To drugi, po Zasypanych, reportaż dotyczący globalnego problemu śmieci, z którym mam do czynienia.  Aleksander Clapp koncentruje się tylko na czterech obszarach: odpadów toksycznych, w tym ścieków, śmieci elektronicznych, złomowania statków oraz plastiku. Pokazuje, co dzieje się z tymi śmieciami - m.in. naszym smartfonem, opakowaniami po chipsach czy butelkami - i że wcale nie znikają one z naszej planety. I znowu temat ten przytłacza - i to dosłownie. 

Reportaż ten generalnie jest jednym wielkim oskarżeniem bogatych, zachodnich państw, wśród których przodują Stany Zjednoczone, które w neokolonialnym procesie eksportują swoje śmieci do biednych krajów Globalnego Południa. Elektroniczne śmieci lądują w Ghanie, statki rozbiera się w “stoczniach” usytuowanych w Azji (ja słyszałam głównie o Indiach, autor pisze o przedsiębiorstwach tureckich), plastik na wysypiskach gdzie bądź. Odkąd przyjmowania amerykańskiego i europejskiego plastiku odmówiły Chiny, transporty zmierzają do innych azjatyckich i afrykańskich państw (pomijając już rzecz jasna to, co ląduje po prostu w morzu, oceanie lub lasach). W Polsce zresztą też, o czym autor wzmiankuje. 

Przez setki lat europejskie imperia wzbogacały się, traktując półkulę południową jako miejsce, z którego mogły brać to, czego potrzebowały. Nie zmieniło się to drastycznie, ale amerykańska sztuka wzrostu nadała temu nowy, szkodliwy wymiar. W latach 80. tak zwane globalne Południe w coraz większym stopniu stawało się miejscem, z którego nie tylko można było zabierać rzeczy, ale także je w nim umieszczać, ponieważ te rzeczy były albo zbyt kosztowne, albo zbyt niebezpieczne, albo zbyt brzydkie, albo zbyt duże, by je wyrzucać na własnym terytorium.

Przyjmowanie i recykling odpadów to rzecz jasna biznes - odzyskuje się stal, odzyskuje się cenne metale, zawarte w elektronice (tu autor odkrywa pewne mało znane fakty, związane z metalami ziem rzadkich), ale wiąże się to za każdym razem z zanieczyszczeniem środowiska, do którego dostają się toksyczne substancje, dym, mikroplastik. Toksyny dostają się do naszej wody, gleby, powietrza, jedzenia. Niszczą ziemię, która przez lata karmiła ludzi. Ludzie, którzy się tym zajmują zapadają na przeróżne choroby i umierają przedwcześnie. Autor opisuje m.in. co dzieje się w Indonezji w wioskach, zajmujących się plastikiem. Kury są mądre - stwierdził przedstawiciel rządu, po ujawnieniu jak zatruta jest tamtejsza żywność - nie zjedzą niczego niebezpiecznego. W przeciwieństwie do ludzi najwyraźniej, więc nagle okazuje się, że kury są mądrzejsze od ludzi… I taką cenę za naszą rozbuchaną konsumpcję mieszkańcy zdesperowanych biedniejszych krajów, które stają przed dylematem kwadratury koła: albo będą chronić swoje środowisko i mieszkańców, albo zarobią pieniądze na rozwój - tym tropem poszła Ghana. Rozwój, który przecież tak długo tym państwom był uniemożliwiany, przez kolonizację i grabież ich zasobów. Życie pokazuje jednak, że to gra nie jest warta świeczki - tylko, że wielu decydentów tego nie rozumie, albo ich to nie obchodzi, albo też sami czerpią z tego zyski.

Im głębiej się nad tym zastanowić, tym bardziej absurdalny wydaje się koncept smartfona: komputer za 1000 albo i więcej dolarów, który mieści się w dłoni i który przyzwyczailiśmy się wymieniać w przypadku pęknięcia ekranu lub słabnącej żywotności baterii. A cena tego nowego telefonu to nie tylko kwota, którą za niego płacisz. Istnieje też koszt środowiskowy. (...) Ponad 80% emisji CO2 jest emitowane podczas jego produkcji, co oznacza, że za każdym razem, kiedy jesteś nakłaniany do zakupu nowego telefonu musisz zapłacić ogromną dodatkowa cenę, której osobiście nie dostrzegasz, ale która przyczynia się do niszczenia naszej planety. Wyprodukowanie smartfona wymaga bowiem setek kilogramów paliw kopalnych, dziesiątek kg chemikaliów i co najmniej tony wody. (...) I nie chodzi tylko o fizyczny przedmiot, jakim jest telefon. Mowa też o ukrytej, całkowicie niewidocznej dla oka konsumenta korporacyjnej technice zarządzania. (...) kupiony telefon nie jest do końca twój - a przynajmniej nie masz prawa do dotykania ani zmieniania czegokolwiek, co znajduje się w jego wnętrzu i pozwala mu działać. 
W najbardziej nieszkodliwej formie globalny handel odpadami przenosi śmieci z najbogatszych krajów świata do miejsc, które mają najmniejsze szanse sobie z nimi poradzić. W najbardziej nikczemnym wydaniu globalny handel odpadami jest działalnością przestępczą. Oskarża autor nas, bogatych mieszkańców zachodu również o hipokryzję i samozadowolenie, kiedy wyrzucamy nasze śmieci i nie zastanawiamy się, co się z nimi dalej dzieje. Co z oczu, to z serca. 

Indonezyjskie wioski odpadów istnieją częściowo z powodu błędu (wynikającego z ignorancji, lenistwa lub dysfunkcji popełnianej tysiące kilometrów dalej, miliony razy, prawdopodobnie przez wiele osób czytających tę książkę. Jak dobrze sortujesz swoje śmieci, gdy je wyrzucasz? czy oddzielasz plastik od papieru? A jeśli to robisz, to jak dokładnie? (...) indonezyjskie wioski śmieci istnieją, ponieważ w krajach zachodnich tysiące ton starego plastiku trafiają tam, gdzie nie powinny.  

A potem jakiś zadowolony z siebie turysta jedzie do Afryki czy Azji, robi zdjęcia tamtejszych wiosek i konstatuje, że to wszystko przez tamtejszą mentalność, bo tym ludziom nie chce się posprzątać…  (o tym, jak to Polacy wywalają śmieci po lasach, jak zaśmiecony jest każdy skwerek, ciuchy leżą pod pojemnikami, bo się już w nich nie mieszczą, jak śmiecimy nawet w parkach narodowych - o tym jakoś zapominamy…). 

Segregacja, recykling też uspokajają nasze sumienia - bo wydaje się nam, że dzięki temu wszystko jest w porządku.  

Przeniesienie za granicę naszego śladu konsumpcyjnego tylko wzmocniło wzrost ilości odpadów. Im więcej śmieci bogate kraje wysyłały w ciągu ostatnich 40 lat, tym więcej nadal produkowały. (...) Ponieważ odpady, które przemieszczają się po całym świecie i często powodują nieodwracalne szkody w środowisku, nie są śmieciami, które - ku wielkiemu rozczarowaniu - trafiają do kosza na śmieci, a następnie na lokalne wysypisko. To rzeczy, które wrzucamy do pojemnika na surowce wtórne w przekonaniu, że w ten sposób pomagamy naszej planecie. Recykling nie jest kłamstwem, ale w latach 90. zachęcano do „recyklingu” wszelkiego rodzaju przedmiotów – elektroniki, baterii, styropianu, plastiku – chociaż możliwości ich skutecznego oraz nieskończonego wskrzeszania były ograniczone lub wręcz nie istniały. Systemowa nadprodukcja została przekształcona w kwestię etyki osobistej: dopóki korzystasz z kosza do recyklingu, wszystko jest w porządku. Jednak wiele rzeczy, które – jak kazano nam wierzyć – jakoby zostały „poddane recyklingowi”, nigdy nie przyniosło planecie pożytku. Skutek był odwrotny i przypominał konia trojańskiego: redystrybuując materiały wypełnione toksynami do biedniejszych zakątków świata, bogatsze narody mogły angażować się w coś, co zasadniczo skupiało się na obronie własnej moralności. Kolorowe kosze na śmieci, ułożone w trójkąt strzałki symbolizujące recykling i zwięzłe slogany rozgrzeszają konsumpcyjne poczucie winy i zniechęcają do zastanawiania się nad tym, dlaczego upieramy się, by produkować tyle, ile produkujemy.
Sama też do tego tak podchodzę, bo w sumie - jakie mam wyjście? Tylko że wielu rzeczy, jak ubrań, nie da się prosto recyklingować, a już największa ściema związana z recyklingiem dotyczy chyba plastiku. Firmy, które produkują plastik produkują go coraz więcej (i walczą o to, czego przykładem jest też porażka ostatniego szczytu ekologicznego, mającego za cel właśnie wypracowanie porozumienia odnośnie redukcji ilości plastiku), gdyż rekompensuje im to malejące przychody z tytułu zużywania paliw kopalnych. Autor ponuro konstatuje, że: 

Zielona rewolucja może co prawda zmniejszyć naszą zależność od węglowodorów jako głównego źródła energii, jest to jednak zmiana, którą przemysł petrochemiczny strategicznie przewiduje od lat! (...) Przyszłość paliw kopalnych nie będzie związana z energią, tylko z konsumpcją, z opakowaniem wszystkich sprzedawanych plastikowych rzeczy większą ilością plastiku. 

Jakie będą tego skutki dla nas, skoro już dziś wiadomo, że człowiek dziennie pochłania ilość plastiku, mogącą służyć do wyprodukowania karty kredytowej? Clapp uważa że ściemą są też różne inicjatywy na rzecz usuwania plastiku - ich celem jest bardziej przekonanie nas, że zaśmiecenie plastikiem jest zjawiskiem odwracalnym, możliwym do rozwiązania przez jakieś technologie, a im dłużej trwa to złudzenie, tym więcej czasu ma przemysł petrochemiczny na obłowienie się:

Setki miliardów dolarów przeznacza się na produkcję plastiku, a miliardy dolarów na poszukiwanie rozwiązania tego problemu.  

I tu mamy system kaucyjny, wprowadzany w Polsce z wielkimi oporami, stawianymi rzecz jasna przez producentów i handel oraz ku niezadowoleniu Polaków, wynajdujących z lenistwa milion powodów na “nie”, ale trzeba sobie zadać pytanie: co stanie się z tymi wszystkimi butelkami, kiedy już pracowicie zwrócimy je do butelkomatów? Skoro jakoś nie słyszałam o tym, by w Polsce inwestowano w jakieś technologie i przedsiębiorstwa, które mają zajmować się recyklingiem tego plastiku. Obawiam się, że odpowiedź znajdziecie w tej książce… 

Wyraźnie widać, że autor nie wierzy w opowieści, że ów handel śmieciami służy czemuś innemu, niż przerzucanie się gorącym kartoflem po to, żebyśmy możemy nadal produkować i konsumować. Wykorzystuje on globalne nierówności i podsyca je, żeby oszczędzać pieniądze, a nie planetę. 

W przeszłości handel śmieciami utrzymywał się rzekomo dzięki temu, że przynosił rozwiązania problemów środowiskowych, zamiast je pogłębiać. Mówi się, że przenoszenie odpadów oferuje miejsca pracy, gotówkę i zasoby dla krajów rozwijających się. Rozkłada poziomy zanieczyszczeń bardziej równomiernie na całym świecie. Zamienia bezużyteczne śmieci w ekonomiczny wkład. 
Tymczasem kraje Globalnego Południa nie mają na tyle środków i możliwości, żeby poradzić sobie z tymi odpadami (wliczają to jeszcze ich własne) - trudno żeby miały, skoro nie mają tego nawet kraje bogate! Tak naprawdę odpady są kierowane do krajów biednych nie po to, żeby je wspierać, i nie dlatego że można je recyklingować, ale właśnie dlatego, że nie da się tego robić!
Do końca tego stulecia rzeczy, które wyrzucamy, staną się największym niekontrolowanym czynnikiem przyczyniającym się do zmian klimatycznych. Wysyłanie ich – milionów ton związanego węgla z niezliczonymi toksynami – do biedniejszych krajów jest żałosnym uchylaniem się od odpowiedzialności przez kraje mające największy obowiązek ograniczenia produkcji materialnej i stawienia czoła kryzysowi klimatycznemu, który w przeważającej mierze jest ich własnym dziełem.
Uważam, że autor świetnie rozpracował te cztery tematy, pokazując nie tylko dystopijne realia tych miejsc, gdzie lądują i są przetwarzane odpady - w Turcji, Ghanie, Indonezji - ale i rozwój sytuacji od lat - powiedzmy 80-tych - kiedy problem zaczął narastać, oraz stosunek do tego różnych “aktorów” tej gry, odnosząc się realiów gospodarczych. Nadprodukcja, konsumpcja, celowe postarzanie, blokowanie możliwości naprawy oraz przesuwanie odpadów po mapie świata to wszystko elementy tego procesu. Interesujące były dla mnie wszystkie cztery części, każdy wątek, bo ten reportaż jest tyleż mocno informatywny i otwierający oczy, dotyczący każdego z nas (nawet nie mamy nic wspólnego ze złomowaniem statków), co po prostu przeciekawie napisany. I brutalnie szczery. Autor nie mami nas obietnicą, że wszystko będzie dobrze i nie pozostawia złudzeń, dokąd to zmierza. Niestety wnioski płynące z niego są bardzo przygnębiające, a w kwestii plastiku wprost przerażające. I nie jest tylko kwestia ilości odpadów i bezradności świata wobec nich, ale przede wszystkim zmiany naszego podejścia do natury, do środowiska, zerwania z nią więzi - bo raz, że produkujemy rzeczy, które nie znikną, nie rozłożą się, jak materiały naturalne, z których korzystaliśmy przez całe tysiąclecia, a dwa - wydaje się nam, że możemy z niej bezkarnie czerpać i zanieczyszczać bez końca, zamieniając planetę w jeden wielki śmietnik. A trzy - wcale chcemy powrotu do dawnego stylu życia, bliższego naturze, jeśli oznaczałoby to mniej wygody i mniej pieniędzy. Jak w Indonezji - zarabianie na śmieciach jest łatwiejsze, niż uprawa ryżu. Trudno to oceniać jednoznacznie negatywnie, zwłaszcza że ludzie, którzy pracują przy śmieciach często po prostu nie mają innego wyjścia. Mimo to, trudno ignorować długoterminowe szkody i konsekwencje takiej postawy. Tym niemniej ostrze krytyki jest tu wyraźnie skierowane w jedną stronę: bogatych, postkolonialnych krajów, będących głównym producentem śmieci i głównym odpowiedzialnym za zmiany klimatyczne - i niezmiennie nie mających chęci, bo za to zapłacić, a zrzucających cały ten balast na barki krajów biednych i słabszych, nawet jeśli te ostatnie też nie są bez winy. 
Jeśli sposób postępowania ze śmieciami odsłania pewne głębsze prawdy o społeczeństwie, to co globalny przepływ odpadów może nam powiedzieć o naszym dzisiejszym świecie?

Metryczka: 
Gatunek: reportaż
Główny temat: handel śmieciami
Miejsce akcji: cały świat
Czas akcji: współcześnie
Ilość stron: 504
Moja ocena: 6/6 
 
Alexander Clapp, Wojna o śmieci. Globalne śledztwo w sprawie brudnego handlu twoimi odpadami, Wydawnictwo Szczeliny, 2025


Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później