Piękni lśniący ludzie

Zaczynam czytać i nagle spływa na mnie spokój. Japonia, Tokio, młody chłopak - Amerykanin, trochę zagubiony w tym mieście pełnym botów i wszelakiego rodzaju udogodnień. Ciągle cierpi na jet lag. Przypadkiem poznaje dwójkę Japończyków, w tym dziewczynę, która oczywiście mu się podoba, i z którą potem wiążą się dalsze wydarzenia. Hipernowoczesność Japonii, wszechobecne technologie, a nawet to, że Tokio to przecież zatłoczone, pędzące miasto - w ogóle nie jest tu odczuwalne. To wszystko jest w tle, bo najważniejsze są relacje, jakie nawiązują się między bohaterami. Wiecie, jak w filmie Lost in translation. Poza tym z tą nowoczesnością splatają się elementy tradycyjnej japońskiej kultury, w tym szintoizm, odwołujące się do dawnej, mitologicznie bardziej “szlachetnej” epoki. 

Niedaleka przyszłość, w jakiej rozgrywa się akcja Pięknych lśniących ludzi oczywiście nie jest sielanką, gdyż dowiadujemy się, że trwa zimna wojna pomiędzy dwoma mocarstwami - USA i Chinami, a działania wojenne polegają głównie na atakach cybernetycznych na wrażliwą infrastrukturę, czy zalewanie świata deepfake’ami, służącymi nie tylko do siania dezinformacji, ale mogącymi też zniszczyć życie każdego z nas. Tak naprawdę nie wiem, czy to jeszcze jest fantastyka, skoro takie rzeczy dzieją się już teraz, a rząd USA nawet się z tym nie kryje. Może tylko różnica między tym, co opisuje Michael Grothaus a naszymi realiami polega na tym, że w książce ludzie nabyli już odporność na tego typu rzeczy, przyzwyczaili się - wiecie, przyzwyczajamy się do wszystkiego, nawet do najgorszego - stali się odporniejsi i nie wierzą już we wszystko co widzą, czy słyszą. To więc jasne ostrzeżenie przed nadchodzącym zagrożeniem, tym bardziej, że kiedy akcja wkracza w te technologiczne rejony, powieść nabiera coraz mroczniejszego charakteru. Robi się też dynamiczniej, coraz bardziej sensacyjnie, już nie wycieczki do domu starców, a zagadka na poły szpiegowska, a Piękni lśniący ludzie z Lost in translation zamieniają się w inny, bardziej fantastyczny film ze stajni Philipa K. Dicka. 

Wszyscy doskonale wiemy, że wynalazki wszelakie mogą być wykorzystywane także do wyrządzania zła, a im bardziej ogólnego użytku jest technologia - tym to zagrożenie rośnie. W tej książce jest to ujęte w bardzo prosty sposób, taki, że jasna staje się odpowiedź na pytanie czemu postęp postępuje w gruncie rzeczy tak wolno - biorąc pod uwagę całokształt naszej historii i przede wszystkim kwestię tego ilu ludziom faktycznie żyje się lepiej. Ano dlatego, że wszystko, co człowiek wynajduje, jest wykorzystywane także (a może nawet częściej) do czynienia zła, do niewolenia ludzi, do przemocy albo chociażby do bogacenia się - z pewnością niewielu naukowców pracuje z takim zamiarem, ale najczęściej się tak to kończy. Nie znaczy to, że powinniśmy zrezygnować z postępu, ale podchodzić do niego ostrożniej -  każdy odpowiedzialny naukowiec powinien zadać sobie pytanie, jakie będą skutki jego odkryć, a nie tylko przeć do przodu, kierowany ciekawością. Właśnie dlatego potrzebne są regulacje, żeby nikt nie musiał decydować o życiu i śmierci innych ludzi (a nawet całej ludzkości) na własną rękę.  

Taki rozwój akcji nie zaskoczył mnie nawet specjalnie, a wręcz przeciwnie - ale podobało mi się jak autor to poprowadził, z jakim wyczuciem przedstawił pewne kwestie, cały czas na pierwszym planie stawiając nie wyścig technologiczny, ale dobro drugiej osoby i jej uczucia. Grothaus wprowadza do zagadnień etycznych związanych ze sztuczną inteligencją i zadaje je zwykłym ludziom, a nie tylko filozofom. Co jeśli sztuczna inteligencja zyska świadomość: jak wtedy odnosić się do bytów nią obdarzonych i czy nadal będziemy mogli je traktować jak jedynie przedmioty. Czy w ogóle jesteśmy na to gotowi? Biorąc pod uwagę ludzki szowinizm gatunkowy oraz naszą organiczną niezdolność do akceptacji odmienności, uważam, że bardzo trudno byłoby ludziom przejść tę barierę, opierającą się na założeniu, że istnieje tylko jedna “właściwa” forma życia (czyli nasza, oparta na węglu i biologicznej ewolucji), a nawet że jest tylko jeden gatunek, którego życie jest godne szacunku (a i to nie zawsze). Tak samo niespecjalnie radzimy sobie z dylematami typu "dylemat wagonika", bo przeszkadzają nam w tym nasze typowo ludzkie słabości, co też widać w finale powieści. Dla głównego bohatera - pała z tego zadania. 

Nie jest to powieść japońska, tylko amerykańska, zatem pokazanie USA w tak złym świetle może dziwić - choć wiemy doskonale, że taka właśnie jest brutalna prawda. Stany Zjednoczone są tu Darthem Vaderem, a nie rycerzem Jedi  i od razu wiadomo, że jeśli na scenę wkroczy jakaś korporacja amerykańska, to tylko po to, żeby zgarniać kasę, a nie żeby zadbać o problemy świata. Nikt nie ma co do tego złudzeń, główny bohater, który jest przecież Amerykaninem - też nie. Niestety uderza konstatacja, że kiedyś mieliśmy rywalizację mocarstw, ale jedno z nich było dobre, dbające o demokrację, przestrzeganie praw człowieka, itp. (przynajmniej teoretycznie). Dziś jesteśmy świadkami, jak ten ład się wali i znaleźliśmy się między młotem a kowadłem. 

Widzicie więc, że Piękni lśniący ludzie nie mają nic wspólnego z tym trendem na azjatyckie otulacze, tzw. comfort books o kawiarniach, księgarniach i kotach, których teraz jest pełno. Choć zaczyna się faktycznie tak, że czytający ma poczucie bycia otulonym ciepłym kocykiem i w momencie kiedy do tej spokojnie płynącej opowieści włączają się niepokojące elementy geopolityczne, pomyślałam sobie, że szkoda. I to jest niesamowite, że autorowi udało się połączyć spokój, harmonię, za pomocą odwołania się do elementów japońskiej kultury i tradycji (bohater odwiedza np. japońskie zabytki, w tym Hiroshimę), z niepokojącą wizją przyszłości, opartej na technologii i walką o to, komu te technologie będą służyć. Z własnego doświadczenia wiem, że Japonia może wywierać właśnie takie wrażenie na przyjezdnym z Zachodu. Wydaje się, że Japonia jest tak o kilkadziesiąt lat do przodu w stosunku do nas. Dużo rzeczy jest innych, dużo dziwi, ale też zachwyca z punktu widzenia takiej organizacji społeczeństwa, by ułatwić ludziom funkcjonowanie. Znajdziemy tu rozwiązania, o których nikt u nas nie myśli - i można zadać sobie pytanie "czemu". Można też odczuć szacunek, z jakim ludzie się traktują i nacisk na wspólnotę. Negatywne aspekty tamtejszej kultury, jak sztywny gorset obyczajów są dla cudzoziemca na pierwszy rzut oka mniej widoczne. Tak też odebrał Japonię mój bratanek, który w ubiegłym roku odwiedził ten kraj i wrócił zachwycony. Tak książka na pewno by mu się podobała - gdyby tylko czytał książki… 

Zatem książka wyciszająca, skłaniająca do refleksji, a jednocześnie nie pozbawiona akcji i emocji. Bardzo ciekawe połączenie! 

Metryczka: 
Gatunek: powieść fantastyczna 
Główni bohaterowie: John, Neotnia 
Miejsce akcji: Japonia 
Czas akcji: nieodległa przyszłość
Ilość stron: 472
Moja ocena: 5,5/6
 
Michael Grothaus, Piękni lśniący ludzie, Wydawnictwo StoryLight, 2024

 

Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później