Masło
Narracja zbudowana jest wokół kobiety, oskarżonej o trzy morderstwa - główna bohaterka, reporterka Riko czyni starania o wywiad z oskarżoną. W gruncie rzeczy dzieje się to, co zawsze, a co znamy z innych książek, czy powieści z tym motywem - Riko wpada w sidła rzekomej morderczyni, starając się ją zrozumieć i zaprzyjaźnić. Jak zwykle zbrodniarka jest przedstawiona jako osoba zagadkowa, o nieustalonych motywacjach, pełna sprzeczności, charyzmatyczna i wiedząca coś, czego nie wiedzą zwykli śmiertelnicy. Właśnie tacy wydają się nam ludzie, którzy czynią zło - nieodgadnieni oraz inteligentniejsi, niż cała reszta, którą wodzą za nos. Pewnie wynika to z nieumiejętności zrozumienia tych osób po prostu, a czego próby prowadzą często do bardzo niedobrych rezultatów. Makoto Kajii jest zarazem zaprzeczeniem forsowanego w Japonii ideału kobiety - szczupłej, potulnej, skromnej, delikatnej, poświęcającej się dla innych. Robi co chce, nie dbając o dobro innych, feminizmu nie znosi, podobnie jak margaryny. I to niezależnie, czy mężczyzn, czy kobiet, więc może po prostu jest psychopatką, a nie feministką czy antyfeministką?
Tak czy siak, tajemną mocą Kajii jest gotowanie. Jeśli ktoś lubi książki o jedzeniu i gotowaniu, to jest to książka idealna dla niego! Ilość takich scen, zawartych w fabule, bije na głowę nawet powieści włoskie, w których często eksponowany jest ten motyw. Na stole pojawiają się w dużej ilości dania japońskie, tradycyjne, ale też dania z innych krajów, co pokazuje, jak bardzo zwesternizowała się Japonia… Najlepszym tego przykładem jest świętodziękczynny indyk… Autorka koncentruje się nie tylko na smaku, ale i na teksturze, wrażeniach dotykowych - Magda Gessler byłaby zadowolona. Nawet pod koniec miałam już poczucie przesady, przesytu, czytając po raz kolejny o tym, jak w ustach trzaskają ziarenka ryżu (nomen omen zatęskniłam na japońskim ryżem, który ma smak, w przeciwieństwie do tego, co podajemy u nas). Choć jak na Japonię, to dziwi brak z kolei zwrócenia uwagi na walory estetyczne podania tych potraw. Więc z jednej strony jest to powieść o gotowaniu - jako o tej czynności, która stanowi formę wyrażania miłości i troski, wnosi w życie bohaterów ciepło, buduje więzi, bo kojarzy się z domem rodzinnym (stereotypowo, bo w wielu zabieganych rodzinach dziś przecież wcale się nie gotuje), daje te chwile kiedy możemy się odprężyć i pobyć z innymi. Z drugiej jednak strony fakt, że instrukcje gotowania daje seryjna morderczyni emituje grozę, trochę jakby za chwilę na scenę miał wkroczyć kanibal. Takie połączenie Smażonych, zielonych pomidorów z Pachnidłem…
I dobrze to idzie, ale jakoś tak po połowie wreszcie wkrada się dziwność… Pojawia się jakiś dziwny zwrot akcji, fabuła zaczyna nagle dotyczyć innych motywów i powieść zaczyna się trochę rozłazić w szwach. Jednocześnie dotykamy tego, co jest kluczowe dla problemów Japończyków: braku umiejętności tworzenia więzi, wyobcowania, samotności. Ludzie, nawet żyjący w związkach, ale tak, jakby żyli osobno - najlepiej bez zobowiązań, bez oczekiwań. I z poczuciem, że w razie czego muszą sobie radzić sami, bo poproszenie o pomoc to słabość. Nie mają przyjaciół, żyją sobie a muzom. Tak naprawdę są w środku martwi, oderwani od najważniejszej cechy naszego gatunku: tego, że jesteśmy gatunkiem stadnym i żeby przeżyć potrzebujemy innych. To dociera do głównej bohaterki, tak samo jak wcześniej nierealistyczne oczekiwania społeczne - i niechęć do ich spełniania. i też dlatego koniec tej powieści jest znowu - bardziej w duchu zachodnim, poszukiwania własnej drogi, nieoglądania się na konwenanse, w czym też mieści się gromadzenie wokół siebie bliskich, stających się siecią wsparcia. Takie rzeczy to znamy z produkcji zachodnich, wiecie, tych filmów i książek, kiedy zahukany lub niesympatyczny z początku bohater/ka kończy otoczony wianuszkiem przyjaciół. Więc miałam poczucie, że autorka porzuciła swój pierwotny zamysł i koniec tej powieści jest o czymś innym niż początek i nawet nie chodzi mi to o wątek kryminalny.
Powieść o samotności? O przyjaźni kobiet? Jak dla mnie to jest głównie powieść o pracy emocjonalnej kobiet. Czemu wydawało mi się, że Masło idealnie ilustruje to, o czym pisze Rose Hackman? To oczekiwanie mężczyzn, żeby kobiety ich obsługiwały i zabawiały, oczywiście za darmo. Kajii przecież wykonuje taką właśnie “pracę”, ale fakt, że czerpie z tego jakieś korzyści jest traktowany przez ogół z oburzeniem (jako oszustwo i wyłudzanie pieniędzy od bogu ducha winnych mężczyzn).
Czy prawdziwa tragedia nie tkwiła w tym, że ofiary Kajii myliły szczerą kobiecą opiekuńczość z profesjonalną opieką, za którą powinno się płacić?
Zatem Masło, to powieść o feminizmie - w tym feminizmie, które jest źle rozumiany i źle postrzegany. Czemu Kajii twierdzi, że nie toleruje feminizmu i margaryny? A czego symbolem jest tytułowe masło? Nadmiaru? Społeczeństwo japońskie w szponach kapitalizmu tak samo nie
potrafi zachować umiaru, jak ludzie na Zachodzie. W powieści mamy te
wszystkie fragmenty o raczeniu się wszelkiego rodzaju specjałami, z
całego świata, co przywiodło mi na myśl powieść o Kubie, w
której Hawańczycy głodują i wyszukane potrawy
opisane w starej książce kucharskiej mogą sobie tylko wyobrazić, a
trufli nie widzieli w swoim życiu żadnej, ani żywej, ani martwej. Luksusu? Przyjemności, której sobie odmawiamy, bo nie wypada sobie jej sprawiać, na nią wydawać pieniędzy, bo nie mamy na nią czasu, bo się jej wstydzimy? Bo jak na chwilę odpuścimy, to czujemy wyrzuty sumienia? Bo liczy się "ciężka praca", a nie przyjemność? I koniecznie trzeba wszystkim dawać do zrozumienia, jak nam jest ciężko. Podziwiamy pięknych i bogatych, ale sukces się nie liczy jeśli jest zbyt łatwo osiągnięty. Patrz te zarzuty w stosunku do kogoś, kto schudł, ale nie dzięki umartwianiu się i ćwiczeniom, ale dzięki operacji odsysania tłuszczu. Absurd - co z tego, skoro schudł, a to jest najważniejsze?
To choroba naszych czasów, nie uważasz? Nie liczą się wyniki, tylko to, ile kosztują nas wysiłku. Okazuje się, że za najwybitniejsze jednostki uważani są ci, którzy mają w życiu najciężej. Manako Kajii jest tak surowo krytykowana, bo nie godzi się na życie, w którym musi cierpieć.
Zaklasyfikowanie do kryminału robi tej książce krzywdę, bo na tę powieść składa się dużo więcej. A już zwłaszcza nie widzę związku z Milczeniem owiec i nie widzę sensu tego typu porównań, rodzących tylko oczekiwania, które niechybnie się nie spełniają, a przeoczenie tego, co tu jest istotne.
Gatunek: kryminał







Komentarze
Prześlij komentarz