Zagubiony hegemon

Zawsze kiedy słyszę lub czytam o “końcu historii”, myślę sobie, że biedny Francis Fukuyama na pewno nie przewidział, że jego słowa będą mu wypominane przez wiele kolejnych lat i cytowane w kategoriach grubej pomyłki…* Być może fakt, że rywalizacja mocarstw i wojny na świecie po zakończeniu zimnej wojny przeniosły się na inne pola wynika po prostu z ludzkiej natury: nie umiemy żyć ze sobą w pokoju, a powód do zwady zawsze się znajdzie. Łukasz Gadzała klasycznie konfrontuje słowa Fukuyamy z konkurencyjną koncepcją “zderzenia cywilizacji” innego słynnego politologa, Samuela Huntinttona. Według Fukuyamy we współczesnym świecie wojny nadal były możliwe, ale nie na tle ideologicznym, ale politycznym albo ekonomicznym. Dziś widzimy, że nadal tłuczemy się głównie na tle ideologii, a problemy polityczno-ekonomiczne są raczej wynikiem tych ideologicznych sporów, niż przyczyną (choć w sumie w przypadku Donalda Trupa trudno orzec). 

Książka ta stanowi przewodnik po ostatnich 40-tu latach polityki międzynarodowej prowadzonej przez Stany Zjednoczone, przez różnych prezydentów w różny sposób i z różną myślą przewodnią. A wymagała ona diametralnej zmiany priorytetów w związku z rozpadem Związku Radzieckiego, a współcześnie z mocarstwowymi zapędami Chin. Byli zatem prezydenci zachowawczy i byli postępowi; ci, którzy stawiali na amerykańską “soft power” i ci preferujący twardsze argumenty. Do czasów Donalda Trumpa przywódcy amerykańscy zasadniczo jednak popierali ideę, przyjętą po II wojnie światowej, że USA powinny przede wszystkim szerzyć demokrację i stać na straży globalnego porządku. Rzecz jasna wszystko to służyło głównemu celowi, jakim był interes USA, a nie cele charytatywne, o czym jedni mówili głośniej, a inni kamuflowali to pięknymi słówkami. 
Ameryka musiała “czynić świat bezpieczniejszym dla demokracji’, a więc poszerzeć sferę liberalizmu, wolnego handlu oraz demokracji. Należało zawierać umowy o wolnym handlu, obniżać cła i finansować rozwój społeczeństwa obywatelskiego w odległych krajach, ponieważ to przyczyniało się do wzrostu wpływów i zamożności Ameryki. 
W każdym razie większości ostatnich amerykańskich prezydentów przyświecała myśl o krzewieniu liberalizmu i demokracji, często nawet siłą… Dziś z tego została tylko siła. Amerykanie zresztą prezentują tu typowe zachowanie typu “przyganiał kocioł garnkowi”, to znaczy sami wszczynają wojny, ale inne kraje pouczają na temat możliwości wywołania konfliktu. Symptomatyczna jest również niespójność w poglądach amerykańskich neokonserwatystów, sprzeciwiających się projektom “inżynierii społecznej” (proponowanych przez lewicę), a z drugiej strony chcących takowe realizować w innych krajach, postrzeganych jako niedemokratyczne, w przekonaniu o swojej wyższości moralnej. Nic dziwnego, że w końcu “reszta świata”, która też się rozwijała w ciągu tych ostatnich 40-tu lat, i to nawet bardzo dynamicznie (w przypadku niektórych krajów), zauważyła te podwójne standardy i zaczęła się buntować, dopominając się równiejszego podziału wpływów na ten globalny tort. Świat coraz powszechniej zaczęły ogarniać antyamerykańskie nastroje i tym samym spełniła się przepowiednia o “zderzeniu cywilizacji”.** Tak można pokrótce streścić te kilkadziesiąt ostatnich lat amerykańskiej dyplomacji. 

Autor zwraca uwagę na pułapkę Tukidydesa (to pojęcie jest ostatnio modne), w którą się zapędziliśmy - tam gdzie USA (czy generalnie państwa zachodnie) widzą działania defensywne, w Rosji, Chinach czy na Bliskim Wschodzie są one odbierane jako ofensywa. Wzajemny brak zrozumienia, obawy, prowadzą do eskalacji konfliktu, co wcale niekoniecznie wynika ze złej woli i z tego, że przeciwstawne państwa są “imperium zła”. Łukasz Gadzała wyjaśnia w ten sposób m.in. poczynania Rosji - wojna na Ukrainie i zagrożenie, które znowu wszyscy czujemy ma korzenie w dyplomacji i różnie rozumianych “obietnicach” składanych słabemu Związkowi Radzieckiemu, co zemściło się po latach, kiedy Rosja stanęła na nogi (a co bardziej trzeźwi analitycy polityczni już dawno ostrzegali, że tak się stanie). Szkoda, że tym sposobem zmarnowaliśmy szansę, żeby stosunki między Zachodem a Wschodem ułożyły się w pokojowy sposób. 

To co pewnie czytelnika/czkę będzie najbardziej interesować w tej książce, to zrozumienie chaotycznej polityki obecnego prezydenta USA. Pod przewodnictwem Donalda Trumpa te wszystkie problemy, które nawarstwiały się (i w samych USA, i na scenie międzynarodowej) sięgnęły zenitu (czy raczej dna?). Barack Obama, najbardziej postępowy z ostatnich prezydentów USA, najpełniej rozumiał te zawiłości ludzkich stosunków i wycofał się z agresywnej polityki i nadmiernego angażowania w sprawy innych państw, a Trump wrócił do tego, co było, tylko “bardziej”. 
Obama odwoływał się do aspiracyjnego pierwiastka amerykańskiej natury, który wyraża się w nieustannym dążeniu do nieuchwytnego ideału wolności, równości i sprawiedliwości. Trump uważał, że jest to pusta retoryka, którą liberalne elity stosują, by omamić lud, i dlatego nie zamierzał podnosić swoim obywatelom poprzeczki (moralnej ani żadnej innej). Swoją rewolucję oparł na odwołaniach do najniższych instynktów, zemsty i rozliczenia. Gniewu, frustracji i złości swoich wyborców nie przekuł w pozytywny program odbudowy zaufania do instytucji i państwa, lecz wykorzystał je do zhołdowania sobie Partii republikańskiej i wytworzenia wokół siebie aury, jaką zazwyczaj roztaczają przywódcy w państwach autorytarnych, a nie demokratycznych. 
Wielką tragedią Ameryki było to, że jej pozimnowojenne słabości rozpoznał dopiero człowiek o instynktach antydemokratycznych, całkowicie nieprzygotowany do pełnienia najwyższego urzędu w państwie. 
Tyle, że do drugiej kadencji Trump już był znacznie lepiej “przygotowany”, niż do pierwszej. Donald Trump nie tylko preferuje siłowe rozwiązania, ale oficjalnie skończył też z tą polityką pilnowania porządku, a wręcz przeciwnie - dziś to Stany sieją zamęt. Poczynania Trumpa wydają się na pierwszy rzut oka chaotyczne i pełne sprzeczności, np. 
Z jednej strony Trump starał się zmusić Europejczyków oraz azjatyckich sojuszników do większych wydatków na zbrojenia, a z drugiej zapewniał, że rozładuje napięcia w relacjach z Chinami, Rosją oraz Koreą Pn. Na cóż jednak mobilizacja i większe wydatki obronne, jeśli skutkiem tej polityki miało być obniżenie temperatury dotychczasowych sporów. Dlaczego sojusznicy Ameryki mieliby nadawać priorytet polityce, która nie miałaby większego uzasadnienia, gdyby Trump dotrzymał słowa i doprowadził do rzeczywistej odwilży w stosunkach z największymi rywalami? 
Z jednej strony Trump deklaruje, że nie będzie się angażować w sprawy nawet "sojuszników" (których przyjaźń stanęła tym samym pod znakiem zapytania), a z drugiej angażuje się, i to jeszcze jak. Nie ma dnia bez doniesień o kolejnych groźbach czy atakach. Karuzela się kręci coraz szybciej. Staje się to jednak bardziej zrozumiałe, jeśli przyjmiemy, że taka, a nie inna polityka Trumpa (w gruncie rzeczy dość spójna, jak na to tak popatrzeć) wynika bardziej z jego osobistych przekonań, obsesji, ideologii, a nie jakiejś rozsądku czy realizmu politycznego***, jak pisze Gadzała. Według mnie Trump jest człowiekiem kierującym się wyłącznie własnym interesem i nawet postawienie go na czele państwa nie sprawiło, że realizuje on interesy tegoż państwa (nie wspominając o interesach sojuszników, czy reszty świata), nawet jeśli czasem trafia w czułe punkty swoich wyborców. Interes Trumpa należy rozumieć dosłownie - przez ilość zer na koncie. Przecież kolejne posunięcia Trumpa to strzelanie Stanom Zjednoczonym w stopę, a agresywna postawa USA to kręcenie bicza na USA i na pokój na świecie. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę, mówi stare przysłowie. Co niestety znajduje potwierdzenie w wybuchu obecnej wojny na Bliskim Wschodzie. Jeśli ktoś na tym korzysta to tylko Trump i jego bogaci kolesie (analogicznie jak w Rosji). 

Henry Kissinger pisał kiedyś, że marność można poznać po tym, że namacalną korzyść przedkłada ponad niemierzalną przewagę pozycyjną. 

Według poniższej definicji, współczesnym mistrzem realizmu politycznego są natomiast Chiny. 

(...) realizm polityczny nie polega na używaniu siły i twardej postawie wobec geopolitycznych rywali, lecz - w największym uogólnieniu - na dostosowywaniu posiadanych środków do istniejących okoliczności po to, by uzyskać możliwie duże korzyści. Jego istotą jest wykorzystanie własnych przewag i ewolucyjne wzmacnianie swojej pozycji, a nie efektowna demonstracja siły dla własnej satysfakcji, doraźnych zysków lub poklasku społecznego. 

To, co bardzo mi się podobało w Zagubionym hegemonie to próba przedstawienia sytuacji międzynarodowej (nie tylko na stylu USA-Rosja, ale też Iran, Izrael, Chiny) z punktu widzenia obydwu stron. Żeby dojść do porozumienia zawsze trzeba wczuć się w sytuację drugiej strony, wejść w czyjeś buty, co niestety wielu nawet wytrawnym politykom się nie udaje, z przyczyn różnych (są przecież naciski z różnych stron i interesariuszy). Druga rzecz, na którą zwróciłam uwagę: Gadzała nie prezentuje w tej książce własnych opinii**** - a przynajmniej sposób narracji na to nie wskazuje. Autor opisuje politykę prowadzoną przez poszczególnych amerykańskich prezydentów, powołując się na ich słowa, postępowanie, dokumenty. Korzysta też rzecz jasna ze źródeł w postaci książek napisanych przez ekspertów, w tym klasycznych już Henry’ego Kissingera, Zbigniewa Brzezińskiego. pobrzmiewa tu też echo Mearcheimera czy Roberta Kaplana. Nie ma  tu też pouczania w jakim kierunku Stany Zjednoczone powinny iść, jedynie fakty, które już zaistniały. Zarazem ta książka ukazuje pewne uniwersalne mechanizmy, istniejące w polityce, czy szerzej w stosunkach międzyludzkich. Narracja jest prosta, klarowna, pozbawiona dłużyzn - autor prezentuje to, co najistotniejsze, nie zagłębiając się w jakieś zbędne analizy i dywagacje. I jeszcze jedno: Zagubiony hegemon nie jest napisany w duchu amerykańskiej racji stanu, ani też racji polskiej, czy jakiejkolwiek innej. Książka napisana jest w bardzo merytorycznym, wyważonym tonie, co w dobie sensacji i straszenia naprawdę należy docenić. Zwłaszcza, że autor jest dziennikarzem, a nie politologiem. Nawet omówienie stylu rządzenia Trumpa też jest nad wyraz rozsądne. Pozwala to spojrzeć na amerykańską politykę na trzeźwo, bez nadmiernych emocji (jakie bez wątpienia wzbudzają codzienne wiadomości ze świata). 

Metryczka: 
Gatunek: publicystyka
Główny temat: polityka międzynarodowa USA
Miejsce akcji: cały świat
Czas akcji: od lat 80-tych XX wieku - współcześnie
Ilość stron: 320
Moja ocena: 6/6 
 
Łukasz GadzałaZagubiony hegemon. Zmarnowana szansa Ameryki i rewolucja Trumpa, Wydawnictwo Prześwity, 2025

*ale może Fukyiamie tego rodzaju sława nie przeszkadza
**być może niespecjalnie do nas docierają wieści z tak dalekich zakątków świata jak Japonia, ale także w tym kraju nastąpił w ostatnich latach znaczny wzrost nastrojów konserwatywnych, militarystycznych i imperialistycznych. Nie są to być może nastroje antyamerykańskie, ale Japonia jako sojusznik Zachodu też reaguje na zagrożenie ze strony Chin i Korei
***nie mylić z tzw. zdrowym rozsądkiem, hasłem obszernie szafowanym właśnie przez alt-prawicę, gdyż ów zdrowy rozsądek jest eufemizmem dla emocji i instynktów - wszak jego istotą jest to, że nie jest on poparty żadnymi danymi/naukowymi ustaleniami, a “płynie z trzewi”. 
****np. słowa o antydemokratycznych poglądach Trumpa to nie są jakieś opinie “lewaków”, ale słowa samego Trumpa, że odwołam się do stwierdzeń w nowej strategii obrony USA 

Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później