Powieści Erica-Emmanuela Schmitta czyta mi się bardzo przyjemnie, mimo to zawsze mam przy nich poczucie, że to jest taka literatura średniej półki. I to nawet mimo to, że autor porusza w nich ważne ogólnoludzkie tematy. W przypadku cyklu Podróż przez czas miało to być spojrzenie na całą naszą historię, ukazując momenty przełomu, katastrofy, rewolucje, z komentarzem dotyczącym punktu, do którego dobrnęliśmy. Zamysł bardzo ambitny, rozpisany na kilka części - byłam przekonana, że trzy, ale  doczytałam, że nawet osiem! 

Pierwsza część cyklu cofa nas do najdawniejszych dziejów, do czasów neolitu. Danych na temat tego, jak wówczas żyli ludzie jest bardzo mało, stąd pozostaje nam w dużej mierze snucie domysłów, co też czyni i autor. Więc Raje utracone to czysta fikcja literacka, wpadająca w baśń. Tym bardziej, że mamy w niej zapoczątkowany fantastyczny wątek nieśmiertelnego bohatera oraz oczywiste nawiązania do biblijnego Potopu, który jest historią nie tyle starotestamentową, co zakotwiczoną w różnych dawnych opowieściach/mitach, a te z kolei mają swoje źródło w autentycznych wydarzeniach, co na szczęście jest wytłumaczone na koniec książki. I tak, z jednej strony Schmitt podpiera się komentarzami historycznymi, ale z drugiej czasami się zapomina w jakiej epoce jesteśmy… Przyznaję jednak, że autor ciekawie to rozegrał, zwłaszcza tworząc bohaterów o skomplikowanych, niejednoznacznych osobowościach, co pokazuje, że ci ludzie żyjący przed tysiącami lat byli tacy sami, jak my. I wiele z ich atawistycznych instynktów zresztą nadal tkwi w człowieku współczesnym, na pozór cywilizowanym, np. strach przed obcymi (będący napędem do ksenofobii i straszenia imigrantami). Albo (ewolucyjnie uzasadnione) przedkładanie tu i teraz nad odległą przyszłość. Jednocześnie wiele zdobyczy cywilizacji tak mocno wryło się w naszą mentalność, że uznajemy za naturalne coś, co wcale takie nie jest - np. zapomnieliśmy, że niegdyś wszyscy byliśmy nomadami i że to wędrówka nas stworzyła, a nie przywiązanie do jednego miejsca/miasta/kraju. Podobały mi się komentarze Schmitta odnośnie ludzkiej natury, rewolucji agrarnej, czy związku z naturą. Rzecz jasna pisarz korzystał tu ze zdobyczy licznych badaczy - antropologów, historyków, filozofów, którzy opisali te rzeczy, ale mądrych słów nigdy dość: 

Zwolennicy starego chcą chronić świat nie taki, jakim jest, lecz taki, jakim był. W ich oczach teraźniejszość, już skażona, wywołuje sprzeciw. Bez wahania wskazują dobry model przeszłości, której nie znali. (...) Nowocześni, ceniąc innowację, uważają się za racjonalnych i pragmatycznych, chociaż igrają z ogniem i zmieniają się w podpalaczy. Nie tylko niszczą to, co istnieje, lecz także wprowadzają elementy, których przyszłości ani niuansów nie przeczuwają. Mój ojciec wprowadził u nas rolnictwo, widząc w nim postęp. Nie wyobrażał sobie, że dla ludzkości życie całkowicie skupione na roli prowadzi do nadmiernego obciążenia pracą, do definitywnego zapuszczenia korzeni, do palenia lasów, przekreślania różnorodności flory i fauny, zmagania się z klęskami głodu, zubożenia odżywiania, pojawienia się grabieży i wojen, a nawet do przeludnienia ziemi. Postęp nie jest jedynie historią wiedzy, bo okazuje się również historią ignorancji: wywołuje zaślepienie co do konsekwencji. 
Wyraźnie wybrzmiewa w Rajach utraconych, że ludzie mają skłonność do romantyzowania przeszłości i jakichś mitycznych “starych dobrych czasów”, które tak naprawdę nie istniały. Bo jak się tak szczerze zastanowić, to kiedy było tak “dobrze”, że chcielibyście żyć w tamtej epoce? Zakładając, że bylibyście zwykłym “zjadaczem chleba”, a nie kimś należącym do elit. Trzeba by się było nad tym naprawdę zastanowić. Niektórzy w tym romantyzowaniu posuwają się właśnie aż do czasów prehistorycznych - i dla nich Schmitt też nie ma dobrych wiadomości, przedstawiając nie tylko blaski, ale i cienie tej epoki. Poza tym czasu nie da się cofnąć…* Z kolei niepohamowany postęp, dla samego postępu i bez baczenia na jego konsekwencje - prowadzi do katastrofy. Takiej, jak obecnie… Tym, co utraciliśmy wskutek owego “postępu”, “racjonalności” (nazbyt często podpieranej jednak naszymi własnymi wymysłami, takimi jak religia) jest szacunek dla natury, poczucie więzi z nią i bycia jej częścią. I ów szacunek dla natury był chyba największą zaletą owych “rajów utraconych”.  Wiele zasobów utraciliśmy bezpowrotnie. 

Gdy słupy dymu wznosiły się ku niebu, przechodziły mnie dreszcze: moi współcześni podpalali coś więcej, niż skrawek ziemi, niszczyli pewien sposób jej zamieszkiwania. Odtąd Natura była własnością człowieka, który nie tylko kolonizował kolejne obszary, lecz także przywłaszczał sobie kolejne gatunki roślin lub zwierząt (...). Żyjąc wśród innych żywych stworzeń byliśmy jedynie chwilowymi gośćmi. Teraz ta równość ulegała zachwianiu. Teraz człowiek uważał, że stoi ponad Naturą, którą przeobraża. (...) Pokora zanikała, harmonia również. Moje raje zostały utracone. 
Wśród wad nieśmiertelności jest jedna, która dla mnie byłaby bardzo dotkliwa: obserwowanie tych wszystkich zmian, tego, jak wskutek działalności ludzi umiera to, co znam i kocham. Już obecnie, biorąc jako horyzont czasowy ledwie kilkadziesiąt lat, jakie żyje człowiek, jest to trudne, a w miarę jak postęp przyspiesza staje się często zbyt trudne (być może również do przyczynia się do współczesnej epidemii zaburzeń psychicznych, czego nie bierzemy pod uwagę). Co dopiero, gdyby skala porównawcza obejmowała tysiąclecia. Jak to się stało - naszła mnie refleksja - że to, co niegdyś normalne, naturalne - zatem troska o inne żywe istoty - dziś traktowane jest jako dziwactwo (a przez niektórych nawet potępiane jako szkodliwe dziwactwo!). Człowiek uważa się nie tylko za “koronę stworzenia” (mając jednakowoż nikłą wiedzę o innych stworzeniach), ale i pępek świata, co nigdzie nie jest to bardziej widoczne, jak w pismach religijnych: 

Ludzie wszystko odnoszą do siebie. Wydarzenia nie zachodzą, przytrafiają się im. (...) Klęska poza tym, że ciężko ich doświadcza, okazuje się przesłaniem pod ich adresem. Nieważne, że giną zwierzęta, marnieją rośliny, pustynie wyjaławiają pola i lasy, jest ona skierowana do nich i tylko do nich. Któż to do nich przemawia za pośrednictwem tajfunów i kataklizmów? Bogowie, gdy się od nich roiło, Bóg odkąd został kawalerem, Natura teraz, gdy Bóg jest nieobecny. Zawsze jakaś inteligentna istota udziela im lekcji. (...) Zarozumialcy twierdzą, że Moc zachęca ich do pokory, ale jednocześnie brakuje im pokory, bo mienią się środkiem i celem stworzenia. 
Nie byłabym oczywiście sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na oczywiste nawiązania do współczesnej katastrofy klimatycznej, tym razem ściągniętej na Ziemię przez człowieka, a nie - jak dawniej - przez Bogów lub niezbadane siły natury. 

W naszych czasach sytuacja się odwróciła: ludzie wiedzą, ale nie wierzą. (...) Chociaż ocieplenie atmosfery i jego konsekwencje zostały potwierdzone przez naukę, ani nie dają temu wiary, ani nie zwracają na to uwagi. W mniemaniu Noama tylko ekolodzy i survivalowcy mają tę zaletę, ze wierzą w to, co wiedzą. 

Dziwne natomiast, że za “nieracjonalną” nadal nie uważa się przemocy, skoro jest ona tak wszechobecna. Źródeł przemocy też autor szuka w przejściu na osiadły tryb życia z jego gromadzeniem dóbr, a co za tym idzie potrzebą ich obrony: 

Technika pociągała za sobą bogactwo, bogactwo pociągało za sobą siłę, siła pociągała za sobą zbrojenia, a w miarę udoskonalania broni narastała agresywność. 

Choć były momenty, które mnie w Rajach utraconych nużyły, to całość oceniam bardzo dobrze i przyznaję, że zaciekawiło mnie, jakie będą dalsze losy Noama, opisane w kolejnych książkach z tej serii. 

Druga część cyklu poświęcona jest narodzinom naszej "zachodniej" cywilizacji i ośrodków miejskich. W Bramie do nieba autor znowu odwołuje się do opowieści znanych z Biblii, biorąc na tapet budowę wieży Babel oraz historię Abrahama i narodziny judaizmu. Noam nadal krąży po świecie, szukając swojej ukochanej i w ten sposób trafia do starożytnych miast, znanych z na poły legendarnych przekazów. I tu autor ma do powiedzenia kilka gorzkich słów na temat tego, jakim sztucznym tworem są miasta: 
 
 

Babel dręczył zwierzęta: czy tygrys, którym Nimrod interesował się raz na księżyc, zasługiwał na to, by tracić wolność, rodzinę, step? Babel bezcześcił rośliny: ścinano głowy ziół wyłącznie po to, żeby zrobić trawnik, skracano gałęzie ze względu na widok, ograniczano przestrzeń lipie (...). Babel zbrukał nawet materię: glinę suszono i wypalano, by skończyła się w postaci cegieł, bitum pobierano ze źródeł w celu spajania i uszczelniania, piaski mieszano z mułem (...). Królowała wyłącznie sztuczność, triumfowała przemoc. Już nic nie było żywe. Babel rozwijał się dzięki śmierci, którą zadawał wszystkiemu, czemu dotknął. 
To ciekawe, bo Schmitt właściwie pisze dokładnie to samo, co Wilhelm Fraenger w swojej interpretacji Raju ziemskiego Hieronima Boscha (z którego zaczerpnięto grafikę na okładkę Raju utraconego; na okładce Bramy do nieba mamy z kolei Wieżę Babel Petera Bruegela, uważanego za "spadkobiercę" Boscha): 

Żywioł ziemi ujął malarz w formę ogromnej warowni, łącząc ze sobą czarne sylwety wież obronnych, murów, zamków i baszt. Obwinił w ten sposób człowieka o odejście od społeczności Ziemi, o odsunięcie się od pokojowej przyrody za wały nieufności. Miasto jest dla Boscha symbolem szańca nieprzyjaźni, żądzy, władzy i gwałtu. Odchodząc od boskiej przyrody, ludzkość wydała samą siebie na pastwę wojny, która każe legionom szturmującym pod wodzą kapitana, jadącego na oklep na ognistej salamandrze, maszerować z chorągwiami, lancami i rogami sygnałowymi. 

Można by zatem powiedzieć, że budując miasta, zbudowaliśmy "cywilizację śmierci", by posłużyć się tym niesławnym sformułowaniem. Mimo to:  

(...) Babel stanowił początek. W gruzach legła wieża, a nie pragnienie wieży. A wraz z nim pycha, przesada, próżność. Człowiek przekracza pewną granicę, wynosząc się ponad naturę, ignorując swoje miejsce we wszechświecie, uważając się za lepszego od wszystkiego poza nim samym. Buduje miasta wymyśla pismo, naukę, hierarchie społeczne i mimo porażek czy ślepych zaułków nigdy się nie cofnie. (...) Od jednego przekroczenia granicy do następnego, szalona przygoda trwa. 
Tak, przygoda trwa i dziś po tysiącach lat historia wydaje się zataczać koło, bo to znowu Bliski Wschód przoduje w wyścigu kto wybuduje najwyższy (i najdroższy) budynek na świecie. Prawdziwie sięgający nieba. Również za pomocą niewolniczej de facto siły roboczej... Budujemy sztuczne wyspy, liniowe miasta na pustyni... 

Francuski pisarz dokonuje więc bardzo zgrabnej przeróbki tych biblijnych, ale na poły też mitologicznych wątków (wszak Biblia też zawiera różne naleciałości), może odzierając je przy tej okazji ze świętości i czyniąc z nich historię o ludziach z krwi i kości, zarazem łącząc je z naszymi współczesnymi problemami (postać nastoletniej aktywistki klimatycznej!). Słabością tego cyklu jest dla mnie zbyt wyidealizowana postać głównego bohatera, który oczywiście jest mądry (co w sumie nie dziwi, skoro ma do dyspozycji tak długie życie), ale też szlachetny, wspaniałomyślny, niemal nie popełnia błędów. No i czemu jak ktoś jest nieśmiertelny, to od razu musi znaczyć, że ma do czynienia z wszystkimi sławnymi osobistościami w dziejach ludzkości? Z tym spotykam się za każdym razem w przypadku motywu nieśmiertelności. Także wątek miłosny z ciągle nieuchwytną (i antypatyczną jak dla mnie, zwłaszcza po tym, co wywija w Bramie do nieba) Nurą, nie zachwyca. Zobaczymy, jak to się potoczy... 

Metryczka: 
Gatunek: powieść 
Główny bohater: Noam
Miejsce akcji: Bliski Wschód
Czas akcji: dawno dawno temu
Ilość stron: 496
Moja ocena: 5/6
 
Eric-Emmanuel SchmittRaje utracone/Brama do nieba, Wydawnictwo Znak Literanova, 2022/2023


*tu a propos fanów neolitu i diety paleo, pomyślałam sobie, że ci fani nie biorą pod uwagę tego, jak bardzo zmieniła się żywność od czasów prehistorycznych - to, co jemy dziś jest efektem ludzkich wysiłków w przekształcanie płodów ziemi (np. większość znanych nam owoców nie istniała w znanej nam formie w neolicie), a też po lasach (przetrzebionych) nie hasa tyle dzikiej zwierzyny, by wyżywić ludzkość. Ze kiedyś ludzkość liczyła sobie w najlepszym razie kilka milionów a nie miliardów osobników, a żeby wyżywić te 8 miliardów potrzebne są te wszystkie modyfikacje, na które tak sarkamy. 


Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później