Władza i postęp
Idea przewodnia tej książki jest prosta: żadne skutki postępu nie są “nieuchronne”, a to komu postęp przyniesie korzyści, czyli czy decydujemy się dzielić większym zyskiem, wypracowanym dzięki postępowi, czy też nie - jest kwestią wyboru, gdyż ten system sami tworzymy. Wyboru tego dokonują jednak najczęściej ludzie będący u władzy i niestety przeważnie nie są to ludzie dbający o dobro wspólne, lecz tylko o własny interes. Na poparcie tej tezy autorzy odwołują się do historii, głównie historii rewolucji przemysłowej, która wywróciła życie wielu ludzi do góry nogami - i to wcale nie na lepsze, a co już opisałam na bazie Krwi w maszynie. Zatem drogi, jakimi szedł “postęp” dawniej to np. grodzenie ziem i instalowanie maszyn w fabrykach, co forsowały elity będące u władzy, dla których takie rozwiązania były korzystne. Rewolucja przemysłowa i automatyzacja spowodowała, że wielu ludzi straciło pracę, a ci którzy ją mieli pracowali dłużej/ciężej (niż we wcześniejszych epokach) i za mniejsze pieniądze. Było tak, ponieważ pracodawcy byli potężni, a pracownicy nie - więc ci pierwsi nie mieli motywacji, żeby dzielić się zyskami z tymi drugimi. Nie było praw pracy, związków zawodowych, BHP, wielu ludzi, w tym dzieci, zmuszano do pracy. Stworzono nawet system, który miał karać za ubóstwo.
Dawne prawa o ubogich było już małoduszne i bezwzględne. Nowi myśliciele epoki przemysłowej uznali jednak, że niewystarczająco motywują one biednych do wzięcia się w garść i zabrania się do roboty. Komisja zaproponowała więc zorganizowanie całej pomocy dla ubogich w ramach przytułków zwanych domami pracy (...). zarekomendowała także zaostrzenie wymogów uprawniających do zasiłków, przytułki zaś miały być mniej gościnne, aby zmotywować ludzi do szukania zatrudnienia zamiast pomocy społecznej. Komisja zalecała też zmniejszenie obciążenia podatkowego głównie arystokracji, szlachty i klasy średniej.
Dodatkowo w XIX wieku pogorszyły się znacznie warunki życia w związku z zanieczyszczeniami, jakie powodował przemysł i życie w mieście. Industrializacja doprowadziła do katastrofy w zdrowiu publicznym, obniżyły się wskaźniki długości życia. Nie było tu więc żadnego “skapywania”, owoce postępu zbierali nieliczni i tylko tym nielicznym żyło się lepiej. Przypomnijmy też, że w imię “postępu” praktykowano też niewolnictwo, wyzysk w koloniach, dyskryminację ludności rdzennej. Postęp doprowadził też do nowych, o wiele bardziej krwawych wojen i sposobów zabijania ludzi. Czy naprawdę było to “nieuchronne”? To, że - jak się zazwyczaj dziś kontruje - potem warunki życia się polepszyły, w efekcie czego w XX wieku zaznaliśmy bezprecedensowego powszechnego dobrobytu, to zawdzięczamy ludziom, którzy wywalczyli
ustępstwa i reformy: 40-godzinny tydzień pracy, zakaz pracy dzieci,
wyższe płace, urlopy, weekendy, prawa kobiet, etc. I zazwyczaj zapomina się przy tym o tych wszystkich ludziach, którzy w XIX i początkach XX wieku padli ofiarami drapieżnego kapitalizmu i nie doczekali, aż coś im "skapnie" z fortuny panów. A potem ten wysiłek, by dobrobyt był wspólny został zaprzepaszczony, gdyż wielki biznes był niezadowolony…
Amerykański model wspólnego dobrobytu załamał się, kiedy władza skoncentrowała się w rękach wielkich korporacji, instytucje i normy nakazujące dzielić się rentą ekonomiczną zostały rozmontowane, a technika około 1980 roku ruszyła głównie w kierunku automatyzacji.
Wizjonerzy czerpią swoją siłę częściowo z umiejętności niedostrzegania pewnych rzeczy - na przykład cierpienia.
Dokładnie tak samo wygląda to dziś, kiedy miliarderzy z Doliny Krzemowej perorują o korzyściach ze sztucznej inteligencji, głosząc, że najważniejszy jest postęp, nie można go hamować (np. jakimiś regulacjami), przemilczając jednak fakt, że te korzyści spływają do nich, a reszta społeczeństwa na tym nie zyskuje, a jeszcze traci. Niestety znowu się na to nabieramy: dynamika władzy sprawia, że ludzi, którzy mają władzę i pieniądze obdarzamy większym autorytetem, a więc ich siła “przekonywania” jeszcze się zwiększa, i koło się zamyka. Zresztą, czy dziś trzeba jeszcze jakiegoś autorytetu, kiedy oligarchowie przejmują środki masowego przekazu, więc mogą nas karmić takimi informacjami, jakimi chcą. Nasze społeczeństwo już stało się dwuklasowe. Na szczycie mamy wielkich potentatów, którzy głęboko wierzą, że zdobyli bogactwo dzięki swojemu niezwykłemu geniuszowi. Na dole zaś zwyczajnych ludzi, którzy w przekonaniu technologicznych liderów mają skłonność do popełniania błędów i których najlepiej byłoby zastąpić maszynami czy algorytmami. Maluczkich natomiast nikt o zdanie się nie pyta, co jest głęboko niedemokratyczne (niby mamy demokrację, ale przecież nie wybieraliśmy Elona Muska czy Marka Zuckerberga, aby nami rządzili…). A że władza demoralizuje, to powszechnie wiadomo. (...) moc przekonywania także demoralizuje i sprawia, że ci o silniejszej pozycji rzadziej rozumieją troski innych i mniej ich one obchodzą. Niedostrzeganie przez elity problemów, z jakimi mierzą się zwykli ludzie wynika też z tego, że bogacze ci są już po prostu tak bardzo odklejeni od rzeczywistości - czy wiecie, że wśród członków Kongresu USA nie ma obecnie ani jednego niemilionera??
Za sprawą tej dynamiki powstała już nowa oligarchia wizji - koteria czołowych postaci świata technologii o podobnym pochodzeniu, poglądach, pasjach i niestety także niedostrzegających podobnych problemów. Mowa o oligarchii, (...) która monopolizuje władzę społeczna, ignorując skutki, jakie przynosi to słabym i pozbawionym głosu. O sile tej grupy nie decydują czołgi i rakiety [no nie wiem…], tylko dostęp do korytarzy władzy i możliwość wpływania na opinie publiczną. Oligarchia wizji jest tak przekonująca dlatego, że odniosła ogromny sukces komercyjny. Wspiera ją także sugestywna narracja o dostatku i kontroli nad naturą, która ma nam zapewnić technologia (...). Co najistotniejsze, ci współcześnie oligarchowie potrafią uwodzić wpływowych stróżów opinii publicznej, dziennikarzy, innych liderów biznesu, polityków, naukowców i najróżniejszych intelektualistów.* Oligarchia wizji zawsze znajduje się przy stole i przy mikrofonie, kiedy formułowane są ważne argumenty.
Fascynacja maszynami i “inteligencją” prowadzi nas dziś do inwestowania ogromnych pieniędzy w doskonalenie algorytmów, przy wielkiej niepewności do czego nas to doprowadzi. Firmy technologiczne dążą do tego wszelkimi możliwymi sposobami, ekscytując się możliwościami maszyn, które nie są wcale “inteligentne” (tylko operują na ogromnej ilości danych), a dyskredytując tym samym ludzi, którzy zaczynają czuć się zbędni i jeszcze bardziej niedoskonali, niż kiedyś (tu przytoczmy memową już wypowiedź złotoustego Sama Altmana, który stwierdził, że wychowanie człowieka też zajmuje 20 lat, więc dlaczego czepiamy się czasu i zasobów trawionych na trenowanie AI…). Znowu nie zadajemy sobie w tym wszystkim kluczowego pytania: jaki pożytek z tego będzie miał człowiek - jako ludzkość? Co z tego, że udoskonalimy AI, jeśli przyczyni się to do utraty pracy przez ludzi? Maszyny nie muszą iść na urlop, nie chorują, nie trzeba im płacić; co najwyżej mogą się zepsuć. Człowiek nie jest w stanie z nimi konkurować, lub konkurowanie z nimi sprowadza nas do pracy niewolniczej, jako że “automat (...) jest dokładnym ekonomicznym odpowiednikiem pracy niewolniczej. Każda siła robocza, która konkuruje z niewolniczą, musi akceptować konsekwencje ekonomiczne pracy niewolniczej”. Mitem jest też, że automatyzacja dotyczy tylko najprostszych prac - przeciwnie, możne dotknąć każdego - w XIX wieku pracę tracili przecież wysokowykwalifikowani tkacze, a dziś zagrożone są posady specjalistów wykonujących różnego rodzaju pracę umysłową (a nie pracowników fizycznych). Człowiekiem, który na tym skorzysta będzie tylko właściciel korporacji, ale dla wspólnego dobra, społecznego, będzie miało to fatalne konsekwencje. I czy to jest faktycznie najlepszy sposób na wykorzystanie AI?
Na tym właśnie polega pułapka wizji. Kiedy jakaś wizja staje się dominująca, trudno zrzucić kajdany, które nam zakłada, bo ludzie na ogół wierzą w jej przesłanie. A sytuacja jest oczywiście znacznie gorsza, kiedy wizja wymyka się spod kontroli, bo sprzyja wtedy nadmiernej pewności siebie i zaślepia wszystkich tak, że nie zważają na jej koszty.
Stworzone przez pisarkę Astrę Taylor określenie “fauxtomatyzacja” opisuje sytuację, kiedy kierownicy posługują się wymówką automatyzacji nie tyle w celu pozbycia się siły roboczej, ile zepchnięcia jej na dalszy plan i pozbawienia eksponowanych stanowisk. (...) robotnicy nadal muszą być pod ręką, żeby zapewnić bezawaryjne działanie maszyn. (Krew w maszynie)
Zamiast tworzyć miejsca pracy i możliwości (...) obecna ścieżka AI zwiększa zapotrzebowanie na kapitał, wysoko wykwalifikowanych pracowników, a nawet na wymagające wyższych kwalifikacji usługi (...).Są zatem dwie ścieżki: albo AI pozbawia ludzi pracy, a przynajmniej pozbawia ich satysfakcjonującej pracy, sprowadzając ich do roli wprowadzacza promtów i sprawdzania tego, co wygenerowała AI albo co gorsza, wykonywacza poleceń algorytmu (jak w licznych zawodach tzw. gig economy), albo wymaga od nas "ucieczki do przodu", nabywania wyższych kwalifikacji - co też przecież nie jest opcją dla każdego. W trakcie lektury Władzy i postępu akurat natknęłam się na bardzo adekwatny artykuł, w którym autor zastanawia się, jaką strategię wobec tego przyjąć i opcje widzi tylko dwie: albo ściganie się z AI i podwyższanie kwalifikacji, tak żeby załapać się do tej elity jeszcze bardziej wykwalifikowanych speców, albo w drugą stronę - obniżyć swoje kwalifikacje do pracowników fizycznych... Nie ma natomiast refleksji, że można zakwestionować w ogóle ten absurdalny trend, w którym człowiek jest deprecjonowany przez technologię... Nie mam nic przeciwko bardziej wydajnej pracy, ale nie w sytuacji, kiedy wymaga się ode mnie, żebym konkurowała z maszyną - stworzoną przecież, żeby pewne zadania wykonywać lepiej od ludzi (co prawda w wielu przypadkach nadal się to nie udaje, ale jest to słabe pocieszenie, jeśli pracodawca i tak forsuje tę ułomną automatyzację, a deprecjonuje ludzi). A zmuszanie kogoś inteligentnego i utalentowanego, żeby obniżył swoje kwalifikacje i walczył o przetrwanie, jest po prostu zaprzepaszczaniem jego potencjału i talentów. Tak ludzkość funkcjonowała już dawniej - większość ludzi była tak skupiona na przeżyciu, że nie miała szans się rozwijać i dokładać do rozwoju cywilizacyjnego - stąd postęp był bardzo wolny, tylko nielicznym udawało się wyłamać z tego kieratu. Chcemy powrotu do takich czasów? Bo dziś proponuje się nam technofeudalizm. A nasz ewentualny dalszy rozwój będzie projektować sztuczna inteligencja, pod dyktando oczywiście swoich właścicieli.
Póki co wszystko do tego zmierza. Eksperci od nowych technologii w kółko straszą tym, że AI zabierze nam pracę (i licytują się kto da więcej), ale rozwiązanie tego problemu zrzucają na nasze barki. Nie słychać też zainteresowania rządów, jak sobie poradzić z tą wieszczoną nam "apokalipsą pracy". Radź sobie człowieku sam. Ludzie są tym coraz bardziej zmęczeni i wkurzeni, bo wylogować się z tego systemu na własną rękę jest trudne - z czegoś żyć trzeba. Autorzy kwestionują właśnie takie myślenie: nie możemy przyjąć argumentacji, że powinno się pozwolić technologii rozwijać tak, jak chcą Big Techy, a społeczeństwo będzie to nadrabiać edukacją. Kluczowe jest sprawienie, by pracownicy byli traktowani jako zasób, a nie koszt. I tu ciekawe, bo ekonomiści podważają sensowność powszechnie proponowanych remediów: dochodu podstawowego (BDP), płac minimalnych czy edukacji. Dlaczego? Mówiąc wprost i w skrócie - oznacza to cały czas rozwiązywanie problemu poprzez skupienie się na jego ofiarach, a nie sprawcach. I skazanie większości ludzi w najlepszym razie na wegetację, a nie na dobrobyt.
BDP skłania do takich interpretacji naszego obecnego trudnego położenia, które są błędne i bezproduktywne. Sugeruje, że nieuchronnie zmierzamy w kierunku świata, w którym pracy będzie niewiele, za to będą rosły nierówności między projektantami coraz bardziej zaawansowanych technologii cyfrowych, a reszta, więc jedyne, co można zrobić to głęboka redystrybucja. (...) BDP oznacza defetyzm i godzenie się na ten los. [Podobnie jak robi to autor wzmiankowanego przeze mnie artykułu.] W istocie BDP w pełni “kupuje” wizję biznesu i technologicznej elity mówiąca, że to oni są utalentowanymi, oświeconymi ludźmi, którzy powinni hojnie finansować pozostałych. W ten sposób reszta populacji zostanie spacyfikowana, a różnice stanu pogłębione.
Społeczeństwo i jego wpływowi gatekeeperzy muszą otrząsnąć się z hipnotycznej fascynacji miliarderami z branży nowych techn i przestać ślepo popierać ich dążenia. Debaty na temat nowych technologii powinny koncentrować się nie tylko na błyskotliwości nowych produktów i algorytmów, ale także na tym, czy działają one na korzyść ludzi czy przeciwko nim. O tym, czy technologie cyfrowe należy wykorzystywać do automatyzacji pracy oraz wzmacniania pozycji wielkich korporacji i niedemokratycznych rządów, nie może decydować wyłącznie garstka przedsiębiorców i inżynierów. (...) Społeczeństwo dwuklasowe z wąską elitą i kurczącą się klasą średnią nie stanowi fundamentu dobrobytu ani demokracji.
Gatunek: popularnonaukowa







Komentarze
Prześlij komentarz