Wszystko to zbyt małe
O ile w pierwszych esejach - np. tym tyczącym pomysłów Marie
Kondo (książki to "tylko informacje", więc można bez zbędnych ceregieli je wyrzucić!), rozdziale o współczesnych kobiecych powieściach
fragmentarycznych albo ciekawej choć przegadanej analizie trendu
uważności, faktycznie łapałam wspólny vibe z autorką, to inne
odbierałam jako odleciane i zupełnie nic nie wnoszące, że wspomnę tu o
eseju o głodzeniu się/obżeraniu, czy tym, w którym autorka streszcza
kolejne obrzydliwe filmy Davida Cronenberga (twórcy tzw. body horrorów). Przede wszystkim o nadmiarze jest tylko niewielka część esejów, bo jakoś nie potrafię dostrzec związku z tematyką równości czy seksu, do którego autorka zresztą uporczywie wraca. W tym rozdziale Rothfeld długo omawia dwie książki nowych amerykańskich purytanek, pomstujących na swobodę seksualną i upadek obyczajów. Nic nowego i zasługującego na taką perorę - wystarczyłoby napisać, że poglądy tych pań nie odbiegają od wiktoriańskiej tradycyjnej moralności i cofają nas do czasów sprzed seksualnej rewolucji. W praktycznie każdym z rozdziałów pisarka streszcza i analizuje jakieś książki czy filmy, przy czym ja miałam poczucie, że to, czym Rothfeld się oburza, krytykuje, czy ekscytuje jest mi doskonale obojętne, a jej wywody mnie nudzą. Żeby to jeszcze była mowa o klasyce, czy o jakichś dziełach powszechnie znanych - ale większość z tych tworów po prostu nie znałam.
Autorka niewątpliwie jest wierna filozofii maksymalizmu także w kwestii użycia słowa pisanego. Jest “na bogato” - mamy tu bardzo wiele odniesień do innych książek, czy filmów, ale cała warstwa narracyjna także jest barokowa i przebogata. Mnóstwo dzielenia włosa na czworo, dywagacji, obudowanych bardzo wieloma mądrymi słowami, a prowadzących zasadniczo do niczego. Przy czym z tymi bardzo mądrymi słowami sąsiadują tu sformułowania bardzo, że tak to ujmę, kolokwialne, co na mnie robiło wrażenie przeszarżowania. Istotnie “retoryczna przesada” w pełnej krasie. Nic dziwnego, autorka studiowała filozofię, jednak przekładać swoich myśli na słowo pisane - moim zdaniem nie potrafi. Jej styl jest tak zagmatwany, niejasny, że często trudno mi było się połapać o co właściwie jej chodzi. Czy w eseju dotyczącym faktycznej zgody na seks pisarka jest właściwie “za” czy “przeciw”? Te rozważania są tak zawiłe, że zastanawiałam się nie tylko nad ich związkami z głównym tematem książki, ale nad tym, o czym w ogóle to jest. Ja jestem maksymalistką, co widać też po moich tekstach - ale lubię konkrety, a nie filozofowanie i przynudzanie oderwane od życia. Może jestem zbyt mało inteligentna jak na Beccę Rothfeld, która w tej książce bardzo, ale to bardzo chce pokazać jaka jest inteligentna i oczytana, a przy tym oryginalna i obrazoburcza. Tylko że efekt jest przeciwny, bo wychodzi na przeintelektualizowaną i protekcjonalną pańcię, która utknęła w pełnych samopodziwu akademickich rozważaniach. Miało być erudycyjnie, a wyszła z tego "samochwała, co w kącie stała".
Gatunek: eseje







Komentarze
Prześlij komentarz