Agla. Aurora
Pierwsza część trylogii była udana, świat został zbudowany z dbałością o szczegóły i klimat narastającego mroku i grozy. Tu się to jakoś rozmyło w gonitwie donikąd. Fantastyczny Tybil vel Kraków z pierwszego tomu też bardziej do mnie przemawiał, niż te miejscowości “gdzieś nie wiadomo gdzie” na Syberii. Mamy tu odniesienia do rosyjskich łagrów, zsyłek, ukazanie realiów takiej egzystencji, niszczącej i fizycznie, i psychicznie, ale wiadomo - to jest powieść fantastyczna i przygodowa, więc ta tematyka (na szczęście) ograniczona jest do niezbędnego minimum. A wszystko to prowadzi donikąd. Brakowało temu jakiejś myśli przewodniej, nadrzędnego motywu - po co to wszystko. Cały czas czekałam, zwłaszcza na początku powieści, aż to wszystko jakoś “zaskoczy”, ale się nie doczekałam. Dwie części tego tomu zasadniczo nie spinają się ze sobą: po prostu porzucamy bohaterów pierwszej i przenosimy się do zupełnie innej scenerii. Wiemy, że ta walka bohaterów z wiatrakami, cieniami, różnymi dziwnymi stworami oraz najzupełniej prawdziwymi szujami, jest walką ze złowrogim reżimem, ale o co tak naprawdę biega? Co to za “rewolucja’ (która i tak okazała się blagą)? Te całe zamieszanie, bieganina, potyczki, to jest tylko bicie piany. Ogółem, to Aurora nie wnosi zasadniczo nic do historii zapoczątkowanej w Alefie, może poza tym tylko, że dowiadujemy się, co się dzieje z Sofią Kluk, ale nie ma w tym żadnej niespodzianki, skoro wiadomo było, że bohaterka została zesłana do łagru. A te całe jej peregrynacje, czy to cokolwiek zmienia? Wydaje się, że ważniejsza jest tu droga, a nie jej cel. W dodatku w drugiej części książki autor zastosował zmienną chronologię i pod koniec zupełnie się pogubiłam w tym, co było najpierw, a co potem.
Nadal uważam, że jeśli tworzy się jakiś świat, to elementy tego świata należy wyjaśnić, a nie stawiać czytelnika w sytuacji “domyśl się, co autor miał na myśli, kiedy pisze np. o smrcie”. Postaci jest zbyt dużo, zmieniają się jak w kalejdoskopie i giną wraz z wątkami w kurzawie pozostawionej przez goniących głównych protagonistów. Trudno do kogokolwiek się przywiązać, zresztą bohaterowie ci nie budzą specjalnej sympatii. Sprawę ratuje w pierwszej części kot Flammifer, który kradnie szoł (ale koty zawsze kradną szoł), a w drugiej natomiast urzekł mnie niejaki Nuriel Cyncowicz Xaos Piątej generacji, którego perypetie pasują dosłownie do powiedzenia “zabili go i uciekł”. Nadal też jestem fanką ilustracji Igora Myszkiewicza i być może powieść też dlatego jest taka długa, bo autor - jak sam przyznaje - dołożył rozdziały, żeby mogły powstać kolejne rysunki. (Pomnik skrzydeł cara z pewnością został zainspirowany pewnym słynnym pomnikiem w Rzeszowie.) Autor na pewno ma fantazję i sprawne pióro, ale w Aurorze pojawił się chaos, powtarzalność rozwiązań fabularność i chyba trzeba by popracować nad tym, by opowieść (rozpisana na trzy tomy) nie rozłaziła się w szwach.
Gatunek: powieść fantastyczna







Komentarze
Prześlij komentarz