• ...umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować swoją ostrość...

    Jeść przyzwoicie - uwaga treści drastyczne!


    Czy człowiek naprawdę jest lepszy od zwierząt, dlatego, że ma większy mózg i inteligencję? Czy bycie istotą rozumną faktycznie daje nam więcej praw w stosunku do zwierząt, czy raczej więcej obowiązków i większą odpowiedzialność? Czy mamy prawo hodować zwierzęta - nawet w humanitarnych warunkach - a potem je zabijać? Albo też, czy skoro uważamy, że możemy decydować o największej wartości dla każdego żywego stworzenia: prawie do życia, robi to jakąś różnicę czy będziemy je humanitarnie traktować, czy nie?

    Rzecz jasna człowiek w swoim sprycie przyznał sobie więcej praw, a nie odpowiedzialności, przejawiając w stosunku do natury i naszych braci mniejszych niewyobrażalne okrucieństwo. Jeść przyzwoicie nie oznacza tu więc: zdrowo, pożywnie, dobrze, ale zgodnie z etyką i moralnością. Należałoby zatem powyższe ogólne pytania skonkretyzować i uszczegółowić. Zastanowić się, w jakich warunkach hodowane są zwierzęta przeznaczane na nasz stół lub produkujące to, co na nasz stół trafia. W obecnej chwili są to miliardy zwierząt, których cierpienie ignorujemy. Jednak, jak zauważa Jonathan Safran Foer jedzenie zwierząt należy do tej samej grupy tematów, co aborcja. Nie da się ustalić najważniejszych faktów. Kiedy płód staje się człowiekiem? Co tak naprawdę przeżywa zwierzę w rzeźni? Dlatego tematy te są tak niewygodne. Śliskie i niepokojące. Jedno pytanie wywołuje kolejne. Często okazuje się, że bronisz stanowiska, które okazuje się bardziej skrajne, niż to, w co wierzysz. Lub, co gorsza, nie bronisz żadnego stanowiska, bo żadne cię nie przekonuje. Tak naprawdę ten post nie zawiera drastycznych treści - ale zawierają je dwie książki, o których będzie mowa.

    Sama co prawda sama mięsa jadam niewiele - w zasadzie coraz mniej, ale raczej z powodów praktycznych, a nie etycznych. Kurczaki to sama chemia, wieprzowina jest tłusta, a wołowinę coraz trudniej kupić i jest horrendalnie droga. Poza tym jakoś szczególnie nie przepadam. Mogłabym się spokojnie obyć bez. Ale za to napycham się nabiałem i nie wyobrażam sobie niejedzenia go, a tymczasem okazuje się, że - poza tym, że nabiał też jest niezbyt zdrowy, to jego produkcja jest tak samo obarczona skazą etyczną, jak mięsa... Krowa przecież nie daje mleka cały czas, sama z siebie: by je wyprodukować musi urodzić cielaka, który potem jest odstawiany od matki i zarzynany. Problem leży w tym, że nie wiem, czy potrafiłabym zrezygnować z jego spożywania, gdyby naprawdę mi ono smakowało. Tym, co bowiem kieruje ludźmi jest przede wszystkim zasada własnej korzyści:
    Egoizm jest przeszkodą tak trudną do pokonania, że w przypadku gdy nasze interesy kolidują z interesami kochanej istoty, nawet przywiązanie, którym ją obdarzamy nie może zagwarantować empatii i współczucia. 
    Pewnie właśnie dlatego świadomość tego, w jakich warunkach hodowane są zwierzęta nadal nie powstrzymuje ludzi przed jedzeniem mięsa. Nawet jeśli wiemy, że zwierzęta cierpią, to w sklepie spożywczym jakoś o tym zapominamy... Udajemy, że nas to nie dotyczy, że to dzieje się gdzieś daleko. Przecież kawałek schabu nie kwiczy.... Usprawiedliwiamy się, tym, że jedzenie bio jest z reguły droższe, jego przygotowanie jest bardziej pracochłonne, a często i tak nie jest tak smaczne, jak zwykłe jedzenie. Przede wszystkim jednak większość ludzi chyba się nad tym nie zastanawia, bo nic o tym nie wie. W każdym razie niejedzenie zwierząt uznajemy za fanaberię, a ludzi, którzy się od tego odżegnują uważamy za nawiedzonych radykałów. Tak samo zresztą jak ekologów, czy feministki. Zresztą fanami mięsa są przeważnie mężczyźni: jak to się dzieje, że tylu skądinąd sympatycznych i inteligentnych facetów w sprawie mięsożerności wykazuje tam mało logiki i rozsądku? (...) Niektórzy sprawiają wrażenie, jakby wręcz szczycili się tym, że jedzą mięso. Jakby kupowanie bez udziału rozumu i pozbawiona skrupułów konsumpcja stanowiły dla nich powód do dumy. 


    Nie, książka Karen Duve, która postanowiła wypróbować na sobie różne diety, w tym wegetarianizm, weganizm i frutarianizm, nie jest ciekawostką. Którą można sobie poczytać do obiadu. Lubię takie lektury: prosto napisane i o mocnym przekazie. O ile o tej książce można powiedzieć, że się ją "lubi". Pisarka, żyjąca w kraju, w którym "wszystko da się kupić", podejmuje się eksperymentu żywieniowego i pokazuje tym samym, jak trudno zrezygnować z produktów odzwierzęcych. Oznacza to bowiem rezygnację z naszych przyzwyczajeń, tradycji. Foer dodaje do tego jeszcze straty na poziomie kultury, bo jedzenie łączy ludzi. Co więcej, odrzucenie wyzyskiwania zwierząt nie ogranicza się tylko do zaprzestania jedzenia mięsa. Okazuje się, że produkty odzwierzęce znajdują się w większości produktów, z których korzystamy na co dzień: w kosmetykach, nawet paście do zębów. A co z ubraniami i butami? Z puchowymi kołdrami? Ostatnio kupiłam sobie kurtkę puchową; kiedy przeczytałam w jaki sposób pozyskuje się pierze i puch, mroczki zaczęły mi latać przed oczyma. Postawa samej Karen Duve nieraz jest chwiejna, a wywód chaotyczny; pisarka doświadcza wielu "pokus", zwłaszcza, że przedtem jej tryb życia nie był zbyt zdrowy. Wynik tego eksperymentu też jest cokolwiek zaskakujący (i wcale nie chodzi tu o względy zdrowotne, bo o nich w książce praktycznie nie ma mowy). Karen Duve zadaje jednak mnóstwo niewygodnych pytań, obnażając naszą ludzką hipokryzję, okrucieństwo, ale także bezmyślność.

    nawet największy hałas nie obudzi kogoś, kto udaje, że śpi

    Prawda o przemysłowym chowie, napędzanym przez rosnącą konsumpcję i sieci tanich sklepów jest tak straszna, że raczej wolimy o niej nie wiedzieć. Z tego też względu bałam się sięgnąć po książkę Jonathana Safrana Foera Zjadanie zwierząt. Ale jak się powiedziało A... Czyż nie świadczy to o mojej hipokryzji? Moja postawa była taka jak Davida Wallace Fostera: Kwestia związku pomiędzy jedzeniem zwierząt, a zadawanym im cierpieniem jest nie tylko bardzo złożona, ale też niewygodna. W każdym razie jest bardzo niewygodna dla mnie i dla każdego, kto lubi jeść, ale jednocześnie nie chce myśleć o sobie jak o kimś okrutnym, czy nieczułym. Moim sposobem na radzenie sobie z tą niewygodą było niemyślenie.* Teraz żałuję, że nie przeczytałam Foera wcześniej.

    Co się dzieje w rzeźniach i zakładach chowu drobiu, ile przyłowu ginie przypadkowo przy połowach tuńczyków i krewetek, i co sobie hodujemy "przy okazji"? Duve także o tym pisze, ale o ile niemiecka autorka czasem przesadza i nadmiernie się emocjonuje (np. stwierdza, że koty są sadystycznymi zabójcami, zamęczającymi mniejsze zwierzęta, a przecież o zwierzęciu, które zachowuje się zgodnie ze swoją naturą nie można powiedzieć, że jest okrutne, bo czyn jest okrutny tylko wtedy, gdy jest świadomy), o tyle Foer jest metodyczny i hiperracjonalny. Jeśli Jeść przyzwoicie zrobiła na mnie przygnębiające wrażenie, to Zjadanie zwierząt mnie znokautowało. Jego  lektura była dla mnie traumą - prawdę mówiąc w połowie miałam dość, a przecież książka ta ma tylko 300 stron. Czułam gniew, złość, wstręt i przerażenie. Autor przytacza twarde dane i argumenty, dowodząc, że niejedzenie mięsa nie jest żadnym dziwactwem, ani zachcianką (o ile współczucie może być zachcianką), a właśnie ono jest racjonalnym wyborem. Pomijając nawet kwestie moralne, nic nie ma tak wielkiego wpływu na środowisko, jak jedzenie mięsa właśnie. Niedawno usłyszałam w TV informację, że za ocieplenie klimatu odpowiedzialne są... krowy, które wydzielają 1000 razy więcej metanu, niż człowiek. A ponieważ krów jest wiele, bo hodowane są na mięso, więc robi się problem. Pomyślałam sobie, że to jakaś bzdura: oto człowiek - niszczyciel zwala teraz winę za zniszczenia na Bogu ducha winne zwierzęta. Okazuje się, że to rzeczywiście prawda, choć zwierzęta faktycznie są Bogu ducha winne, bo przecież same siebie nie hodują. Chów zwierząt na taką skalę, jak robione to jest dziś, wydatnie przyczynia się do katastrofy ekologicznej: wpływa ono na globalne ocieplenie w większym stopniu, niż wszystkie nasze środki transportu razem wzięte. 
    Nie wyobrażam sobie, jak można odłożywszy tę lekturę, iść do sklepu i powiedzieć "ale kurczaczek z rożna z chrupiącą skórką jest taki dobry...". W stosunku do wielu książek używa się stwierdzenia "nie można wobec niej przejść obojętnie" - ale w stosunku do tych dwóch naprawdę nie można. A właściwie nie można w stosunku do problemów, które opisują. Jedzenie zwierząt dziś jest nie tylko niehumanitarne i nieekologiczne oraz niezdrowe, ale obrzydliwe i po prostu śmiertelnie niebezpieczne.  Wymowa Zjadania zwierząt jest znacznie mocniejsza, niż relatywizm Duve, ale ani Duve, ani Foer nie agitują za wegetarianizmem. Proszą jedynie o podejmowanie bardziej świadomych decyzji. Obojętność czy niewiedza ludzi to młyn na wodę korporacji, które w imię zysków znęcają się nad zwierzętami, niszczą ekosystem i trują ludzi. Foer twierdzi, że nikt nie wymaga od nas konsekwencji - ale zaangażowania owszem, a Duve pisze, iż jeszcze gorsza od niemyślenia jest wiedza o stanie faktycznym i niewyciągnięcie z niej konsekwencji.  
    Nie da się żyć bez zabijania i ranienia innych istot. (...) Zawsze jednak do nas należy decyzja, ile życia gotowi jesteśmy zniszczyć i w jakich okolicznościach. Wolność oznacza nie tylko robienie tego, na co ma się ochotę, lecz również świadomość skutków własnych działań (...) Jeśli nie będziemy o tym pamiętać, ugrzęźniemy w nieświadomości, stanie, w którym będziemy oburzać się z powodu rzeczy błahych, a z całkowitym spokojem sumienia przyjmować te naprawdę przerażające.
    Jak destrukcyjne preferencje muszą nieść ze sobą nasze kulinarne preferencje, byśmy zdecydowali się na zmianę diety? 
    Pomyśl, ile krzywdy wyrządziliśmy środowisku, odkąd posługujemy się nowoczesną technologią. Pomyśl, co naprawdę robimy dla dobra zwierząt i w imię ich humanitarnego traktowania. A teraz zastanów się, czy naprawdę masz ochotę na kotleta. 
    Ja przy czytaniu Duve zaczęłam poważnie rozważać przejście na wegetarianizm, po przeczytaniu Foera sama myśl o mięsie sprawia, że robi mi się niedobrze. Wątpliwe stało się nawet karmienie kota karmą z przemysłowego chowu. Dla mnie znęcanie się nad zwierzętami niczym nie różni się od znęcania nad ludźmi. To, co wyczynia nasz gatunek napawa mnie odrazą. A gdyby ktoś ludziom powiedział, że nasze życie jest nic nie warte i że będzie się nas hodować tylko po to, by zamienić nas w maszyny i zapewnić pożywienie jakiejś "wyższej rasie"? Jak byście to nazwali: Matrixem? Holokaustem? Skoro nasz gatunek uważa, że nad zwierzętami można się znęcać, bo są one jakimś podgatunkiem, a ich cierpienie jest nieistotne; to czemu się o tym nie informuje? Skoro to nie jest ZŁE, to czemu tak trudno uzyskać informacje z zakładów, czemu nie można tam wejść i zobaczyć, jak to wygląda - o czym pisze Foer**. A czy ktoś chciałby pracować w zakładzie uboju?? Przedsiębiorcy z tej branży doskonale wiedzą, że im więcej ludzie będą na ten temat wiedzieć, tym mniej mięsa będą jeść. A jeśli już nawet nie robi na nas wrażenia cierpienie zwierząt, to może choć zastanówmy się, w jakich warunkach będą żyć nasze dzieci i wnuki. Jeśli globalne ocieplenie, do którego wydatnie przyczynia się przemysł mięsny, nas nie przekonuje, to co nas może przekonać? Niestety specjalnych złudzeń odnośnie tego nie mam. Nie jestem taką optymistką, jak Foer. Wiecie, co sobie pomyślałam czytając te książki? Że tego się już nie da odkręcić, naprawić. To już zaszło za daleko, a na zmiany mamy zbyt mało czasu. Ludzie nie zrezygnują z jedzenia mięsa, bo są na to zbyt wygodni, a przemysł spożywczy czerpie z tego niewyobrażalne zyski. Już słyszę te głosy sprzeciwu: że przecież wszyscy nie możemy być wege, człowiek to mięsożerca. Typowymi strategiami obronnymi przed niewygodną prawdą jest tu zaprzeczanie faktom (przydałby się jakiś ekspert, który potwierdzi, że krowę zarzynaną na żywca naprawdę boli), stwarzanie pozorów obiektywizmu (a co na to przedstawiciele przemysłu mięsnego?), podważanie autorytetu osób mówiących o problemie (to tylko jakiś pisarz/aktywista/oszołom), wyśmiewanie (co, ekolog ci się włączył?), bagatelizowanie (taka ciekawostka), arogancja (to ważniejsza jest jakaś ryba, niż człowiek?), czepianie się słówek i drobiazgów (podobno Foer jest tragicznie przetłumaczony, ale to nie zmienia jego przekazu: ważne jest meritum książki, a nie język), konformizm (tak było zawsze, taka jest natura) i przytaczanie kontrargumentów dowodzących tylko tego, że ludzie szkodzą ekosystemowi na Ziemi od tysięcy lat (ludzie od zawsze jedzą mięso i zabijają zwierzęta). Można się nawet powoływać się na Biblię! Owszem, ludzie od tysięcy lat hodowali zwierzęta na pożywienie, ale nigdy nie było robione to na skalę przemysłową! Mięso było zawsze pokarmem luksusowym, na który tylko nieliczni mogli sobie pozwolić; Jezus w końcu nie rozmnożył cudownie mięsa, a chleb i ryby... Ochrona środowiska i dobrostan zwierząt obchodzą ludzi tylko w teorii, bo w praktyce nie jesteśmy skłonni zapłacić więcej, czy zrezygnować ze swoich zwyczajów - wygoda, egoizm, a także względy finansowe zawsze będą górą nad moralnością. Tak samo, nie zrezygnujemy z jazdy samochodem, latania samolotami, wycinania lasów, beztroskiego wydawania pieniędzy na bzdety, które są produkowane w Chinach, etc. I zaprzeczania, że mamy globalne ocieplenie. Nie myśląc o tym, że naszym dzieciom, czy wnukom zostawimy spaloną ziemię... Liczy się tu i teraz, i to, że mnie jest dobrze. Zawsze więcej będzie tych, którzy wybiorą niewiedzę i obojętność.  Mało tego, nawet jeśliby ludzie ograniczyli spożycie mięsa, to Ziemia i tak nie jest w stanie wykarmić wszystkich - jest nas po prostu za dużo. A jak wykarmić te zwierzęta, które mają wykarmić ludzi?? Więc to musi po prostu któregoś dnia się zawalić. Do tej pory miałam tego niejasne poczucie, teraz jestem tego pewna. Ludzie czują się bezkarni, tymczasem natura odbierze swój dług. Czeka nas katastrofa, którą sami sobie zgotowaliśmy swoją zachłannością i egoizmem. I jesteśmy tego dnia bliżej, niż dalej.

    Metryczka:
    Gatunek: literatura faktu
    Główny bohater: autorka i żywność
    Miejsce akcji: Niemcy
    Czas akcji: współcześnie
    Ilość stron: 336
    Moja ocena: 5/6

    Karen Duve, Jeść przyzwoicie. Autoeksperyment, Wyd. Czarne, 2015

    Książka bierze udział w wyzwaniu Grunt to okładka

    Metryczka:
    Gatunek: literatura faktu
    Główny bohater: zwierzęta
    Miejsce akcji: Stany Zjednoczone
    Czas akcji: współcześnie
    Ilość stron: 312
    Cytat: Jeśli nic się nie liczy, nie ma sensu ratować czegokolwiek
    Moja ocena: tego się nie da ocenić

    Jonathan Safran Foer, Zjadanie zwierząt, Wyd. Krytyki Politycznej, 2013 

    *David Wallace Foster, Consider the lobster
    **Pamiętam, jak kiedyś zszokowała mnie reklama rzeźni: obrazek urządzeń: czystych, wypicowanych i zabójczo skutecznych po to, by zabijać żywe stworzenia. Tak jakby reklamować obóz koncentracyjny. A otaczał to przekaz (wzmocniony muzyką): jakie to fajne. Ci o mocnych nerwach mogą zobaczyć to TU.

    5 komentarze:

    1. Masakra z tą rzeźnią;p Zdaję sobie sprawę z tych wszystkich rzeczy, jednak nie czytam o tym. Musiałabym odmówić gotowania dla rodziny, która mięso bardzo lubi. Widzę, że mocno Tobą wstrząsnęła lektura, zwłaszcza tej drugiej książki. Ludzie zawsze byli egoistami i zawsze nimi będą.

      OdpowiedzUsuń
    2. Bardzo mocno i emocjonalnie podsumowałaś to, co od lat we mnie narastało, karmione rozmaitymi lekturami (nie, akurat tych dwóch pośród nich nie było, ale parę równie obnażających ludzki konformizm owszem), reportażami w telewizji i własnymi doświadczeniami. Wnioski nasuwają się same... A jednak człowiek potrzebuje młota, bodźca tak silnego, który zabroni mu zachowań, do których się przyzwyczaił siłą nawyku, wygodnictwa, lenistwa... Dla Ciebie była to lektura, dla mnie moja ostatnia wizyta u lekarza, zakończona gorzkim ultimatum: albo coś zmienisz w swoim życiu, albo to życie będzie bardzo krótkie. I stało się: rewolucja żywieniowa, poparta dogłębnym studium tego, co jeść trzeba, co warto, a czego nie wolno. I już. To, co niewykonalne, nagle stało się proste, ba - przyjemne. I sumienie nie gryzie...

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. Tak, teraz inaczej patrzę na ludzi, którzy mówią że jedzą mięso i bedą je jeść choćby nie wiem co. Większość z nich pewnie nie wie z czym to sie wiąże. Dla mnie ważne jest nawet nie tyle zdrowie, ale świadomość katastrofy ekologicznej, do której zmierzamy. Ekologia to nie jest dla mnie śmieszny temat.

        Usuń
      2. Masz rację. W Polsce wciąż pokutuje coś takiego, że ekologów traktuje się z lekkim pobłażaniem, jak nieszkodliwych oszołomów, którzy łańcuchami się do drzew przykuwają, dla protestu. Ot, dziwacy. A tymczasem to znacznie więcej. Wkurza mnie polska ekologiczna krótkowzroczność lub wręcz ślepota, którą widać na każdym kroku. Większość ludzi po prostu uważa, że odpowiedzialność za przyszłe pokolenia po prostu ich nie dotyczy.

        Usuń
      3. No nic dodać, nic ująć.

        Usuń

     

    Ulubione

    About Me

    Moje zdjęcie
    Katowice, Śląsk
    Mól książkowy starej daty. Z urodzenia i zamieszkania Ślązaczka, choć serce ciągnie mnie w góry. Kocham przyrodę, ciepło i słońce. Zachwycają mnie krajobrazy południowej Europy, jestem italofilką. Uwielbiam koty i żałuję, że mam zbyt małe mieszkanie, by przygarnąć jeszcze co najmniej jednego. Najlepiej rudzielca :) Kontakt do mnie: joly_fh@gazeta.pl