zaczęły podkopywać te zdobycze. Czy te firmy były biedne? Zapewne nie. Ale pragnęły mieć jeszcze więcej, w i w tym jest szkopuł.  Trudno nam sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej - zwłaszcza po kilkuset latach dominacji kapitalizmu na tej planecie - a być może jest tak właśnie dlatego, że te inne narracje i ścieżki zostały zdyskredytowane i wymazane przez zwycięską ideologię dążenia do zysku za wszelką cenę. 

Metryczka: 
Gatunek: popularnonaukowa
Główny temat: postęp technologiczny
Miejsce akcji: -
Czas akcji: XIX wiek - współcześnie
Ilość stron: 584
Moja ocena: 5/6 
 
Daron Acemoglu, Simon Johnson, Władza i postęp. Tysiąc lat walki o technologię i dobrobytWydawnictwo Zysk i S-ka, 2025

*I o tym pisze Sylwia Czubkowska w Bóg Techach

Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później