Pamiętacie reportaż 27 śmierci Toby’ego Obeda, który dla wielu czytelników był takim wstrząsającym odkryciem ciemnego oblicza Kanady? Tymczasem, parafrazując powiedzenie “cudze ganicie, swego nie znacie”, mamy znacznie bliżej, w Europie, przykład takiego zjawiska, jakie zostało opisane w ww. reportażu Onoszko. To progresywna i postępowa Skandynawia, w której sercu jednak panoszy się ksenofobia i prześladowania w stosunku do rdzennego ludu Północy - Saamów. 

Ksenofobia ta ma długą tradycję - Saamowie mają inne dziedzictwo genetyczne, zupełnie inny styl życia oraz obyczaje, niż Nordycy. To lud niegdyś koczowniczy, przemieszczający się za stadami reniferów, o pogańskiej obrzędowości. Wszystko to było niemile widziane, dlatego już w dawnych wiekach Saamowie byli prześladowani, traktowani jako lub gorsi/na niższym stopniu rozwoju, zmuszani do przyjmowania chrześcijaństwa i rezygnacji z własnej tożsamości. W XX wieku sprawę pogorszył krzewiący się nacjonalizm. Państwa skandynawskie (terytoria Saamów znajdują się na obszarze Szwecji, Norwegii i Finlandii) przymusowo zaczęły przesiedlać Saamów (eleganckie określenie dyslokacja), praktykować na nich eugenikę oraz stopniowo wynaradawiać. Powszechnie funkcjonująca inna (i bardziej znana) nazwa Saamów - Lapończycy - ma tak naprawdę negatywne, obraźliwe konotacje, dlatego dziś nie powinno się jej używać. Więcej na ten temat w książce Panowie nas tu przesiedlili i tym artykule

Dziś Saamowie przeważnie wiodą osiadły tryb życia, chodzą co szwedzkich i norweskich szkół, ale ich gorsze traktowanie niestety nie odeszło całkiem w przeszłość, co jest wiodącym wątkiem Kradzieży. Akcja tej powieści dzieje się współcześnie i pokazuje, jak lekceważąco odnoszą się szwedzkie władze do problemów tej społeczności, kultywując starą dobrą ksenofobię. Jako “kradzież” klasyfikowane są akty przemocy wobec reniferów hodowanych przez Saamów (czyli zabijanie tych zwierząt), a wobec tych zdarzeń niepodejmowane są żadne konsekwencje, gdyż policja niezmiennie tłumaczy się brakiem patroli oraz innymi priorytetami... Autorka pokazuje za to konsekwencje, jakie to wszystko dla Saamów - szkody nie tylko materialne, ale i poczucie ciągłego zagrożenia, w jakim żyje wspólnota oraz oczywiście bezradność wobec braku reakcji organów ścigania. Nietrudno też zgadnąć, że bezkarność sprawców będzie prowadzić do eskalacji przemocy - a wtedy będzie jak zawsze, kiedy skargi ofiar są lekceważone: wydarza się tragedia, za którą główne odium spada na ofiarę, a nie na przemocowca, bo dziwnym trafem to, że ów maltretował ofiarę przez lata (a policja stwierdzała, że “nic nie może zrobić”, bo np. nie stała się nikomu krzywda fizyczna lub dowodów na przemoc brak), nie jest brane pod uwagę… 

Szczerze mówiąc ta książka była dla mnie bardzo trudna do przetrawienia. Raz, że oburzenie wzbudza cała ta powyżej opisana niesprawiedliwość - w głowie się nie mieści, że policja w cywilizowanym kraju może lekceważyć jakiś przestępczy proceder na taką skalę. Można postępowanie umorzyć raz, dwa, a nawet kilka, ale nie kiedy doniesień jest setka - i udawać, że nigdy “nie ma patrolu w pobliżu” i że problemu nie ma…Ileż można i jak to świadczy o funkcjonowaniu państwa prawa? A to co dzieje się w powieści oparte jest na faktach i na wspomnieniach autorki. Trudno też uwierzyć, że takie rzeczy dzieją się współcześnie i w państwach postrzeganych jako wyjątkowo postępowe - a w gruncie rzeczy niechęć przejawiana w stosunku do Saamów przez zwykłych ludzi jest dobrze znaną niechęcią wobec “obcych”, występującą pod każdą szerokością geograficzną. Argumenty podawane przez przeciwników wypasu reniferów wyglądały jak wypisz wymaluj argumenty naszych krzykaczy sprzeciwiających się np. zakazowi stosowania fajerwerków (w trosce o zwierzęta): ludzie są ważniejsi od zwierząt, ludzie mają prawo do zabawy i nikt nie będzie mi tu ograniczać mojej wolności

Zwierzęta nie są ważniejsze od ludzi, a przebywanie na łonie natury jest dla mieszkańców naszej gminy największą świętością. 
Nie będzie mi tu, kurwa, jakaś grupka Lapończyków decydować o tym, jak mam spędzać Wielkanoc. Rozjechać jebane renifery!!!
Każdy mieszka tu z jednego powodu: chcemy przebywać na łonie natury, jak tylko mamy wolne od kopalni albo innej pracy. Saamowie chcą pracować ramię w ramię z nami, a jednocześnie zabraniają nam poruszać się tam, gdzie chcemy. (...) Najlepiej będzie wystrzelać wszystko, co się nawinie. Żadnych reniferów - żadnych praw.
Dodam, że przez owo “przebywanie na łonie natury” owi krzykacze rozumieją bynajmniej nie spacery po lesie, ale rozjeżdżanie owej natury skuterami i quadami. Co zresztą zarzucane jest też Saamom, tak jakby Szwedzi oczekiwali, że ludzie ci zamkną się w skansenie i będą żyć jak 200 lat temu… 
Jak, do kurwy nędzy, można tych górskich Cyganów nazywać jedynym rdzennym ludem Europy? Najpierw pierdolą coś o konieczności zachowania tradycyjnej hodowli reniferów, a potem jeżdżą w tę i we w tę na skuterach i quadach, żeby zapanować nad stadem. 
Po drugie, ta powieść była dla mnie nie tylko opowieścią o niesprawiedliwości wyrządzanej ludziom, ale przede wszystkim o krzywdzie zwierząt, w tym zawiera kilka mocno drastycznych scen znęcania się nad reniferami - i to już był dla mnie hardcore. Widać, że ta nienawiść lokalnej społeczności jest wymierzona również w zwierzęta, postrzegane głównie jako przeszkoda ku temu, żeby człowiek mógł sobie robić na “łonie natury” co mu się podoba. No chyba, że podoba mu się do nich strzelać… To, że zwykli ludzie nadal mają takie poglądy, w sumie nie dziwi, ale dziwiło mnie, że państwo (w tym przypadku Szwecja) tak bardzo ignoruje znęcanie się nad nimi na terenie wpisanym przecież do Światowej Księgi Dziedzictwa UNESCO - czyli będącym czymś, czym nie tylko można się chlubić, ale też trzeba o to dbać i chronić. Nadmienić trzeba, że Saamowie mają zupełnie inne podejście - nie uważają, że renifery są ich “własnością”, czy jedynie “składnikiem majątku”, albo kawałkiem mięsa, jak dla zwykłego hodowcy stado bydła. Renifery to czujące, żywe istoty, w gruncie rzeczy zwierzęta nadal dzikie, choć w pewnym stopniu udomowione, a Saamowe czują z nimi więź. Nic dziwnego, że trudno im jest się pogodzić z interpretacją szwedzkiego prawa, uprzedmiatawiającą zwierzę i postrzegającą jego zabicie jako “kradzież”. Autorka opisuje, jak bohaterowie powieści idąc na pastwiska odczuwają zamiast radości strach, czy znowu nie wydarzyło się coś złego. Trudne to było także dla mnie - i tu muszę zaprotestować przeciwko narracji, że “kto nie jest hodowcą reniferów ten tego nie zrozumie”, bo ja rozumiałam doskonale, co czuli ci bohaterowie. To taka sama sytuacja, kiedy idziesz do lasu, czy nad rzekę i zamiast radości z kontaktu z naturą, towarzyszy ci lęk, gdyż obserwujesz dookoła skutki katastrofy klimatycznej oraz bezpośrednio destrukcyjnej działalności człowieka na przyrodę (tu znowu coś wycięli, zagrodzili, wybudowali…). Katastrofa klimatyczna jest zresztą kolejnym zmartwieniem Saamów, gdyż zagraża ona egzystencji reniferów, a co za tym idzie podstawie egzystencji także tych ludzi - co również Kradzież porusza. W dodatku te cenne przyrodniczo tereny Laponii są coraz bardziej zawłaszczane przez ludzi, w tym pod działalność przemysłową. Młodzi Saamowie widzą swoją przyszłość w czarnych barwach, jeśliby chcieli pozostać przy tradycyjnym stylu życia. 

Zatem nie jest to milutka, “letnia” powieść - jest mocno i jest kontrowersyjnie (tym bardziej, że jednak jest to narracja jednostronna…). Dość trudno też wejść w tę narrację - pierwsza część Kradzieży jest taka trochę o niczym, może dlatego, że to opowieść z perspektywy dziecka. Stanowi ona wprowadzenie do rodziny głównej bohaterki, Elsy, pokazanie jak żyją Saamowie. Płynie to powoli. Akcja stopniowo zagęszcza się w kolejnych częściach, kiedy przeskakujemy wprzód - Elsa jest już dorosła, ale mimo tych lat, jakie upłynęły, ciągle żyje pamięcią o traumie z dzieciństwa, ciągle też trwają ataki na renifery, a narracja szwedzkiej policji się nie zmienia. Elsa mimo tego nie daje za wygraną i obiecuje sobie, że doprowadzi do ujęcia sprawcy. Przy okazji dowiadujemy się coraz więcej na temat funkcjonowania społeczności Saamów, w tym obowiązującego w niej patriarchatu. Autorka dozuje te informacje oszczędnie, powiedziałabym, choć przecież cała fabuła na nich bazuje. Oszczędny styl pasuje do Skandynawii, jak najbardziej, równoważył on też emocje, jakie we mnie buzowały, ale zabrakło mi w Kradzieży treści wyjaśniających podstawowe tak naprawdę fakty: rozwinięcia jaka jest historia i obyczaje Saamów, z czego biorą się te antagonizmy między Saamami, a pozostałymi mieszkańcami, dlatego wśród Saamów jest tak wysoki wskaźnik samobójstw, jak wygląda hodowla reniferów i jakie są zwyczaje tych zwierząt. To jest napisane tak, jakby czytelnik to wiedział, w tekście są też wyrażenia z języka lapońskiego, które nie są tłumaczone (tytuły rozdziałów do po prostu liczebniki - jak wydedukowałam sama - więc można nauczyć się liczyć po lapońsku ;). Jeśli więc ktoś jest zainteresowany całą tą otoczką - a Kradzież na pewno to zainteresowanie pobudza, to powinien sięgnąć po dodatkowe teksty, takie jak np. wspomniany reportaż Panowie nas tu przesiedli lub audioreportaż Saamowie. Wyrzut sumienia Skandynawii

Metryczka: 
Gatunek: powieść współczesna
Główna bohaterka: Elsa
Miejsce akcji: Szwecja
Czas akcji: współcześnie
Ilość stron: 448
Moja ocena: 5/6
 
Ann-Helen LaestadiusKradzież, Wydawnictwo Mova, 2023


Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później