Chiny jednego dziecka

W latach 80-tych Chińska Republika Ludowa, niegdyś najludniejszy kraj świata, zaordynowała swoim obywatelom politykę jednego dziecka. Miało to pomóc w modernizacji państwa - im więcej gąb do wyżywienia, tym wydźwignięcie się z biedy trudniejsze - ale też tworzenie ludności “lepszej jakości” - takiej, która będzie wyedukowana i będzie mogła podjąć pracę w nowoczesnej gospodarce. Polityka egzekwowana była jak nie po dobroci, to siłą, gdyż ludzi przyzwyczajonych do robienia wielu dzieci nie jest łatwo przestawić na zupełnie coś przeciwnego. Państwo chińskie jest jednak skuteczne, zatem podziałało. Podziałało tak, że dziś Chiny są w zapaści demograficznej i są jednym z najszybciej starzejących się społeczeństw na świecie.

(...) państwo jednego dziecka z biegiem lat przerodziło się w państwo sfrustrowanych singli, staruszków zmagających się z depresją i dzieci pozostawionych samych sobie.

Reportaż trójki polskich podcasterów i sinologów dotyczy więc wreszcie czegoś innego, niż tematyka tradycyjnie poruszana w debacie o Chinach, tj. nie przemian polityczno-gospodarczych czy nowoczesnych technologii, ale społeczeństwa. Tego, co de facto to społeczeństwo najbardziej interesuje, bo tym przecież jest kwestia założenia rodziny, relacji, wychowywania dzieci. Spraw “najbliższych ciału” i to dosłownie. W dużej mierze jest to reportaż poświęcony sytuacji kobiet, bo przecież to one są obarczane odpowiedzialnością za demografię… I widzę w tym, czego doświadczają chińskie kobiety sporo podobieństw z Polkami. Mianowicie komunizm dał Chinkom emancypację - dał im w ogóle jakiekolwiek prawa w kraju, w którym właściwie nie miały ich żadnych, pozwolił im wyjść z domu, uczyć się, pójść do pracy (czasem nawet wbrew ich woli). Ale ta emancypacja jest projektem niedokończonym, bo patriarchat trzymał się mocno, a kiedy Chiny przeszły na gospodarkę rynkową/kapitalizm w wersji chińskiej (zwał jak zwał, ale jest to kapitalizm) narracja znowu się zmieniła i kobiety stały się pierwszymi ofiarami tych zmian. Pierwsze do wypchnięcia z rynku pracy i pierwsze do ponownego obarczenia tradycyjnymi kobiecymi obowiązkami, z których państwo zaczęło się wycofywać. 

Mówi się, że współczesne Chiny przeżywają renesans konserwatyzmu. Wiele badań łączy to z restrukturyzacją gospodarczą charakteryzującą się wycofaniem państwa z sektora publicznego. W efekcie przedrewolucyjne, patriarchalne normy podają rękę postmaoistowskim, neoliberalnym reformom gospodarczym. Ofiarami tego niebywałego sojuszu są chińskie kobiet, które znów wpycha się do nei, sfery prywatnej, domowej. 

Wcześniej (...) państwo gwarantowało zatrudnienie, zakwaterowanie, opiekę nad dziećmi. Po reformach zamiast zatrudnienia pojawił się wolny rynek pracy, a wraz z nim bezrobocie i konkurencja; zamiast przydzielanych mieszkań - konieczność zakupu nieruchomości. Nawet opieka zdrowotna i edukacja zostały w dużej mierze sprywatyzowane, a dostęp do nich zależy od dochodów i rejestracji hukou. 
Narracja o wykształconych kobietach - jedynaczkach właśnie, beneficjentkach polityki jednego dziecka, które teraz nie mogą znaleźć sobie męża, też brzmi jakoś znajomo, prawda? Bo wykształcenie, dobry zawód, stanowisko swoją drogą, a męża trzeba mieć - tu wracamy do starego dobrego patriarchatu.

Singielki z miast wpadły w okrutną pułapkę stania okrakiem między nowoczesnością a tradycją. W kulturze popularnej (..) są portretowane jako samolubne materialistki, które mają zbyt wysokie wymagania wobec potencjalnego małżonka, a same nie posiadają tradycyjnych kobiecych cech, takich jak opiekuńczość i cnotliwość. 
Tak naprawdę jednak, mimo tej nagonki na singielki, to nie one mają problem, one są raczej poszukiwanym towarem. Zgadnijcie kto w Chinach dotknięty jest “epidemią samotności”? To mężczyźni, co wynika po prostu z czystej matematyki - mężczyzn jest więcej, niż kobiet. I tu przechodzimy do kwestii, która mnie zawsze najbardziej frapowała w tej całej chińskiej (i nie tylko, bo w innych azjatyckich krajach jest podobnie) demografii. Mianowicie było oczywiste, że w kraju od tysiącleci tak głęboko patriarchalnym jak Chiny, gdzie życie kobiety było niewiele warte, gdzie kupczono małymi dziewczynkami albo je wykorzystywano, gdzie kobiety zawsze były tylko podnóżkiem dla mężczyzn - że polityka jednego dziecka będzie prowadzić do ogromu nadużyć, ponieważ Chińczycy będą robić wszystko, by dochować się syna, a nie córki. I rzecz jasna tak było: aborcje, zabijanie już narodzonych dzieci lub pozbywanie się dziewczynek na inne sposoby… to wszystko spowodowało, że Chińczyków jest teraz o wiele więcej, niż Chinek. W Chinach po prostu rośnie armia inceli mówiąc wprost (dosłownych). Nadwyżka mężczyzn to czyste marnotrawstwo z biologicznego punktu widzenia. Także z logicznego punktu widzenia pozbywanie się dziewczynek to strzał w stopę dla społeczeństwa, gdyż ktoś te dzieci musi przecież rodzić - mówiąc brutalnie. No ale jednostka zawsze myśli o swoim interesie, a nie o interesie ogółu - od tego ostatniego są decydenci, którzy jakoś tego nie przewidzieli? Oczywiście państwo próbowało z tym walczyć, ale to było jak zawracanie kijem Jangcy… Zatem, jak piszą autorzy “rodziny, które doczekały się upragnionych synów, stają się ofiarami tradycyjno-kapitalistycznego systemu” - systemu, który jest iście toksyczną mieszanką, jak to wynika z lektury. A problem pogłębia jeszcze coraz większa “niekompatybilność”, Chińczyków i Chinek, gdyż kobiety się rozwijają, a mężczyźni zostają w tyle. Ci ludzie nie wchodzą ze sobą w związki i w ten sposób spirala zapaści demograficznej się nakręca.

Polityka jednego dziecka odniosła bowiem sukces przede wszystkim w miastach, gdzie czy syn, czy córka, rodzice inwestowali w dziecko. Zgoła inaczej wyglądało to jednak na wsiach, gdzie posiadanie syna było motywowane chęcią przekazania ziemi. Jednak wieś nie stwarzała takich warunków do rozwoju, jak miasta - tu kłania się pojęcie “Chin dwóch prędkości”. Skutek taki, że pojawił się rozziew między wykształconymi za miliony monet kobietami z miast, a niewyedukowanymi i biedniejszymi mężczyznami ze wsi. To też jest znajome (rolnik szuka żony!). Mobilność ze wsi do miasta i jakiegokolwiek awansu społecznego jest zresztą i tak ograniczona systemem tzw. hukou, czyli czymś w rodzaju wewnętrznych paszportów. Nie można się ot tak przeprowadzić, zwłaszcza do miasta, więc jak ktoś miał niefarta urodzić się na biednej wsi, to są spore szanse, że zostanie tam na zawsze - a zwłaszcza dotyczy to mężczyzn. (Oczywiście mimo to sporo Chińczyków migruje do miast/stref przemysłowych, żeby tam harować za psie pieniądze i niczego się nie dorobić, co jest inną sprawą, już bardziej dotyczącą stosunków gospodarczych i rosnących w Chinach nierówności.) Na dodatek wszystko, co wiąże się ze znalezieniem żony/męża, a także potem wychowaniem i edukacją potomka - stało się w Chinach horrendalnie drogie. Przede wszystkim chodzi o zakup mieszkania, co stanowi klucz do ożenku i należy tradycyjnie do mężczyzny. Myślicie, że mieszkania w Polsce są drogie? To poczytajcie sobie, jak jest w Chinach… Jest to zarazem kwestia działająca jak obosieczny miecz - z jednej strony problemy mają mężczyźni, których na zakup mieszkania nie stać, a z drugiej i tak przyczynia się to do dyskryminacji kobiet, gdyż jeśli chłopak ma siostry, to wszystkie wysiłki finansowe idą na zakup mieszkania dla tego chłopaka, a jego siostry zostają z niczym. Jeśli myślicie sobie, że to wszystko ma jakiś taki bardzo materialistyczny wymiar, a gdzie tu miłość i relacje? - to macie rację. 

Konfucjusz powrócił - w garniturze i z aktem mieszkania w ręku. 

Już abstrahuję od tego, że jedno dziecko zwyczajnie nie zapewnia zastępowalności pokoleń, która jest warunkiem zdrowej demografii. Chińscy decydenci założyli, że tym będą martwić się później, ale sam Xi Jinping już przyznał, że Chiny zestarzały się, zanim zdążyły się wzbogacić. Kolejnym problemem jest bowiem rosnąca liczba osób starszych, do tego często biednych i samotnych, którymi nie ma się kto zająć. KPCh obiecywała, że to państwo się nimi zajmie - i dlatego nie muszą płodzić tylu dzieci - no ale z tej obietnicy się nie wywiązano. Więc: 

Pokolenie jedynaków jest ściśnięte między zobowiązaniami wobec własnych dzieci, a odpowiedzialnością za starzejących się rodziców. Dlatego nazywane jest generacją kanapek. 

W sytuacji Chinek i Polek jest też oczywiście wiele różnic. Przede wszystkim kwestia aborcji, która w Chinach traktowana jest rzeczywiście jak środek antykoncepcyjny, zwłaszcza, że edukacja seksualna tam praktycznie nie istnieje. Co w sumie jest sprzeczne z polityką ograniczania urodzeń, prawda? Te fragmenty dotyczące aborcji mnie wręcz zszokowały, jeśli porównałam to sobie do histerii, jaka na tym punkcie panuje w Polsce. Poza tym jednym z najciekawszych zagadnień omówionych w tym reportażu była dla mnie edukacja - z jednej strony niedofinansowane wiejskie szkoły, system ciągle obarczony tradycyjnym podejściem odziedziczonym po egzaminach keju, a z drugiej zażarta rywalizacja, do której zmuszane są biedne dzieci (ta historia o dziewczynce marzącej, żeby się “nie wypalić”!), tak że nawet władze postanowiły ten wyścig szczurów ograniczyć… A jak pogodzić edukację, otwarte umysły, kreatywność, będącą przecież warunkiem rozwoju z kultem jednostki i lojalnością wobec ustroju? Czerwoni i kompetentni? 

Polityka jednego dziecka została już zniesiona, teraz władze zachęcają do posiadania nawet trójki dzieci, ale zwiększenia dzietności nie widać - ponieważ zmieniły się czasy i uwarunkowania przeróżne. Przede wszystkim Chińczycy wpisują się w trend wszystkich rozwiniętych (i nie tylko) krajów  na świecie, w których demografia spada i żadne zachęty tego nie zmieniają. Poza tym państwo już raz złamało swoje obietnice w tej kwestii, więc jak zaufać teraz, kolejnej kampanii, promującej cele dokładnie odwrotne niż kiedyś? Zaufanie do państwa podważają też wszelkie środki przymusowe, zwłaszcza w tak delikatnej kwestii… Po drugie Chińczyków na te dzieci nie stać. Po trzecie - zmiany demograficzne to projekt rozpisany na dekady. Jak to obrazowo przedstawia Peter Zeihan: 

Chiny musiałyby zachęcić młodych pracowników, upchanych w mieszkaniach w blokach do posiadania licznych dzieci, choć jednocześnie muszą pracować i opiekować się swoimi rodzicami (a może dziadkami). Musiałyby zapewnić zupełnie nowy poziom opieki zdrowotnej i opieki nad dziećmi, których brak wygenerował nadwyżkę kapitału, umożliwiającą wielki chiński boom gospodarczy. 
W Polsce jak wiemy, to też nie funguje. Okazuje się, że w demografii za dużo dzieci - źle, za mało też źle, ale wszelkie majstrowanie przy niej, jak zresztą przy innych naturalnych procesach, z reguły ma fatalne skutki - i Chiny są tego przykładem. Ale oczywiście wina zostanie zrzucona, jak zwykle na jednostkowe wybory (znowuż - podobnie jak w Polsce), a ofiarami zmieniającej się polityki jak zwykle będą kobiety oraz - znając podejście Chin do praw jednostki - prawa kobiet. Bo - kolejny fikołek - mimo tego, że na kobiety “jest popyt”, że się tak wyrażę, to ich sytuacja - społeczna, ekonomiczna, kulturowa - nadal jest w Chinach, kultywujących tradycyjne wzorce, gorsza od mężczyzn. 

Ilekroć więc czytam o współczesnych Chinach, na początku wydaje mi się, że przecież zachodzą tam pozytywne zmiany, że władza się stara - chce dobrze - żeby gospodarka się rozwijała, żeby ludzie byli zamożniejsi, wykształceni, zdrowsi - sporo z takich działań jest opisanych w Chinach jednego dziecka - więc w teorii brzmi to dobrze. Tylko, że jak wchodzi się w to głębiej, to za każdym razem okazuje się, że często lekarstwo jest gorsze od choroby, metody nie do przyjęcia, a problemy z jakimi zmagają się w efekcie zwykli ludzie są po prostu koszmarne. Mówiąc wprost "Chińczycy mają przesrane". Wynika to najprawdopodobniej z chińskiego podejścia, że to ludzie są dla państwa, a nie państwo dla ludzi. Gospodarka ma się rozwijać po to, żeby Chiny znowu stały się potęgą, a władze jeszcze mocniejsze, a ludzie, w tym równość płci, są traktowani instrumentalnie. Prawa człowieka to nie jest coś, co jest istotne, zwłaszcza gdy na szali leżą cele polityczne. Chiny wielokrotnie to udowodniły. Potwierdza to taki fragment w reportażu, który mówi o tym, że w ideologii KPCh nie mieści się idea dobrobytu dla wszystkich, ponieważ ten “prowadzi do bierności”. Zatem Chińczycy mają się męczyć, ciężko pracować i walczyć z przeszkodami, bo tak chce państwo… A nagrody za to brak - ani w tym, ani na tamtym świecie (w który Chińczycy nie wierzą). Jest to raczej argument za antynatalizmem, a nie za zwiększeniem dzietności.  

Reportaż ten cechuje się merytorycznością, mnóstwem informacji, które są przekazane w jasny, czytelny i ciekawy sposób - same konkrety, zero lania wody. Niektóre z rozdziałów czytało mi się lepiej, inne ciut gorzej, ale różnice są delikatne, zatem nie robię tu żadnego rozróżnienia między trójką autorów. Książka jest też ciekawie wydana - ta grafika na okładce to nie chińskie Dzieciątko Jezus, ani wytwór AI, ale ponoć jeden z plakatów promujących politykę jednego dziecka. W środku też są zdjęcia, a strony są oznaczone grafiką kojarzącą się z Chinami. Czego mi może brakowało, to napomknięcia, że demografia ma również skutki gospodarcze - i że ta zapaść demograficzna, która ma małe szanse na odbudowę, może zniweczyć chińskie marzenia o mocarstwowości (jeśli nie ma być to mocarstwowość kolosa na glinianych nogach). Koniec z tanią siłą roboczą, koniec też z wzrostem napędzanym przez konsumpcję. 

Metryczka: 
Gatunek: reportaż
Główny temat: demografia w Chinach
Miejsce akcji: Chiny
Czas akcji: współcześnie
Ilość stron: 400
Moja ocena: 5,5/6 
 
Piotr Sochoń, Weronika Truszczyńska, Nadia Urban, Chiny jednego dziecka, Wydawnictwo Znak literanova, 2025

Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później