Tak mało się mówi w kontekście zmian klimatycznych, że mają one wpływ nie tylko na środowisko, na zwierzęta i rośliny, ale i bezpośredni wpływ na nasze codzienne funkcjonowanie. Nie tylko wielkie pożary, huragany czy powodzie powinny budzić nasz niepokój, ani nawet nie chodzi o smog czy mikroplastik ale o dziesiątki mikroefektów, których nawet nie zauważamy i nie myślimy o nich. I które tak naprawdę dopiero odkrywamy. To szereg drobnych zmian, zachodzących stopniowo, kumulujących się, i tym groźniejszych, bo ludzie ich nie dostrzegają lub się do nich przyzwyczajają i w efekcie je lekceważą. To “ciężar natury” pod którym się uginamy. Ja bym raczej nazwała to “ciężarem cywilizacji”. 

W szczególności zwrócić należy uwagę na wpływ zmian klimatycznych na działanie naszego mózgu/układu nerwowego, co wydaje się już być kwestią zupełnie marginalizowaną, jak zresztą zazwyczaj cała sfera naszej psychiki - traktowana po macoszemu, tak jakby to nie psychika decydowała o tym, kim jesteśmy i jak odbieramy świat. Nadal najczęściej utrzymuje się paradygmat dualizmu ciało-umysł, a w kontekście zdrowia (i nie tylko) liczy się przede wszystkim ciało i jego fizyczne dolegliwości. Strach, lęk, naruszenie prywatności czy godności, stres wywołany przebodźcowaniem - są w tym paradygmacie nieistotne, bo nienamacalne, należące do sfery psychiki. Miałam właśnie taką refleksję przy czytaniu Duszy - z jednej strony od tysiącleci na piedestał wynosimy naszą “duszę”, coś, co rzekomo odróżnia nas od innych zwierząt, a z drugiej, jak przychodzi co do czego, to czynniki negatywnie wpływające na naszą psychikę oraz ich psychiczne następstwa są lekceważone. Hejt? To tylko słowa. Depresja? - Weź się w garść. Stalking? - Przecież “nic się nie stało”, jak nikt cię fizycznie nie skrzywdził, to nie ma podstaw do ścigania. Hałas? Przyzwyczaj się. W mieście musi być głośno, jak chcesz mieć cicho, przeprowadź się na wieś. Tymczasem ból fizyczny i ból emocjonalny mają wspólny obwód neurologiczny. To, że cierpię emocjonalnie wskutek złamanego serca, odrzucenia, żałoby, depresji nie znaczy, że nie cierpię, albo że ciepię mniej, niż gdyby np. bolał mnie brzuch. Jednak z jakiegoś powodu tym pierwszym bólem zajmujemy się znacznie mniej chętnie, niż tym  drugim. To oczywiście się zmienia, ale nazbyt wolno i ciągle jeszcze powszechnie funkcjonuje taki właśnie odbiór, jak opisałam. Tak samo zbyt wolno uświadamiamy sobie właśnie wpływ zmian klimatycznych na psychikę. Normy środowiskowe są - jak pisze Aldern - zaskakująco tępym narzędziem, reagują na to, co widoczne i oczywiste: na martwych ludzi lub ataki serca. A problem jest wielowymiarowy. 

Według przeglądu literatury naukowej (...) czynniki ryzyka powiązane ze zmianami klimatu - takie jak ekstremalnie i szybko zmieniające się temperatury - są powiązane ze wszystkim, od częstotliwości występowania udarów przez hospitalizację pacjentów z demencją po dotkliwość migren i stwardnienia rozsianego. Zanieczyszczenie powietrza, zwłaszcza azotanami i drobnymi aerozolami, tylko to pogarsza. 
Najlepszym przykładem jest stres: udowodniono, że przewlekły stres powoduje zmiany w mózgu, wpływa na regulację emocji, upośledza pamięć, zdolność do podejmowania efektywnych działań, do uczenia się. Stajemy się bardziej rozkojarzeni, krótkowzroczni, myślimy mniej logicznie. Tak samo działa stres cieplny. Udowodniono już że wysokie temperatury negatywnie wpływają na uczenie się, zatem kryzys klimatyczny realnie zagraża edukacji. To chyba było zresztą dość oczywiste, intuicyjne - każdy z nas wie, jak trudno się myśli w upale. “Mózg się gotuje”. Upał podnosi też poziom agresji. W dodatku ów wpływ jest często wzajemny, kumuluje się i powoduje sprzężenie zwrotne, wywołując efekt błędnego koła. Gorzej wyedukowane społeczeństwo przyczyni się do pogłębienia kryzysu. To oczywiście nie jest dobra wiadomość z punktu widzenia konieczności radzenia sobie ze stresem, w tym z kryzysowymi sytuacjami, jak katastrofa klimatyczna. 

Nota bene odbiór pogody i klimatu zależy od osobniczych preferencji i dyspozycji i też jest subiektywny: tu trzeba wspomnieć o błędzie poznawczym, jakim jest zjawisko zmieniającego się punktu odniesienia, z którym ewidentnie mamy do czynienia, kiedy słuchamy, jak ludzie opowiadają o pogodzie: taa, wreszcie mamy porządną zimę, jak kiedyś (styczeń 2026). No tyle, że nie. Kiedyś zima to były zaspy śniegu przez trzy miesiące, a nie przez tydzień, zaś mrozy -10 nie były jakąś anomalią. Tyle tylko, że sporo ludzi po prostu już tego nie pamięta, więc porównują tę zimę do tych, które pamiętają. Tak samo było z ubiegłorocznym latem: bardzo dla nas łaskawym w świetle zmian klimatycznych, bez fal upałów, z opadami deszczu, za które powinniśmy dziękować w sytuacji permanentnej suszy - normalne polskie lato, powiedziałabym*. I co? I zewsząd słychać było narzekania, że “pogoda nas nie rozpieszcza”, jest “zimno”, że “kiedy będzie ciepło” (jakby temperatura 25st to nie było “ciepło”), “czekamy na powrót lata”, itp. Serio, czy ktokolwiek tęskni za ponad 30-stopniowymi upałami? Wydawało mi się, że nie, ale okazuje się, że już się do nich PRZYZWYCZAILIŚMY, więc lato bez ekstremalnych upałów traktujemy jako “nienormalne”, zamiast się cieszyć, że - wbrew temu, co wmawiają nam pogodynki - ubiegłoroczne lato nas ROZPIESZCZAŁO. 

(...) rok 2025 zostanie przez IMGW w Polsce określony prawdopodobnie jako tzw. normalny. I w zasadzie można powiedzieć, że taki był – mieliśmy chłodną, choć suchą wiosnę, lato bez ekstremalnych upałów i z kilkoma deszczowymi tygodniami w lipcu oraz złotą polską jesień bez anomalii temperaturowych.

Wszystkie te "nieporozumienia" i uproszczenia na temat klimatu biorą się stąd, że tego zagadnienia nie da się pojąć tylko intuicyjnie, “na chłopski rozum” - to jest bardzo skomplikowany temat, z mnóstwem powiązań, z których po prostu nie zdajemy sobie sprawy nie mając wiedzy z zakresu klimatu, biologii, fizyki, chemii, geografii i innych dziedzin. Tu często też nie ma prostych, zero-jedynkowych zależności, które ludzie tak kochają. Więc stąd potem te komentarze, że “gdzie to globalne ocieplenie”, skoro mamy zimne lato. I ciągłe nieodróżnianie pogody od klimatu. Polecam szkolenie pt. Mozaika klimatyczna, która przedstawia te relacje na takim pierwszym podstawowym stopniu. 

Problem z tą książką polega na tym, że autor chyba nie zdecydował czym ona ma być - książką popularnonaukową, prezentującą fakty i wyniki badań, czy esejem, w którym dostajemy rozważania na tematy wszelakie. Początek zapowiada się nieźle, opisano tu m.in. mało oczywiste odkrycia, takie jak rozprzestrzenianie się różnych toksyn wskutek zmian klimatu i ich potencjalny wpływ na rozwijanie się chorób neurodegeneracyjnych. I byłam nawet zachwycona stylem autora, ubierającym naukę w literacki sznyt. Na przykład takie zdanie: Te wyniki [badań] wyprawiły w morze tysiąc okrętów. Ale ileż można. Czasem język i środki stylistyczne stosowane przez autora w ogóle nie pasują do tego typu książki. Im bliżej końca tej książki, tym bardziej zagubiona się czułam w dywagacjach autora, w jego przemyśleniach meandrujących od zupełnie zbędnych anegdot, przez różne quasi-filozoficzne, abstrakcyjne zagadnienia, do informacji o chemii mózgu. Panuje w tym chaos, ciekawe informacje giną, a treść się rozmywa. Na przykład gdzieś tam pojawia się myśl, że być może zmiany klimatyczne wpływają na nas tak, że wzmagają naszą tendencję to ich negowania. Zmiany w środowisku wymagają, by zmieniał się też nasz umysł, aktualizował światopogląd. Może jednak przez negatywny wpływ nasz umysł staje się mniej plastyczny? Niestety ta myśl została tylko rzucona i w ogóle nie rozwinięta. Tak samo, jak koncepcja Karla Friska dotycząca nazbyt złożonych systemów, [kwestionująca misję Marka Zuckerberga do łączenia ludzi], co zostało niestety obudowane zbyt wieloma dygresjami, utrudniającymi zrozumienie sensu: 

Złożone systemy załamują się, kiedy grzęzną w stałym punkcie lub kiedy zaczną niekontrolowanie oscylować i się rozplątywać. Pomyśl o klimatycznych punktach krytycznych - o niemożliwości odwrotu znad krawędzi. (...) Frisk uważa, że taka właśnie jest globalizacja, że właśnie taki jest portal uprzednio znany jako Twitter. “Idee globalizacji i chłopców wyścigowców są niebezpieczne i błędne”. Niekoniecznie dlatego, że są eksploatujące, ale dlatego, że często sprowadzają się do tego, że jedna osoba wpływa na zbyt wiele osób. Ogromny wpływ jest przeciwieństwem rozedrgania. Przeciwieństwem losowości. Ogromny wpływ to rezonans i oscylacja. To coś, co powoduje, że złożone dynamiczne systemy się załamują. 

Zwłaszcza w ostatniej, trzeciej części trudno wyłuskać z tego konkret, a zamiast tego tekst ma charakter eseju, dotykającego tematów ważnych, owszem, ale raczej dla psychologów czy historyków: tożsamości, pamięci, traumy, utraty, etc. Tymczasem owe "mądre głowy" odmawiają przyznania ważnej rangi problemowi depresji klimatycznej/lęku klimatycznego/solastalgii, zwał jak zwał,  traktując ją w kategoriach "antropomorfizowania" (gdyż przecież żałobę możesz przeżywać tylko po człowieku). Chodzi tu oczywiście o odczucia towarzyszące obserwowaniu, jak znika/umiera przyroda, którą kochamy, krajobraz, będący nieraz częścią naszej tożsamości, wspomnień z dzieciństwa, dający nam wytchnienie od cywilizacyjnej presji…Czasem nawet prowadzi to do PTSD. To jest znowu kolejny temat nowy, o jakim się nie mówi/nie pisze. Dlatego zirytowało mnie, że to zjawisko w tej książce zostało omówione tak po łebkach, gdy można by się spodziewać, że to będzie ważna kwestia. W porównaniu do niej kwestia tego, że jak zniknie śnieg, to naszego języka zniknie też słowo “śnieg” - wydaje mi się naprawdę mało istotna, a na wyjaśnienie tego autor używa bardzo wielu słów i zagmatwanych sformułowań. (Znikanie języków w sumie odbiega od problematyki zmian klimatycznych). A rozważania rodem z poradników samopomocy psychologicznej - zalecanie kąpieli leśnych, czy treningu uważności to jest - sorry, ale uwielbiam tę metaforę i będę jej używać - jak plasterek na ranę od topora. Byłam zła, że w tak ciekawie zapowiadającej się książce, autor rozmienił się na drobne. 

Wyobrażam sobie, że gdyby podsunąć mikrofon tej pierwszej kolonii sinic i spytać dlaczego zmienia skład atmosfery, dlaczego dławi swoich sąsiadów do tego stopnia, że tracą życie, odpowiedziałaby “My tylko próbujemy uprawiać sobie jedzenie i podgrzewać swoje domy”. Mógłbym to zrozumieć.  

No jasne, tylko ludzie mają mózg i świadomość tego, co robią, a sinice nie. 


 
Drugą książką na podobny temat jest Niewidzialny pożar, w której najciekawszym fragmentem jest ten dotyczący właśnie wpływu upałów na wyniki w edukacji i wydajność w pracy. 

 

niedostrzegalnie podwyższone ryzyko zdrowotne rozłożone na miliardy ludzi; drobne dla często powtarzalne straty finansowe firm; postępujące niszczenie wybrzeży i krajobrazu rolniczego, które zaburza funkcjonowanie całych społeczności opierających się na rolnictwie czy rybołówstwie; coraz mniej zainteresowani edukacją młodzi ludzie, coraz mniej zapamiętujący starsi i my wszyscy - coraz bardziej skłóceni ze sobą. 

Przyjęło się uważać, że upał realnie zagraża głównie starszym ludziom (co nomen omen pokazuje nasz stosunek do seniorów…), ale autor tej książki pokazuje, że wcale tak nie jest, że skutki przegrzania, odwodnienia mogą uderzyć w każdego - a młodzi są narażeni właśnie dlatego, że lekceważą swoje zdrowie. Firmy też generują wyższe koszty i są narażone na różnorakie straty z powodu wysokich temperatur i ogólnie zmian klimatycznych. A czy rządy przedsięwzięły bardziej stanowcze działania przeciwdziałające zmianom klimatycznym, gdyby były świadome, że zmiany klimatyczne sypią piasek w tryby gospodarki i jakie straty mogą one spowodować w PKB?  Oto jest pytanie. Tak samo jak pytanie, czy nasz rządy tego faktycznie nie wiedzą, czy tylko udają, że nie wiedzą.  

Park słusznie zauważa, że ludzie nie "łączą kropek", nie wiążą zmian klimatycznych bezpośrednio ze sobą (nie wiedzą w jaki sposób ich one dotkną), a także z gospodarką. Powódź? Zatrute ryby? Plaża zalewana przez morze - ok, ale jaki to ma wpływ na gospodarkę, w sensie taki, że bezpośrednio to odczujemy? Jeszcze bardziej dziwi mnie to, że rozmawiamy np. o rosnących cenach żywności, ale bez refleksji, że to jest właśnie skutek zmian klimatycznych - suszy, powodzi, jakichś chorób atakujących rośliny, których przedtem nie było… Park podaje zdumiewający procent menedżerów i właścicieli firm, uważających, że ich firma ma niewielki lub żaden wpływ na klimat. Jeśli tak odpowiada 82% firm (firm zużywających energię, wody, zasoby, surowce, jeżdżących samochodami, wytwarzających odpady...), to kto ma ten wpływ? Czemu jest tak źle? Winnych brak. Te firmy pewnie jednocześnie uważają, że wytyczne odnośnie zrównoważonego rozwoju to wymysł UE…  

Niestety znowu mamy tu to samo, co w przypadku Ciężaru natury: po dość zachęcającym wstępie i pierwszych rozdziałach o temperaturze ta książka pikuje w dół. Park przedstawia niewiele ciekawych tez i w dużej mierze jest to takie kręcenie się w kółko i bicie piany naukowca siedzącego w wieży z kości słoniowej i deliberującego np. czemu “biedni mają gorzej” (jako że zmiany klimatyczne jak wiadomo o wiele bardziej dotykają biednych, jak zresztą wszelakie nieszczęścia, co wiedzieli już starożytni). Tyle, że w przeciwieństwie do Alderna, Park idzie nie w esej, tylko w nadmierne skwantyfikowanie. Jest to napisane żargonem naukowym, cytowanych jest wiele badań wraz z ich metodologią i bardzo mnie to wymęczyło, tym bardziej, że na koniec niewiele z tego wynika. Chyba tylko to, co zawsze - że nawet optymiści nie za bardzo wiedzą jak wybrnąć z tego galimatiasu. Park optuje za podejściem niestraszenia, kwantyfikacji szkód klimatycznych jako spectrum niebinarnego, obejmującego wiele odcieni szarości, no i tak faktycznie jest. Nawet autor katastrofizującej książki o “Ziemi nie do życia” przyznał po czasie, że przesadził, że straszenie ludzi apokalipsą jest średnią motywacją do zmian i że “zagłada jest jedynie długim ogonem długiej krzywej ocieplenia”. Problem polega na tym, że na drugiej stronie tej monety są ci, którzy powiedzą, że skoro nie ma tak źle, to nie ma się czym przejmować i nie musimy się tak starać (w istocie to jest argumentacja, która towarzyszyła naszej prokrastynacji). W sumie na koniec to ja już nie wiedziałam, czy Park uważa, że mamy problem, którego nie doceniamy, czy przeciwnie - że mamy problem, ale nie jest on taki duży, jak się nam mówi i że damy radę go ogarnąć. 

Moim zdaniem obie te książki są wyrazem bezradności wobec tego, co się dzieje. Zastanawia mnie też, dlaczego w tego typu publikacjach, w których autorzy zapewniają, że wszystko idzie generalnie w dobrym kierunku, bo się staramy, obniżamy emisje, wdrażamy różne strategie, nie ma słowa o tym, że jednak jest druga strona medalu: że jest ogromna skala dezinformacji, że zużycie energii rośnie, poparcie dla zielonej polityki spada, no i przede wszystkim, że mamy takiego Donalda Trumpa (oraz innych Czarnków i Kaczyńskich), który twierdzi, że “zmiany klimatyczne to oszustwo” i zamyka wszystkie programy związane z przeciwdziałaniem im. A problemy się piętrzą. Zatroskanym o przyszłość swoją i swoich dzieci na otarcie łez proponuje się medytacje, "zmianę podejścia" i terapię psychologiczną. Aha. 

Metryczka: 
Gatunek: popularnonaukowa
Główny temat: wpływ zmian klimatycznych na zdrowie człowieka
Miejsce akcji: -
Czas akcji: współcześnie
Ilość stron: 320
Moja ocena: 3,5/6 
 
Clayton Page Aldern, Ciężar natury. Jak zmiany klimatu wpływają na umysł, mózg i ciało?, Wydawnictwo Bo.wiem, 2025

*Naukowcy zresztą zwracają uwagę, że 'średnia" temperatura w ostatnich latach rośnie tak szybko, że w zasadzie trudno już stwierdzić, co jest "normą" albo należałoby te "normy" ciągle aktualizować, w zależności od kolejnych padających rekordów... Tak czy siak mówimy tu o normie dla umiarkowanej strefy klimatycznej, która obowiązywała przez całe wieki, aż do, powiedzmy początku XXIw., kiedy globalne ocieplenie zaczęło być widoczne. 

Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później