Chiny jednego dziecka
(...) państwo jednego dziecka z biegiem lat przerodziło się w państwo sfrustrowanych singli, staruszków zmagających się z depresją i dzieci pozostawionych samych sobie.
Reportaż trójki polskich podcasterów i sinologów dotyczy więc wreszcie czegoś innego, niż tematyka tradycyjnie poruszana w debacie o Chinach, tj. nie przemian polityczno-gospodarczych czy nowoczesnych technologii, ale społeczeństwa. Tego, co de facto to społeczeństwo najbardziej interesuje, bo tym przecież jest kwestia założenia rodziny, relacji, wychowywania dzieci. Spraw “najbliższych ciału” i to dosłownie. W dużej mierze jest to reportaż poświęcony sytuacji kobiet, bo przecież to one są obarczane odpowiedzialnością za demografię… I widzę w tym, czego doświadczają chińskie kobiety sporo podobieństw z Polkami. Mianowicie komunizm dał Chinkom emancypację - dał im w ogóle jakiekolwiek prawa w kraju, w którym właściwie nie miały ich żadnych, pozwolił im wyjść z domu, uczyć się, pójść do pracy (czasem nawet wbrew ich woli). Ale ta emancypacja jest projektem niedokończonym, bo patriarchat trzymał się mocno, a kiedy Chiny przeszły na gospodarkę rynkową/kapitalizm w wersji chińskiej (zwał jak zwał, ale jest to kapitalizm) narracja znowu się zmieniła i kobiety stały się pierwszymi ofiarami tych zmian. Pierwsze do wypchnięcia z rynku pracy i pierwsze do ponownego obarczenia tradycyjnymi kobiecymi obowiązkami, z których państwo zaczęło się wycofywać.
Mówi się, że współczesne Chiny przeżywają renesans konserwatyzmu. Wiele badań łączy to z restrukturyzacją gospodarczą charakteryzującą się wycofaniem państwa z sektora publicznego. W efekcie przedrewolucyjne, patriarchalne normy podają rękę postmaoistowskim, neoliberalnym reformom gospodarczym. Ofiarami tego niebywałego sojuszu są chińskie kobiet, które znów wpycha się do nei, sfery prywatnej, domowej.
Wcześniej (...) państwo gwarantowało zatrudnienie, zakwaterowanie, opiekę nad dziećmi. Po reformach zamiast zatrudnienia pojawił się wolny rynek pracy, a wraz z nim bezrobocie i konkurencja; zamiast przydzielanych mieszkań - konieczność zakupu nieruchomości. Nawet opieka zdrowotna i edukacja zostały w dużej mierze sprywatyzowane, a dostęp do nich zależy od dochodów i rejestracji hukou.
Singielki z miast wpadły w okrutną pułapkę stania okrakiem między nowoczesnością a tradycją. W kulturze popularnej (..) są portretowane jako samolubne materialistki, które mają zbyt wysokie wymagania wobec potencjalnego małżonka, a same nie posiadają tradycyjnych kobiecych cech, takich jak opiekuńczość i cnotliwość.
Polityka jednego dziecka odniosła bowiem sukces przede wszystkim w
miastach, gdzie czy syn, czy córka, rodzice inwestowali w dziecko. Zgoła
inaczej wyglądało to jednak na wsiach, gdzie posiadanie syna było
motywowane chęcią przekazania ziemi. Jednak wieś nie stwarzała takich
warunków do rozwoju, jak miasta - tu kłania się pojęcie “Chin dwóch
prędkości”. Skutek taki, że pojawił się rozziew między
wykształconymi za miliony monet kobietami z miast, a niewyedukowanymi i
biedniejszymi mężczyznami ze wsi. To też jest znajome (rolnik szuka
żony!). Mobilność ze wsi do
miasta i
jakiegokolwiek awansu społecznego jest zresztą i tak ograniczona
systemem tzw. hukou, czyli czymś w
rodzaju wewnętrznych paszportów. Nie można się ot tak przeprowadzić,
zwłaszcza do miasta, więc jak ktoś miał niefarta urodzić się na biednej
wsi, to są spore szanse, że zostanie tam na zawsze - a zwłaszcza dotyczy
to mężczyzn. (Oczywiście mimo to sporo Chińczyków migruje do
miast/stref
przemysłowych, żeby tam harować za psie pieniądze i niczego się nie
dorobić, co jest inną sprawą, już bardziej dotyczącą stosunków
gospodarczych i rosnących w Chinach nierówności.) Na dodatek wszystko,
co wiąże się ze znalezieniem żony/męża, a także potem wychowaniem i
edukacją potomka - stało się w Chinach horrendalnie drogie. Przede
wszystkim chodzi o zakup mieszkania, co stanowi klucz do ożenku i należy tradycyjnie do mężczyzny.
Myślicie, że mieszkania w Polsce są drogie? To poczytajcie sobie, jak
jest w Chinach… Jest to zarazem kwestia działająca jak obosieczny miecz -
z jednej strony problemy mają mężczyźni, których na zakup mieszkania
nie stać, a z drugiej i tak przyczynia się to do dyskryminacji kobiet,
gdyż jeśli chłopak ma siostry, to wszystkie wysiłki finansowe idą na
zakup mieszkania dla tego chłopaka, a jego siostry zostają z niczym.
Jeśli myślicie sobie, że to wszystko ma jakiś taki bardzo
materialistyczny wymiar, a gdzie tu miłość i relacje? - to macie rację.
Konfucjusz powrócił - w garniturze i z aktem mieszkania w ręku.
Już abstrahuję od tego, że jedno dziecko zwyczajnie nie zapewnia zastępowalności pokoleń, która jest warunkiem zdrowej demografii. Chińscy decydenci założyli, że tym będą martwić się później, ale sam Xi Jinping już przyznał, że Chiny zestarzały się, zanim zdążyły się wzbogacić. Kolejnym problemem jest bowiem rosnąca liczba osób starszych, do tego często biednych i samotnych, którymi nie ma się kto zająć. KPCh obiecywała, że to państwo się nimi zajmie - i dlatego nie muszą płodzić tylu dzieci - no ale z tej obietnicy się nie wywiązano. Więc:
Pokolenie jedynaków jest ściśnięte między zobowiązaniami wobec własnych dzieci, a odpowiedzialnością za starzejących się rodziców. Dlatego nazywane jest generacją kanapek.
W sytuacji Chinek i Polek jest też oczywiście wiele różnic. Przede wszystkim kwestia aborcji, która w Chinach traktowana jest rzeczywiście jak środek antykoncepcyjny, zwłaszcza, że edukacja seksualna tam praktycznie nie istnieje. Co w sumie jest sprzeczne z polityką ograniczania urodzeń, prawda? Te fragmenty dotyczące aborcji mnie wręcz zszokowały, jeśli porównałam to sobie do histerii, jaka na tym punkcie panuje w Polsce. Poza tym jednym z najciekawszych zagadnień omówionych w tym reportażu była dla mnie edukacja - z jednej strony niedofinansowane wiejskie szkoły, system ciągle obarczony tradycyjnym podejściem odziedziczonym po egzaminach keju, a z drugiej zażarta rywalizacja, do której zmuszane są biedne dzieci (ta historia o dziewczynce marzącej, żeby się “nie wypalić”!), tak że nawet władze postanowiły ten wyścig szczurów ograniczyć… A jak pogodzić edukację, otwarte umysły, kreatywność, będącą przecież warunkiem rozwoju z kultem jednostki i lojalnością wobec ustroju? Czerwoni i kompetentni?
Polityka jednego dziecka została już zniesiona, teraz władze zachęcają do posiadania nawet trójki dzieci, ale zwiększenia dzietności nie widać - ponieważ zmieniły się czasy i uwarunkowania przeróżne. Przede wszystkim Chińczycy wpisują się w trend wszystkich rozwiniętych (i nie tylko) krajów na świecie, w których demografia spada i żadne zachęty tego nie zmieniają. Poza tym państwo już raz złamało swoje obietnice w tej kwestii, więc jak zaufać teraz, kolejnej kampanii, promującej cele dokładnie odwrotne niż kiedyś? Zaufanie do państwa podważają też wszelkie środki przymusowe, zwłaszcza w tak delikatnej kwestii… Po drugie Chińczyków na te dzieci nie stać. Po trzecie - zmiany demograficzne to projekt rozpisany na dekady. Jak to obrazowo przedstawia Peter Zeihan:
Chiny musiałyby zachęcić młodych pracowników, upchanych w mieszkaniach w blokach do posiadania licznych dzieci, choć jednocześnie muszą pracować i opiekować się swoimi rodzicami (a może dziadkami). Musiałyby zapewnić zupełnie nowy poziom opieki zdrowotnej i opieki nad dziećmi, których brak wygenerował nadwyżkę kapitału, umożliwiającą wielki chiński boom gospodarczy.
Ilekroć więc czytam o współczesnych Chinach, na początku wydaje mi się, że przecież zachodzą tam pozytywne zmiany, że władza się stara - chce dobrze - żeby gospodarka się rozwijała, żeby ludzie byli zamożniejsi, wykształceni, zdrowsi - sporo z takich działań jest opisanych w Chinach jednego dziecka - więc w teorii brzmi to dobrze. Tylko, że jak wchodzi się w to głębiej, to za każdym razem okazuje się, że często lekarstwo jest gorsze od choroby, metody nie do przyjęcia, a problemy z jakimi zmagają się w efekcie zwykli ludzie są po prostu koszmarne. Mówiąc wprost "Chińczycy mają przesrane". Wynika to najprawdopodobniej z chińskiego podejścia, że to ludzie są dla państwa, a nie państwo dla ludzi. Gospodarka ma się rozwijać po to, żeby Chiny znowu stały się potęgą, a władze jeszcze mocniejsze, a ludzie, w tym równość płci, są traktowani instrumentalnie. Prawa człowieka to nie jest coś, co jest istotne, zwłaszcza gdy na szali leżą cele polityczne. Chiny wielokrotnie to udowodniły. Potwierdza to taki fragment w reportażu, który mówi o tym, że w ideologii KPCh nie mieści się idea dobrobytu dla wszystkich, ponieważ ten “prowadzi do bierności”. Zatem Chińczycy mają się męczyć, ciężko pracować i walczyć z przeszkodami, bo tak chce państwo… A nagrody za to brak - ani w tym, ani na tamtym świecie (w który Chińczycy nie wierzą). Jest to raczej argument za antynatalizmem, a nie za zwiększeniem dzietności.
Reportaż ten cechuje się merytorycznością, mnóstwem informacji, które są przekazane w jasny, czytelny i ciekawy sposób - same konkrety, zero lania wody. Niektóre z rozdziałów czytało mi się lepiej, inne ciut gorzej, ale różnice są delikatne, zatem nie robię tu żadnego rozróżnienia między trójką autorów. Książka jest też ciekawie wydana - ta grafika na okładce to nie chińskie Dzieciątko Jezus, ani wytwór AI, ale ponoć jeden z plakatów promujących politykę jednego dziecka. W środku też są zdjęcia, a strony są oznaczone grafiką kojarzącą się z Chinami. Czego mi może brakowało, to napomknięcia, że demografia ma również skutki gospodarcze - i że ta zapaść demograficzna, która ma małe szanse na odbudowę, może zniweczyć chińskie marzenia o mocarstwowości (jeśli nie ma być to mocarstwowość kolosa na glinianych nogach). Koniec z tanią siłą roboczą, koniec też z wzrostem napędzanym przez konsumpcję.
Gatunek: reportaż







Komentarze
Prześlij komentarz