Los zawsze wygrywa. Większość bogów rzuca kośćmi, ale Los gra w szachy i nikt się nie orientuje - dopóki nie jest za póżno - że przez cały czas miał dwie królowe. Los wygrywa. Przynajmniej taka panuje opinia. Cokolwiek się zdarzy, ludzie potem mówią, musiało być zrządzeniem Losu. - Ciekawe czasy
Oh, i jaki okrutny był Los dla Terry’ego Pratchetta: postanowił zaatakować i zniszczyć to, co dla tego pisarza było najcenniejsze, to, co definiowało i było narzędziem jego pracy, co dało mu sławę, czyli wspaniały, kreatywny umysł, któremu tworzenie przychodziło w dodatku z niezwykłą łatwością. Ilekroć myślę o tym pisarzu, nie potrafię pozbyć się tej myśli. Okrutne i paradoksalne. Coś ty Boże sobie myślał, zsyłając na Terry’ego ten krzyż?? I to tak wcześnie. W dodatku jego przypadek świadczy o tym, że nawet “ćwiczenie mózgu”: intensywna praca umysłowa, czytanie, pisanie, tworzenie - nie chroni przed tym paskudztwem, jakim jest alzheimer. Co jest mocno niepokojące.
Terry Pratchett pobił wszelkie brytyjskie rekordy poczytności w latach 90-tych XX wieku, a prześcignęła go tylko J.K.Rowling. Stworzył jedyny i niepowtarzalny, i kultowy już Świat Dysku - powieści pełne magii, absurdu i humoru. W Świecie Dysku znajdziemy też inteligentne bon moty, refleksje dotyczące ludzkiej natury (zasadniczo ludzkiej głupoty), konstruktów społecznych, polityki i ideologii. Dla mnie te powieści są lekiem na takie momenty, kiedy naprawdę jest źle - bo pozwalają przenieść się do jakiegoś świata tak diametralnie różnego od naszej rzeczywistości, zarazem stanowiąc odpowiedź na pytanie “czemu jest tak wujowo” i jak sobie z tym poradzić. Ja bym porównała ten rodzaj kreacji, jaki cechuje twórczość Pratchetta do innego arcydzieła absurdu i groteski - Mistrza i Małgorzaty. Rob Wilkins wspomina, że jak Świat Dysku przemawia do Europejczyków różnych nacji, tak nigdy nie zawojował USA (podobnie jak wielu twórców europejskich, w tym brytyjskich) i moim zdaniem to właśnie dlatego, że to uniwersum, z typowo brytyjskim humorem, jest zbyt abstrakcyjne i wyrafinowane jak na amerykańską umysłowość. Także próby współpracy z Hollywood przy adaptacjach filmowych spaliły na panewce. I całe szczęście.
Do słowa pisanego Pratchett, klasycznie, zapałał już w dzieciństwie, więc łączy go wspólnota doświadczeń z wszystkimi molami książkowymi - czym rzecz jasna od razu zyskał sobie moją sympatię:
Wszyscy wiemy, jak to działa. Człowiek zaczyna od wypożyczenia kilku ksiązek z biblioteki albo od swojej babci i jest przekonany, że nad wszystkim panuje, że sobie radzi (...). Potem ani się obejrzy, a zaczyna kupować używane książki w antykwariatach, płacić za nie własnymi pieniędzmi i zabierać do domu, żeby mieć na własnośc, a nawet stawiać na półce w swoim pokoju. W tym punkcie najczęściej jest już po wszystkim i zanim człowiek się obejrzał, znalazł się na najlepszej drodze do całkiem nowych książek i do uzależnienia na całe życie.
Z tej biografii dowiemy się przede wszystkim, jak pracował Terry Pratchett, jakie miał podejście do życia, do swoich książek i całego tego uniwersum, a także do pieniędzy, jakie dzięki niemu zarobił. Poznamy go od “wewnątrz” - od strony Katedry, czyli pracowni oraz szerzej - domu, oazy, jaką sobie w nim stworzył, małych dziwactw, upodobania do kapeluszy, tego, co kochał poza pisaniem. Okazuje się, że był człowiekiem ciekawym życia, kochał nie tylko majsterkowanie i technikę, ale i świat przyrody - i hojnie łożył na organizacje zajmujące się ochroną tejże. Pod koniec życia otrzymał tytuł szlachecki, nie wspominając o licznych naukowych tytułach honoris causa. Nie dowiemy się natomiast z czego pisarz brał pomysły na swoje książki - bo to właśnie jest największą tajemnicą takich umysłów. My, którzy nie dysponujemy taką wyobraźnią, możemy to tylko podziwiać. I choć Pratchett był wyjątkowo płodny - cykl Świata Dysku liczy sobie ponad 40 pozycji, a do tego dochodzą jeszcze powieści spoza tego cyklu - to i tak znowu czytelnika ogarnia żal i gniew na myśl, ile ten autor mógł jeszcze napisać, gdyby nie zabrała go przedwcześnie choroba. Szczęście w nieszczęściu, że zostaje wśród nas dzięki temu, co zdążył napisać.
Nie przypominam sobie biografii, którą czytałoby mi się tak dobrze, tak zasadniczo odmienną od wszelkich biografii pisarzy zwłaszcza, na ogół nużących - może tylko genialną biografię Steve’a Jobsa (też przedwcześnie zmarłego). Książka napisana przez Roba Wilkinsa bardziej przypomina powieść, a przeczytałam ją w zasadzie ciurkiem, w jedną sobotę. Nic dziwnego, jeśli weźmiemy pod uwagę, że biografia ta nie opiera się na jakichś “niezależnych źródłach”, ale jest relacją jednej z najbliższych Pratchettowi osób, czyli jego asystenta, który współpracował z pisarzem przez ok. 20 lat. Więc są to bardziej wspomnienia przyjaciela - zresztą przygotowane w dużej mierze jeszcze razem z Pratchettem, niż jakiegoś niezależnego obserwatora (tłumaczył natomiast tę biografię Piotr Cholewa - tłumacz powieści Pratchetta na j. polski). I taki też ton ma ta biografia: ciepły, przyjacielski, z pratchettowskim vibem. Życie Pratchetta potraktowane raczej przez pryzmat anegdot, niż odtwarzania wszystkich szczegółów z kronikarską drobiazgowością. Rzecz jasna wizerunek pisarza jest bardzo pozytywny, ale jest to biografia pisana na klęczkach. I tym czytelnikom, którym wydaje się, że pisarz będzie "miłym dziadkiem" (sic! - takie rzeczy to tylko na Lubimy Czytać), albo że komik musi być także wesoły w życiu codziennym, a twórczość pisarza odzwierciedla jego osobowość (i poglądy) może się to nie spodobać. Dla mnie oczywiste jest, że żaden człowiek nie jest idealny, a bycie twórcą oznacza bardzo często zmaganie się ze swoimi demonami, życie we własnym świecie i niespecjalne przystawanie do świata zwykłych ludzi i ich oczekiwań. Nie znajdziecie tu z kolei żadnych rozkmin rozbierających Świat Dysku na części pierwsze, nadającym tym powieściom jakieś wydumane interpretacje - nic z tych rzeczy. I dlatego też, do przeczytania tej biografii absolutnie nie jest konieczna znajomość wszystkich dzieł Pratchetta - wystarczy wiedzieć, na czym polega ich specyfika.
Nie pominął natomiast Wilkins tego ciężkiego tematu, jakim była choroba i patrzenie na to, jak Pratchett gaśnie nie tylko jako człowiek, ale i jako genialny pisarz. Trzeba dodać, że po otrzymaniu fatalnej diagnozy Pratchett nie złożył broni. Nie tylko nie przestał pisać, ale zaczął udzielać się na rzecz możliwości odejścia z godnością (do czego w większości krajów nie daje się ludziom prawa), ale także poszukiwania leku na choroby degeneracyjne mózgu. Mimo tego, że te choroby dotykają coraz więcej ludzi, jako że społeczeństwa się starzeją - i wszystkich nas one przerażają, to na badania nad nimi poświęca się zadziwiająco mało środków. Ten ostatni rozdział naprawdę rozwalił mnie emocjonalnie.
Kiedy masz raka, to walczysz z chorobą, stwierdził Terry. Kiedy masz alzheimera, jesteś starym pierdzielem.
Cóż, Terry Pratchett na pewno nie był “starym pierdzielem” (choć co poniektórzy taki wniosek wysnuli z tej biografii). A okropnym brakiem empatii można nazwać fatalne oceny ostatniej powieści Pratchetta
Para w ruch, pisanej przecież kiedy Pratchett był już bardzo chory - więc należałoby go za to podziwiać, a nie krytykować. Ostatnio zresztą pojawiła się
informacja, że naukowcy, analizując pisarstwo Pratchetta, wykryli symptomy choroby już 10 lat przed diagnozą. Jestem sceptyczna. Te różnice językowe są bardzo drobne i skąd wiadomo, które wynikały z choroby, a które nie? To jest klasyczne spojrzenie a posteriori. Poza tym zirytowała mnie ta klasyczna lekarska gadka o “wczesnym wykrywaniu”. Na jakiej podstawie mielibyśmy się diagnozować, skoro nie problemów z pamięcią? I co by to dało, skoro choroba jest nieuleczalna?? Dłuższe życie w stresie, ze świadomością choroby? „Wczesne rozpoznanie demencji jest ważne, ponieważ pozwala nam podjąć interwencję, zanim mózg ulegnie nieodwracalnemu uszkodzeniu” O jakiej interwencji mowa? Przypomniałam sobie słowa Pratchetta o lekceważącym stosunku służby zdrowia do chorych na alzheimera i o tym, że lekarze nie kwapili się do podawania leku łagodzącego objawy pięćdziesięciodziewięcioletniemu mężczyźnie! Stąd cytowane powyżej gorzkie słowa.
Nie muszę tłumaczyć, czemu po przeczytaniu tej biografii nabrałam ochoty, żeby nadrobić zaległości w czytaniu Świata Dysku, bo po te powieści sięgam raz na ruski rok, wskutek czego przeczytałam ich ledwie kilka. To skutek tego, że - podobnie jak Pratchett - mam ambicję przeczytania “wszystkiego”. Nie warto odkładać tego co dobre na później, czego uczą nas tego typu historie.
Metryczka:
Gatunek: biografia
Główny bohater: Terry Pratchett
Miejsce akcji: Wielka Brytania
Czas akcji: 1947 - 2015
Ilość stron: 520
Moja ocena: 6/6
Rob Wilkins, Terry Pratchett. Życie z przypisami, Wydawnictwo Insignis, 2023
Komentarze
Prześlij komentarz