Miasto na Marsie
Punktem wyjścia tej książki jest rozważenie argumentów ZA kolonizacją kosmosu - autorzy - Kelly i Zach Weinersmithowie - proponują, żeby “zejść na Ziemię” i spojrzeć na sprawy realnie, a nie życzeniowo. Wrócimy jeszcze do tego. Jak w ogóle przetrwać na tym Marsie, jak już do niego dolecimy, to też jest coś, czym raczej się entuzjaści lotów w kosmos mało zajmują, a jest to raczej kluczowa sprawa dla kolonizacji. Kolonizacja to nie jest to samo co pobyt na chwilę: tydzień, miesiąc, a nawet rok. Jak wiadomo nawet tak krótkie pobyty w przestrzeni kosmicznej powodują u ludzi znaczne problemy zdrowotne i to nie tylko fizyczne. Jak poradzić sobie z tym na dłuższą metę? Albo na Marsie? Tego nikt nie wie, gdyż jeśli przeprowadzane są jakieś badania to tylko te, dotyczące krótkich pobytów w kosmosie. Autorzy zwracają zresztą uwagę na niemierzalność badań dotyczących wpływu pobytu w kosmosie na ludzką psychikę. Te wyniki są trudne do zweryfikowania (często podnoszony problem dotyczący badań psychologiczny to brak ich replikowalności, a poza tym ja dodałabym jeszcze niereprezentatywność próby - astronautami są wybrani, starannie wyselekcjonowani ludzie). A co z leczeniem poza Ziemią? A co z rodzeniem dzieci i ich wychowywaniem w warunkach, niezupełnie zdrowych, nazwijmy to eufemistycznie? Czy te dzieci w ogóle będą się rodzić i ile z nich będzie przeżywać? Dalej: gdzie mieszkać na tym Marsie (i jak wybudować tam te domy/schronienia/zwał jak zwał). Jak produkować żywność (pamiętacie Marsjanina - no więc nie, chyba jednak nie byłoby to takie proste)? Skąd brać wodę? Energię? A to tylko podstawowe kwestie - przyznacie sami, że życie dzisiejszego człowieka nie sprowadza się tylko do podstawowych czynności i walki o zaspokojenie podstawowych potrzeb, a na więcej raczej w takim kosmosie nie ma co liczyć..
Po omówieniu tych, jakże istotnych kwestii, autorzy sporo miejsca poświęcają kosmicznemu prawu, czyli przepisom regulującym co mogą robić państwa w przestrzeni kosmicznej, które to przepisy - a to ci niespodzianka - były ustanowione jakieś 60 lat temu i nie były aktualizowane od tego czasu… Co może rodzić pewien problem w sytuacji, kiedy dziś wyścig kosmiczny ruszył z kopyta i włączyły się do niego aktywnie Chiny. O dziurawym kosmicznym prawie też rzadko słyszymy, kiedy mowa jest o kolejnych pomysłach dotyczących kolonizacji Marsa…
Na przykład jak stworzyć ramy prawne zapewniające bezpieczeństwo mieszkańcom Układu Słonecznego, w którym dziesiątki krajów, korporacji, a może i pojedynczych ludzi mogą wysyłać kierunku naszej macierzystej planety obiekty o wielkości pozwalającej na anihilację dinozaurów? (...) odkryliśmy, ze tego rodzaju wątpliwości są (z nielicznymi wyjątkami ignorowane), a wręcz traktowane wrogo przez rzeczników kolonizacji kosmosu.
Im bardziej zagłębialiśmy się w temat, tym bardziej rósł nasz niepokój. Jak ma funkcjonować demokracja w społeczeństwie, w którym powietrze jest racjonowane, a kontrolę nad jego dystrybucją sprawuje korporacja? (...) Jak uniknąć sporów terytorialnych, skoro niektóre rejony kosmosu są atrakcyjniejsze od innych?
Redaktorzy zabronili nam serwowania czytelnikom 10-stronicowej tyrady o potencjalnej opłacalności pozyskiwania helu-3, lecz jeśli chcecie się przekonać, jak wygląda nerd na skraju histerii, postawcie nam piwo i zadajcie to pytanie. W skrócie owszem: hel-3 częściej występuje na Księżycu niż na Ziemi, ale jego złoża są tam bardzo rozproszone. Mówimy o częściach na miliard. (...) Trzeba by przetworzyć kilometry kwadratowe powierzchni księżyca, by uzyskać przyzwoitą ilość tego pierwiastka. A do czego on może się przydać? Otóż w niewielkiej liczbie zastosowań medycznych oraz futurystycznych reaktorach termojądrowych, które na pewno świetnie by działały, tylko że na razie nie umiemy ich budować (...)
Nie zmądrzejemy od tego, że polecimy do gwiazd. Musimy zmądrzeć, aby tam polecieć.
Wróćmy teraz do argumentów za kolonizacją, które - moim skromnym zdaniem - są nie do obrony. Nie tylko dlatego, że póki co porywamy się z motyką na słońce, ale przede wszystkim, nie dorośliśmy też do tego mentalnie. Kolonizacja kosmosu miałaby rzekomo uchronić nasz gatunek przed wyginięciem - to najczęstszy argument. Czy ludzkość powinna przystąpić do zasiedlania kosmosu tylko dlatego, że zmniejsza ono prawdopodobieństwo naszego wyginięcia jako gatunku? - pada pytanie. Może byśmy zatem zaczęli od łatwiejszych sposobów zmniejszania tego prawdopodobieństwa wyginięcia gatunku przez zaprzestanie produkcji coraz to nowych i bardziej śmiercionośnych rodzajów broni, rozwijania sztucznej inteligencji, co do której coraz to któryś ekspert prorokuje, że “zniszczy ludzkość” nim się obejrzymy, dewastowania i podgrzewania Ziemi oraz szerzenia nienawistnych ideologii - przez co wszyscy czujemy, że siedzimy na beczce prochu. Widzicie absurd? Największym zagrożeniem dla naszego gatunku jesteśmy my sami, a przed tym żadna kolonizacja obcych planet nas nie uchroni. Poza tym to pytanie miałoby jakiś sens, gdyby 1. oszacowane prawdopodobieństwo wyginięcia ludzi na Ziemi było spore 2. mieliśmy realne szanse na zasiedlenie tego kosmosu mierzone środkami i technologiami. Po drugie, Ziemia nie jest idealna - piszą autorzy - no, moim zdaniem jak najbardziej jest - jest idealnym miejscem do życia dla naszego gatunku, bo do życia na niej jest przystosowany. Nie ma drugiej planety, równie dobrej dla życia dla nas - a przynajmniej jeszcze jej nie odkryliśmy. Na Ziemi, żeby przeżyć wystarczy ogień i kawałek zaostrzonego patyka - a nie kombinezony, statki i zaawansowane systemy - a my ŚWIADOMIE dewastujemy ją, zatruwamy, pogarszamy te warunki do życia i jednocześnie opowiadamy o tym, że musimy wyprowadzić się gdzieś w kosmos, gdzie tych warunków do życia dla nas W OGÓLE NIE MA. Czaicie? Nie ma czym oddychać, nie ma wody, panują zabójcze temperatury, w atmosferze lub w glebie są toksyczne związki, etc, etc. Wszystko chce nas zabić. Zbudowanie tam czegokolwiek by przetrwać, wymagałoby ogromnych pieniędzy (i know how, którego nie mamy). Tymczasem my mówimy, że NIE OPŁACA SIĘ nam ekologia na Ziemi, nie opłaca się nam chronić naszą macierzystą planetę - za to opłacić się ma osadnictwo na Marsie. Komu? To tak, jakbyśmy mieli piękną willę, z widokiem na morze, z wszelkimi udogodnieniami, ale dość już zapuszczoną, nie chciało się nam jej sprzątać i zaśmiecalibyśmy ją coraz bardziej, po czym stwierdzilibyśmy, że hej, jak już w tej willi całkiem nie da się żyć, to możemy się przeprowadzić do slamsów koło wysypiska, tam jest fajna miejscówka… Naukowcy-ekolodzy podzielają moje wątpliwości:
Jako ekologowi wydaje mi się mało prawdopodobne, żebyśmy zdołali stworzyć całkowicie nowe ekosystemy na innych planetach i zarządzać nimi w sposób trwały, skoro mamy problem z tym, żeby uniknąć niszczenia już funkcjonujących ekosystemów otaczających nas na Ziemi. Ale załóżmy mimo wszystko, że udało się nam skolonizować Księżyc albo Marsa. Wyobraźmy sobie, że Elon Musk ma tam domek letniskowy z ładną - ale hermetycznie ogrodzoną - werandą. (...) wyobraźmy sobie to, co kochamy w naszej planecie, zreplikowane w jakiejś prostszej formie. (...) Jeśli taki scenariusz by się spełnił, dokonalibyśmy kolejnej ucieczki. A raczej garstka bogaczy dokonałaby kolejnej ucieczki. -
pisze prof. Rob Dunn (Historia naturalna przyszłości). Ta ludzka pycha w stosunku do natury i bogactw, które nam oferuje Ziemia, jest czymś, co mnie niezmiernie irytuje. W każdym razie mnie na Ziemi jest dobrze i się na Marsa nie wybieram.
Wśród innych argumentów pojawiają się też rojenia o tym, że wyruszenie w kosmos pozwoli ludzkości położyć kres wojnom, biedzie, uczyni nas mądrzejszymi i wznieść nas na wyższy stopień rozwoju. Hę? W jaki niby sposób ja się pytam? Podobne wizje były snute przy okazji wielu innych wynalazków (np. media społecznościowe miały “łączyć” ludzi!) i jakoś do tej pory się nie spełniły - bo najpierw powinniśmy zmądrzeć i przestać się kłócić, byśmy mogli właściwie korzystać z tych wynalazków, a nie na odwrót! Niestety bardziej prawdopodobne jest, że kosmos stanie się kolejną kością niezgody, co jeszcze zwiększy ryzyko wybuchu konfliktów i wojen. Bo słuszne jest pytanie, czemu niby w kosmosie mielibyśmy zachowywać się inaczej niż na Ziemi. A wizja ciskania w stronę Ziemi asteroid czy broni jądrowej z kosmosu jest no, nie za fajna… Tak naprawdę więc może to tylko zwiększyć, a nie zmniejszyć prawdopodobieństwo wyginięcia naszego gatunku. Jak zresztą wszystkie nasze najnowsze wynalazki, które z uporem maniaka rozwijamy, niepomni przestróg i nawoływań o więcej prawnych ograniczeń. I taka jest bardziej prawdopodobna prawda o tym, co się wydarzy, jeśli kiedyś się nam uda coś w kosmosie zdziałać, a nie odklejone wizje o osiąganiu zen dzięki emigracji na Marsa.
Ostatnie tygodnie potwierdziły, że temat jest rozwojowy, a Księżyc staje się areną rywalizacji prywatnych firm. Nawet Elon Musk zmienił zdanie i z Marsa przerzucił się ni z tego, ni z owego na Księżyc (który zawsze traktował po macoszemu) - pewnie dlatego, że Amerykanie na plecach czują oddech Chińczyków, a zawłaszczenie sobie Księżyca wydaje się obecnie znacznie bardziej osiągalne, niż Marsa. Zatem widać, że książka jest bardzo na czasie. Ostatnie tygodnie przyniosły też próbę odpowiedzi na zadawane przez Weinersmithów pytanie o rozmnażanie się w kosmosie...
Człowiek jest organizmem zaprojektowanym przez ewolucję do życia w jednym, bardzo specyficznym środowisku: na powierzchni Ziemi. Grawitacja, atmosfera, pole magnetyczne - to wszystko kształtowało naszą fizjologię przez miliony lat.
W kosmosie nie działa żaden z tych mechanizmów ochronnych. Dla układu rozrodczego oznacza to dwa główne zagrożenia: promieniowanie kosmiczne i mikrograwitację.
Promieniowanie jonizujące może uszkadzać DNA, zaburzać powstawanie gamet i zwiększać ryzyko nowotworów. Mikrograwitacja z kolei wpływa na regulację hormonalną, jakość komórek rozrodczych i rozwój zarodków. Do tego dochodzą czynniki środowiskowe: toksyczny pył regolitu, skażenia chemiczne w zamkniętych habitatów, ograniczone zasoby, a nawet mikrobiologiczne zanieczyszczenia systemów podtrzymywania życia.
Nie można też ignorować czynników psychologicznych. Długotrwały stres, zaburzenia rytmu dobowego i izolacja wpływają na gospodarkę hormonalną, a więc również na płodność. W perspektywie wielomiesięcznych misji kumulacja tych czynników może prowadzić do trwałych uszkodzeń układu rozrodczego, a nawet zmian epigenetycznych, które potencjalnie mogłyby wpływać na zdrowie kolejnych pokoleń.
Zresztą póki co nikt nie próbował wysłać w kosmos kobiety w ciąży. Autorzy tego raportu twierdzą, że nie będzie eksperymentów z udziałem ciężarnych ludzi w kosmosie. Nie byłabym tego taka pewna. Patrząc na stosunek naszych technokratów do regulacji oraz do kobiet - poważnie się obawiam, że do tego jednak dojdzie.
Jak większość książek o tematyce lotów kosmicznych mnie nudzi - tak o tej nie mogę tego powiedzieć - i to już jest sukces. Trochę jedynie znużyła mnie szczegółowo omawiana kwestia kosmicznego prawa - wolałabym poczytać więcej o tych praktycznych, życiowych problemach - ale autorzy przyznają, że celowo poświęcili temu tematowi tyle miejsca, dlatego, że jest on zazwyczaj ignorowany. Zresztą, na każdy z poruszanych tu wątków można by długo, tu mamy takie liźnięcie tematu. Muszę dodać, że autorzy nie są tak sceptyczni jak ja, uważają, że kolonizacja kosmosu to nie jest głupi pomysł, no tyle że na pewno nie uda się nam tego dokonać w przeciągu najbliższych 20 lat. Jeszcze długa droga przed nami i powinniśmy robić na niej raczej małe, ale starannie przemyślane kroki, zamiast pędzić na łeb na szyję (jak to mamy w zwyczaju). Doceniam więc zdrowy rozsądek autorów, stawianie ważnych pytań, a także zadbanie o przystępną formę podania - prosty język, bez technicznego żargonu, za to ze szczyptą dowcipu, a nawet z oprawą graficzną, jako że Zach jest rysownikiem (kto czytał poprzednią popularnonaukową książkę tej dwójki autorów, Jakoś wkrótce, kojarzy styl). Więc książka jak najbardziej nadaje się dla laików, pozwalając zrozumieć skalę trudności, z jaką przychodzi nam się mierzyć gdy mówimy o kosmicznej ekspansji. Jednak ten lekki styl nie oznacza, że jest to książka "do śmiechu", bo temat wcale zabawny nie jest; sprawa jest poważna, a jak bardzo - to pokazują coraz to nowe doniesienia z "pola bitwy".
Gatunek: popularnonaukowa







Komentarze
Prześlij komentarz