Wielki Zrównywacz
Po monumentalnej pracy Thomasa Pikettyego o nierównościach ekonomicznych i ideologiach, czytanie kolejnego tomiska w tym temacie wydaje się nadmiarowe. Okazuje się, że Wielkiego Zrównywacza można traktować i jako uzupełnienie, i trochę polemikę z Pikettym. Oczywiście - rację ma Piketty, pisząc o tym, jak ideologie wspierały podtrzymywanie nierówności (lub mogły służyć jako narzędzie do ich niwelacji), tylko od czegoś się to musiało zacząć. Co było pierwsze: ideologia, czy raczej nierówności? Warto zauważyć, że Wielki Zrównywacz powstał po publikacji przez Piketty’ego Kapitału w XXI wieku (i autor powołuje się często na tę pracę), natomiast przed Kapitałem i ideologią.
Podczas gdy Piketty zaczyna swoją analizę od średniowiecza, Walter Scheidel sięga znacznie dalej, bo do pierwszych cywilizacji i do społeczeństw w praktyce prehistorycznych. Analizuje m.in. Chiny przed naszą erą, starożytną Grecję czy Rzym. Wiemy, że w Cesarstwie Rzymskim nierówności były bardzo duże, z kolei “kolebka demokracji” czyli Państwo Ateńskie była państwem dość równościowym. Jednym z nielicznych zresztą. Przegląd, jakiego dokonuje Scheidel prowadzi do wniosku, który wysnułam przy lekturze Kapitału i ideologii: że nierówności cechowały nasze społeczeństwa zawsze, że mają wręcz charakter endemiczny. Historyk pisze, że zaczęło się w momencie kiedy ludzkość przeszła na osiadły tryb życia, sprzyjający gromadzeniu dóbr - choć oczywiście brak danych, pokazujących jak to wyglądało w tak zamierzchłych czasach. W każdym razie zawsze byli jacyś ludzie, którym udawało się zgromadzić więcej dóbr od innych, a następnie uruchomić efekt śnieżnej kuli powodujący kumulację tych dóbr i powiększanie sie luki ekonomicznej między bogatymi a biednymi. W dawnych społeczeństwach nie było żadnej klasy średniej tak naprawdę. Scheidel opisuje mechanizmy gromadzenia majątku w dawnych czasach, na które miała oczywiście wpływ specyfika danego kraju - warunki gospodarcze, polityka, ideologia, i, cóż, raczej te mechanizmy nie opierały się na “ciężkiej pracy” i osobistych przymiotach bogaczy, jak to lubi się nam wmawiać. Weźmy XVIII-wieczne Chiny:
Gentry i byli urzędnicy często w ogóle nie płacili podatków, zaś aktywni funkcjonariusze przerzucali obciążenia na zwykłych mieszkańców w zamian za udział w zyskach.
Czy cokolwiek się w tej materii zmieniło? W 2019 roku podczas debaty w Oxford Union, pisarz Anand Giridharadas tak wypowiedział się o grzechach bogatych osób:
"Ci ludzie znajdują nowe, sprytne sposoby, by płacić innym jak najmniej. Zatrudniają ich na śmieciowych warunkach, czyniąc z nich prekariuszy. Unikają płacenia podatków. (...) Ukrywają biliony w rajach podatkowych. Lobbują na rzecz takich reguł politycznych, ktore nie chronią publicznego interesu. W rzeczywistości interes publiczny traci, a oni się bogacą. Tworzą monopole, które duszą konkurencję. Powodują problemy społeczne, by osiągnąć zysk”.
Nie zapominajmy o przejmowaniu i monetyzowaniu kolejnych obszarów naszej planety i naszego życia oraz o zawłaszczaniu cudzych pomysłów. Nikt do ogromnego majątku nie dochodzi sam - potrzebne jest nie tylko wsparcie innych ludzi (kapitał społeczny), ale i system sprzyjający kumulacjom majątkowym. Bill Gates polemizował z Pikettym, wskazując, że w USA nie ma zbyt wielu dziedzicznych fortun, bo te stare pieniądze zniknęły przez niestabilność, inflację i podatki. To fakt, ale USA na II wojnie się wzbogaciły, a dzisiejsze fortuny powstały dzięki obniżeniu najwyższych stawek podatkowych oraz wykorzystaniu osiągnięć publicznych inwestycji.
Scheidel rozważa co sprawia, że nierówności maleją - i tu też dostajemy historyczny przegląd z różnych stron świata, nie tylko Europy. Autor stawia tezę, że do zrównania ekonomicznego potrzebna jest albo wojna, albo rewolucja, albo upadek państwa, albo zaraza… Przy czym, jeśli się nad tym zastanowić, to pierwsze trzy czynniki często się ze sobą łączą (wojny światowe pociągnęły za sobą rewolucje, upadek państwa też może być spowodowany wojną czy rewolucją, choć nie tylko). Jednak nie każda wojna przyczynia się do zmniejszania nierówności - czasem wręcz je pogłębia, jeśli część ludzi bogaci się wskutek grabieży czy spekulacji - i też nie każda epidemia tak działa. Dawne wojny miały niewielki potencjał “wyrównujący”, trzeba było do tego wojny totalnej, takiej jak pierwsza i druga wojna światowa. Emblematycznym przykładem zrównywacza jest natomiast średniowieczna pandemia dżumy, której wpływ był tak głęboki, że przyczyniła się do przebudowania w zasadzie całego systemu gospodarczego w zachodniej Europie. Liczy się więc skala. Jednak tym samym
Zauważalny wzrost warunków życia ludności pracującej miał swoje korzenie w cierpieniu i przedwczesnej śmierci dziesiątków milionów na przestrzeni kilku pokoleń.
Wnioski, płynące z tej lektury są bardzo ponure. W przeszłości zmniejszenie nierówności zachodziło zawsze przemocą i musiało dojść do naprawdę dużych szkód i wielu ofiar, by to “zadziałało”. Po drugie, nawet po takim zrównaniu - po jakimś czasie następuje odbicie - i nierówności znowu rosną. Wygląda to wręcz na naturalne prawo historii, zatem współczesny trend nie jest niczym dziwnym. W okresie powojennym bogatym zaordynowano bardzo wysokie podatki dochodowe i majątkowe, które potem były jednak sukcesywnie obniżane, co rozpoczęło kolejny cykl kumulacji bogactwa, w jakim teraz się znajdujemy. Zatem nie wypracowaliśmy do tej pory trwałych metod by umowa społeczna była bardziej sprawiedliwa. O tym właśnie dużo się obecnie mówi, Scheidel też zastanawia się, czy możliwe jest, aby do zrównania ekonomicznego doprowadzić bardziej pokojowymi metodami, m.in. takimi, które proponują ekonomiści. I tu taki paradoks: historycznie momenty zrównywania były związane raczej z kryzysami, gospodarczymi i nie tylko, a kumulowaniu bogactwa sprzyjał pokój (co też potwierdza współczesność), natomiast dziś jedną z lansowanych recept na zmniejszenie nierówności ma być rozwój gospodarczy… Tymczasem dane empiryczne wcale nie potwierdzają, że ten ostatni ma potencjał wyrównujący - zwłaszcza jeśli pozbawiony jest mechanizmów redystrybucji. Czyżby więc mydlono nam oczy tym rozwojem? Badania wskazują natomiast na odwrotną zależność - nierówności hamują wzrost gospodarczy. Również demokracja niekoniecznie ma jakiś realny wpływ na zrównywanie ekonomiczne, edukacja też nie. Wiele osób zadaje sobie pytanie - czy jest jakaś granica, do jakiej mogą wzrosną nierówności - na co również probuje odpowiedzieć Scheidel.
Widzę więc to tak, że te dwie książki - Kapitał i ideologię oraz Wielkiego zrównywacza trzeba czytać razem. Wydaje mi się, że Wielki Zrównywacz jest neutralny światopoglądowo - Scheidel po prostu prezentuje fakty i dane, a w ogóle nie zajmuje się ideologiami i posługiwaniem się nimi by uzasadniać nierówności (tę lukę wypełnia właśnie Piketty). Nie wskazuje też na ideologie jako na czynniki prowadzące do zrównania. Ale czy wojny nie były motywowane ideologicznie, a nierówności nie prowadziły do wojen? Większość przeszłych wojen nie przysłużyła się biednym, ale zastanawia mnie brak stanowiska autora odnośnie do ewentualnego związku przyczynowo-skutkowego lub jego braku między ogromnymi nierównościami pod koniec XIX wieku a wybuchem dwóch wojen światowych. Wydaje mi się to istotne, biorąc pod uwagę jak często te dwie kwestie są ze sobą łączone. Acz po dłuższym namyśle zastanawiam się, czy narracja o tym, że zrównanie ekonomiczne okupione jest zawsze (przynajmniej jak dotąd) wielką liczbą ofiar - nie jest de facto zniechęcaniem do dążenia do niego (i jakimś prawicowym odchyleniem). Szczególnie, jeśli historia pokazuje, że na kataklizmach dziejowych bogaci tracą znacznie więcej niż biedni, podczas gdy intuicyjnie czujemy, że zawsze to biedni są najbardziej poszkodowani, bo mają mniejsze szanse ochrony. Nie ma w tym sprzeczności - po prostu bogaci tracą głównie pieniądze, biedni tracą życie… Scheidel stawia nas więc przed dylematem, czy na pewno chcemy by doszło do kolejnego wyrównania, jeśli cena miałaby być tak wysoka. Stąd już niedaleko do wniosku, jakim przecież całe wieki posługiwały się elity, że nierówności stanowią naturalny porządek świata, a próba ich przezwyciężenia prowadzi do zamordystycznych komunistycznych ustrojów. I tu na scenę wkracza ideologia. Trzeba pamiętać, że owa “naturalność” wynika z tego, że bogaci zyskują środki i władzę, by podtrzymywać swoje przywileje. Teoretycznie więc można ripostować, że taką politykę można zmienić. Tyle tylko że do takiej zmiany trzeba woli politycznej, a ta wola najczęściej przychodzi dopiero pod przymusem. Tak jak dziś - mimo coraz większej liczby głosów dotyczących potrzeby opodatkowania najbogatszego 1% - nie widać, by rządy realnie kwapiły się do wdrożenia tych pomysłów, a wręcz przeciwnie - wprowadzane są pomysły dalszej deregulacji, sprzyjające gromadzeniu majątków. Polityka klimatyczna też jest odkładana tak długo, dopóki ludzkość nie zostanie do niej zmuszona wskutek jakiegoś ogromnego kataklizmu, zmian, których nie będzie można już dłużej ignorować (lub wyczerpania się paliw kopalnych). O ile więc Piketty jako współczesny ekonomista wskazuje na to, że możemy obecne nierówności przezwyciężyć poprzez odpowiednią politykę, tak konkluzje Scheidela płynące z historii są znacznie mniej optymistyczne.
Czy pozostaje nam więc tylko pogodzić się z realiami i mieć nadzieję, że bogaci będą dla nas łaskawi? Ale czy zostawienie spraw własnemu biegowi, nie doprowadzi do kolejnej ogólnoludzkiej katastrofy?Dość zabawne (choć nie wiem czy to właściwe słowo) w tym kontekście, wydały mi się końcowe dywagacje autora na temat tego, czy wspólcześnie mogą wejść do akcji ci czterej jeźdźcy apokalipscy. Historyk, który ma ogląd na to, co się działo w przeszłości, nagle traci tu obiektywizm i do przyszłości przykłada zupełnie inną miarę, trochę życzeniową i sprzeczną z tym, co się dzieje na świecie. Powrotem faszyzmu i militarnej retoryki (weźmy np. ostatni manifest Palantira, w którym technofaszyści nawołują do powszechnej mobilizacji - po co?). Jednak Scheidel nie dowiódł ewentualnego związku przyczynowo-skutkowego lub jego braku między ogromnymi nierównościami pod koniec XIX wieku a wybuchem dwóch wojen światowych, co wydaje mi się istotne, biorąc pod uwagę jak często te dwie kwestie są ze sobą łączone. Pandemie są rzecz jasna zupełnie niezależne od naszych przewidywań i poczynań (z wyjątkiem możliwości bioterroryzmu). Dla mnie najistotniejsze jest tu zignorowanie wpływu zmian klimatycznych oraz walki o zasoby, acz Scheidel na sam koniec przyznaje, że to może faktycznie przyczynić się do wojen czy katastrof naturalnych.
Wielki Zrównywacz to praca historyczno-ekonomiczna i to praca mocno naukowa, poparta solidnymi źródłami. Autor posługuje się dla zilustrowania nierówności wskaźnikiem Giniego, a w całej książce dominuje ekonomiczna nomenklatura i mocno formalne słownictwo, poparte dużą ilością danych liczbowych. Nie jest to na pewno lektura do poduszki (chyba że szukamy usypiacza)... Dość powiedzieć, że znalazłam tu tylko jedno (!) luźniejsze zdanie, w którym autor pozwala sobie na osobistą anegdotę. Szczerze mówiąc to Kapitał i ideologię czytało mi się dużo lepiej, niż tę książkę, co może brzmieć dość nieprawdopodobnie. I przydałaby się jednak solidniejsza korekta, bo pal licho literówki, ale niektóre błędy wpływają na merytorykę - np. różnica między liczbą 400 a 400 000 jest zasadnicza.
Metryczka:
Gatunek: historia/ekonomia
Gatunek: historia/ekonomia
Główny temat: nierówności
Miejsce akcji: cały świat
Czas akcji: od starożytności do nadal
Ilość stron: 710
Moja ocena: 4,5/6
Walter Scheidel, Wielki Zrównywacz. Przemoc i historia nierówności od epoki kamienia do XXI wieku, Wydawnictwo Glowbook, 2025







Komentarze
Prześlij komentarz