Dziki, mroczny brzeg

Charlotte McConaghy to taka australijska Maja Lunde? Autorka znana mi z Migracji, gdzie podejmowała temat wymierania zwierząt, wróciła na polski rynek z przytupem, kolejną powieścią w ekologicznym duchu, która osiągnęła status bestsellera. Zarys fabuły bardzo przypomina Sen o drzewie (tak jak Migracje zazębiały się z Ostatnim...). Akcja Dzikiego, mrocznego brzegu rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości, będącej sceną pogłębiającej się katastrofy klimatycznej i coraz bardziej niszczycielskich katastrof naturalnych. Również tu mamy odizolowaną wysepkę - tylko że położoną w bliskości Antarktydy, nie Arktyki - na której zdeponowano skarbiec nasion. Ponieważ podnosi się poziom oceanów, wysepce grozi zalanie, stąd naukowcy oraz ostatni jej mieszkańcy zostają ewakuowani. Wraz z nimi bezcenne nasiona - lecz okazuje się, że ich przetrwanie wcale nie jest takie oczywiste. W tym newralgicznym momencie na wyspę trafia niezidentyfikowana kobieta, rozbijająca się u brzegu… 

Wyspa Shearwater jest świadkiem naprawdę dramatycznych wydarzeń w iście apokaliptycznym klimacie; napięcie jest namacalne. Autorka oczywiście dawkuje informacje oraz tajemnice stojące zarówno za przybyciem rozbitkowczyni (???), jak i egzystencją na wyspie rodziny “latarnika” oraz tym, co wydarzyło się w związku z odpłynięciem naukowców. Ani ranna kobieta nie ufa swoim wybawcom, ani oni jej (po co ona tam przybyła???). Jednak, trochę z braku wyboru, powoli nawiązuje się między nimi więź (ekstremalne sytuacje zbliżają). I jak zwykle okazuje się, że rzeczy wcale nie miały się tak, jak to widać na pierwszy rzut oka. 

Sporo osób pisze, że powieść ta tchnie takim spokojem, wynikającym z poczucia obcowania (w wyobraźni) z dziewiczą przyrodą: wyspa na krańcu świata gości kolonie fok, pingwinów, morskich ptaków. Człowiek jest tam tylko gościem. Autorka przemyca w treści fabuły ciekawostki z życia tych zwierząt, pokazuje, że są one czującymi, pełnoprawnymi istotami, zasługującymi na szacunek. Znajdziemy tu również wzruszająco podane informacje o niektórych roślinach, zatem całość jest nawoływaniem do ochrony bioróżnorodności. Opis tej wysepki oparty zresztą jest na wyspie naprawdę istniejącej. Tylko trudno odczuwać spokój, w sytuacji kiedy cały ten opisywany mikroekosystem jest zagrożony, a bohaterowie cierpią. Każdy - dosłownie - z bohaterów mierzy się z jakąś traumą, osobistą stratą, żałobą. A jeszcze wliczyć możemy w ten bilans samą wyspę, na której w przeszłości miała miejsce straszliwa przemoc wobec zwierząt. Nic dziwnego, że śmierć unosi się nad tym miejscem, a niektórzy z bohaterów twierdzą nawet, że słyszą głosy duchów… Jakby tego było mało, bohaterowie oprócz traumy z przeszłości odczuwają jeszcze żałobę związaną z nadchodzącą utratą - dotychczasowego domu, środowiska naturalnego oraz lęk o przyszłość, w której trudno dostrzec jakieś światełko nadziei.  

Równolegle toczy się walka o skarbiec nasion, z którego tylko część nasion - najbardziej “przydatnych” dla człowieka - ma być zachowana. Zastanawiałam się, czemu zawsze tak musi być, czemu ten motyw znowu powraca. Skarbiec nasion został przecież stworzony na wypadek ciężkich czasów, katastrofy takiej, po której trzeba by było odbudowywać ekosystem - po czym, kiedy taki czas faktycznie nadchodzi, okazuje się, że ludzie część zasobów chcą wyrzucić, bo “nie stać” nas na ochronę czegokolwiek innego poza nami samymi. Co to znaczy? Czy naprawdę na całej ziemi nie ma miejsca, żeby pomieścić zebrane z takim trudem nasiona? Ile miejsca mogą one zajmować, w porównaniu z naszymi gratami? Czy naprawdę nie możemy zrobić choć tyle, skoro wszystko niszczymy? To krótkowzroczność - pada w Dzikim, mrocznym brzegu, ponieważ sama bioróżnorodność jest nam potrzebna do przetrwania, a roślin potrzebują również zwierzęta. W tym owady - a o tym, co się z nami stanie bez owadów, to już powinniśmy wiedzieć. Naukowiec - biolog, zauważyłby też że jest to krótkowzroczne, ponieważ możemy znać nasze aktualne potrzeby, ale nie możemy przewidywać przyszłych potrzeb. Czyli w przyszłości może się okazać, że jednak to, czego się pozbyliśmy, jest nam potrzebne... Nie wiem czy autorka była tego świadoma i celowo pokazała jak człowiek - jak zwykle - dba tylko o siebie i na tu i teraz, nie na przyszłość, czy też nie. W każdym razie jest to sygnał, że (według autorki) bioróżnorodność nadal jest w oczach ludzi raczej fanaberią (na którą nas "nie stać" - stały refren powtarzany kiedy chodzi o ochronę przyrody), a nie czymś, do czego podchodzimy poważnie, jako do jednego z elementów walki ze zmianami klimatycznymi. Moim zdaniem jednak wybrzmiało to zbyt słabo, tak samo jak brak jest odpowiedzi na pytanie jaki jest sens tworzenia awaryjnego wyjścia, skoro nie chcemy/nie umiemy z niego mądrze skorzystać w kryzysowej sytuacji?  

I znowu tą osobą, która jest najbardziej wrażliwa na przyrodę - jest dziecko (przypomnijmy sobie Sen o drzewie albo Zadziwienie). Dorośli, jak zwykle, zajmują się głównie sobą, skupiając się na przeżyciu własnym i własnej rodziny, i niewiele ponadto. Pewnie dlatego, że w dzieciach i młodych jest ciągle ten idealizm, który trudno już znaleźć u dorosłych, powołujących się na “rozsądek” i “pragmatyzm”, a tak naprawdę to egoizm. Do zmian pobudzają idealiści, ci, którzy wierzą, że można coś zmienić i że nie wszystko musi wyglądać tak “jak zawsze”, a nie pragmatyści - ci drudzy to na ogół ludzie zrezygnowani i wypaleni. 

Zatem jest to opowieść naprawdę mroczna i rozdzierająca serce, o trudnych wyborach, miłości zarówno do swojej rodziny, jak i do przyrody i trudnych wyborach między jednym, a drugim. Powieść, w trakcie której trzeba sobie przypominać, że przecież to jest fikcyjna historia, że to nie wydarzyło się naprawdę, ale i tak zostaje to w głowie i płacze się w poduszkę, że ludzie są tacy beznadziejni. Że wszędzie tam, gdzie pojawia się człowiek, tam jest jakaś krzywda. Nagromadzenie tragedii w Dzikim mrocznym brzegu przytłacza czytelnika - naprawdę jest tego dużo, za dużo moim zdaniem. Świat pędzi do przodu, liczymy pieniądze, a lęki związane z katastrofą klimatyczną, mam wrażenie, znajdują odzwierciedlenie tylko w literaturze. Tylko czy jedynym, co sobie potrafimy wyobrazić, to ponura, apokaliptyczna wizja świata, w którym przyjdzie nam utonąć, spłonąć albo umrzeć z głodu? 

Metryczka: 
Gatunek: powieść 
Główni bohaterowie: 
Miejsce akcji: wyspa Shearwater (fikcyjna)
Czas akcji: w niedalekiej przyszłości
Ilość stron: 336
Moja ocena: 5/6
 
Charlotte McConaghyDziki, mroczny brzeg, Wydawnictwo Filia, 2025


Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później