Mocarstwo z przypadku

Petera Zeihana wyobrażam sobie jako zadowolonego z siebie jegomościa, siedzącego w fotelu z cygarem i kieliszkiem wina, i wodzącego ze złośliwym uśmieszkiem po mapie: ten kraj upadnie, ten zubożeje, a tu będzie wojna. A tak poza tym “po co Kanada w ogóle istnieje?”. Przyznacie, że takie dywagacje nie są przyjemne, zwłaszcza jak się jest częścią tego rozpadającego się świata, a nie “mocarstwa z przypadku” i trudno wobec czegoś takiego pozostać obiektywnym. Nie lubię determinizmu, w tym tego geograficznego - fakt, że spora część naszej historii kształtowana była właśnie przez geografię, ale to tylko połowa historii, a ludzie pokazali też, że mogą przezwyciężyć względy geograficzne. Dlatego mocno się zastanawiałam, czy tę książkę w ogóle czytać, jeszcze biorąc pod uwagę, że została ona napisana ponad 10 lat temu, co w polityce jest szmatem czasu - więc co najwyżej można sobie zweryfikować, na ile przewidywania autora się sprawdziły. Tu na plus, że książka została jednak zaktualizowana. 

Zeihan bez wątpienia nie jest zwolennikiem wciskanej nam tezy, że “żyje się nam lepiej, niż kiedykolwiek i będzie tak dalej”. Wszystkie powieści fantastyczne temu przeczą, lubując się w dystopijnych wizjach, a Zeihan kreuje taką dystopię w realu. Układ z Breton Woods gwarantował światu jako taką sprawiedliwość i redystrybucję dóbr, zatem jego prognozowany upadek to zła wiadomość dla większości ludzi na tej planecie. Właściwie wszystkie kraje na świecie czeka marny los, poza USA, krainą mlekiem i łupkami płynącą. Bogaty kraj biednych ludzi. Nie pozostaje nic, tylko się spakować i wyjeżdżać do Stanów, nie czekając aż Europa umrze - może będziesz biedny i będziesz mieszkać w kamperze, ale przynajmniej będziesz bezpieczny.  Tę swoją pozycję USA zawdzięczają właśnie geografii - więc po prostu im się pofarciło (i stąd ten przypadek w tytule) - ale w sumie należy zadać sobie pytanie, czemu na ziemi o tak wspaniałych warunkach nie powstała wcześniej jakaś wielka cywilizacja, tylko trzeba było czekać na Europejczyków? Nie da się zresztą nie zauważyć, że Zeihan pisze o tym tak, jakby w Ameryce rdzennych ludzi nie było, jakby były tylko puste ziemie, które czekały, żeby je sobie wziąć. Taka moja dygresja. Można domyślać się, że Zeihan najlepiej zna się na swoim własnym kraju, ale w sumie wszyscy wiedzą, że Ameryka jest wielka, samowystarczalna, leży daleko za wodą i nie ma takiego gupiego, kto chciałby ją atakować. Więc w sumie Ameryki autor nie odkrywa ;) Co do opisu warunków geopolitycznych reszty świata, to tu byłabym sceptyczna: jak czytam głupoty w stylu, że w tamtych czasach wszelkie osadnictwo, w którym uprawiało się rolę, opierało się przede wszystkim na myślistwie i zbieractwie, albo te wywody Zeihana o Niemczech, zwłaszcza dawnych, które jakoby były zagrożone na wszystkich frontach (a Polska na nich żerowała!) - tylko, że to Niemcy atakowały wszystkich dookoła, a nie na odwrót, czego dowodem jest sześć ostatnich wojen w Europie, licząc od II wojny światowej wstecz. W stosunku do Polski, co w sumie interesuje nas najbardziej, to autor nie może się zdecydować - czy będzie stabilnie, czy też nasza sprawa jest “beznadziejna”

Zwróciłam uwagę na temat demografii, bo w sumie ta kwestia rzadko jest podnoszona w analizach politycznych. Trendy demograficzne faktycznie trudno zmienić (a jak się kończy manipulowanie nimi, to można poczytać w reportażu Chiny jednego dziecka) - a o ile narzekania na depopulację się słyszy, to rzadko w tych rozważaniach bierze się długofalowe konsekwencje dla gospodarki i polityki. Zeihan o demografii rozprawia wręcz z obsesją, o dziwo nie obwiniając za spadek urodzeń złych feministek (i kobiet w ogóle). Sporo jest tu o Chinach, Europie też, zastanawia pominięcie w tych prognozach Afryki, która jest “młoda i prężna”. Ale może zbyt biedna, żeby miało to znaczenie? Brakowało mi wyjaśnienia czemuż to trendy demograficzne w USA są inne, niż w całej reszcie krajów rozwiniętych.  

Jednak jest tu sporo kwestii, których autor nie bierze pod uwagę w swoich prognozach przyszłości: przede wszystkim ekologia i zmiany klimatyczne - tak, jest kilka stron poświęconych temu tematowi na samym końcu książki, a tak, w głównej części nie ma na ten temat ani jednej wzmianki, bo autor całe funkcjonowanie świata opiera o ropę, a w transformację energetyczną "nie wierzy". Czy słusznie, czy nie? Ale jeśli ktoś, kto ma się za eksperta zaczyna od zdania, że właściwie to nie wiem, czy człowiek oddziaływuje na klimat, czy nie - to ja już wiem, co będzie dalej. Dalej jest zachwycanie się dziurawieniem całych Stanów w poszukiwaniu gazu z łupków, bez najmniejszej wzmianki rzecz jasna, o kosztach ekologicznych. Zgodnie z całościową tezą książki, Zeihan oddziaływanie zmian klimatycznych na USA marginalizuje, co jest wkurzające także dlatego, że to głównie USA są za te zmiany odpowiedzialne (i tego poczucia odpowiedzialności rzecz jasna próżno tu szukać). Kolejne kwestie: technologia, w tym AI. Metale ziem rzadkich. Upadek demokracji w USA i w ogóle sytuacja wewnętrzna USA. Cóż, to wszystko są rzeczy, które nie zmienią świata na lepsze. Zastanawia też bardzo aż takie lekceważenie Chin przez Zeihana - autor wyłuszcza swoje powody i są one przekonujące, dają one na pewno szersze spojrzenie na Chiny, niż współczesna narracja, skupiająca się na rosnącej potędze Chin. No ale autor słowem nie wspomina o chińskim rozwoju technologicznym, o systemie kontroli ludności, ani o tym, że wojsko chińskie już wcale nie jest takie słabe. 

To jest w ogóle cecha tej książki, że autor w swoich przewidywaniach idzie bardzo konwencjonalną drogą, opartą na kapitalistycznym myśleniu: geografia, transport morski, ropa, konsumpcja, obrót pieniędzy, a nie przychodzi mu do głowy, że świat może odbić w zupełnie inną stronę, nie musi podążać tym torem. Że kapitalizm nie musi być wieczny, łupki kiedyś też się skończą, a każde imperium kiedyś upada. Albo że na przykład spowolnienie gospodarki i deglobalizacja to jest coś, co naszej planecie wyjdzie na dobre (choć ludzie póki co nie mają ani pomysłu, ani ochoty, żeby to wdrożyć). Ceną za układ Breton Woods było przecież urządzenie świata po amerykańsku: konsumpcjonizm, auta zamiast kolei, nuklearny model rodziny, amerykańskie technologie... - i kryzys klimatyczny, w jakim się teraz znaleźliśmy. A może jakieś państwo wystrzeli się w kosmos? A może w ogóle anihilujemy planetę, bo w sumie do tego to zmierza, zwłaszcza jeśli będziemy zachowywać się tak, jak to widzi Zeihan. Więc można myśleć, że takie wizje są "przecież realistyczne", ale mogą być też częścią propagandy, kształtowania wizerunku jakiegoś kraju jako niezwyciężonego, forsowania jakichś scenariuszy. I właśnie takie odniosłam wrażenie: jest to książka będąca propagandą USA.  

Czy hegemon zagubiony, czy z przypadku, ale obecna polityka Trumpa wpisuje się w te prognozy, to fakt. Powiedziałabym nawet, że jest jeszcze gorzej: Ameryka dziś wycofuje się z pewnych obszarów, ale jednocześnie sieje chaos i destabilizuje sytuację na świecie, co sprawia, że raczej wszyscy się od niej odsuwają, niż przysuwają. Jeśli gwarant twojego bezpieczeństwa atakuje swojego sąsiada, wiedz, że masz problem. Jak zresztą Zeihan sam przytomnie zauważa: 

Co innego przecież zapisywać się do kraju, na którego czele stoi mało czym zainteresowany Barack Obama albo wiecznie zdezorientowany George W. Bush. Gdy jednak za sterami stoi dość “barwny” (...) Donald Trump, każdy się trzy razy zastanowi, czy aby na pewno chce do tej ekipy dołączać.  

Trump zmienił najbliższych sojuszników USA we wrogów. Z Kanadą na czele… Z Danią też jakoś nie wyszło… 

Geopolityka była kojarzona przez lata z militaryzmem i ideologiami odpowiedzialnymi za dwie wojny światowe. Dlatego jej unikaliśmy. A teraz znów wraca do łask. Kapitał i drapieżny kapitalizm znowu tak urósł w siłę (dzięki ostatnim latom neoliberalizmu i globalizacji), że już nie musi się krygować, oglądać na jakieś prawa człowieka, tylko może - starym dobrym sposobem - dzielić i rządzić siłą. Mamy więc XXI wiek, gdy tymczasem tego typu polityka, jak uprawiana przez Trumpa i opisywana przez Zeihana, traktuje ostatnie lata pokoju, rozwoju i współpracy, jako aberrację. Czytając Mocarstwo z przypadku czułam się, jakbym cofnęła się do XIX wieku, bo też do tych realiów chce nas cofnąć amerykański turbokapitalizm. Brak u autora też jakiegokolwiek namysłu, że to nie jest tylko wodzenie palcem po mapie, ale rozprawiamy o losach miliardów ludzi - w większości bezradnych wobec tego, co zgotują im politycy. W ogóle nie cierpię takiej postawy, kiedy ktoś z własnej bezpiecznej pozycji rozstawia innych po kątach. Tym bardziej, jeśli przy okazji sobie śmieszkuje, żeby styl był bardziej luźny i po amerykańsku przystępny... Więc jeśli Zagubiony hegemon, o którym ostatnio pisałam, serwował nam wyważony ton i brak negatywnych emocji - tak w przypadku Mocarstwa z przypadku jest wręcz odwrotnie. Czyta się to jak thriller, gdyż człowiek zastanawia się, jak bardzo źle w tej układance wypada jego własny kraj. Nie jest to przyjemna myśl, ani przyjemna lektura. Mimo licznych niedociągnięć autora książka zasiewa w głowie niepokój. Rzecz jasna, rzeczywistość jest jaka jest, niezależnie od tego, czy nam się podoba, czy nie. Prognozy jednak to już inna rzecz - mogą się sprawdzić, albo nie. Można się pocieszać, że przewidywania przeróżnych analityków mają sprawdzalność mniej więcej taką, jak rzut monetą. Dlatego dla świętego spokoju lepiej Mocarstwa z przypadku nie czytać, zwłaszcza jeśli ktoś niepokoi się bieżącymi doniesieniami ze świata. Wierzcie mi, nieprzeczytanie jej zaliczyć należy do kategorii ROMO (relief of missing out). A que sera - sera. 

Metryczka: 
Gatunek: publicystyka
Główny temat: geopolityka i nasza przyszłość
Miejsce akcji: cały świat
Czas akcji: od Kolumba (mniej więcej) po czasy współczesne
Ilość stron: 600
Moja ocena: 4/6 
 
Peter ZeihanMocarstwo z przypadku. Nadchodząca era amerykańskiej dominacji i nieładu światowego, Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2025


Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później