Nie chciałam się rozpisywać o tej książce, bo co jeszcze mogłabym nowego napisać na temat wielowiekowego upupiania kobiet na wszelkich możliwych polach? Ileż można. Ale jak ktoś pisze “oczywiście, że ta książka jest stronnicza”, to mnie trzasnęło. W jakim sensie? W takim, że opowiada niewygodną prawdę o kobietach, których historie były do tej pory przemilczane? Czy książkę, która jest wyłącznie o mężczyznach też nazwalibyśmy “stronniczą”? A czy zwracamy uwagę, że w jakimś wpływowym gremium (np. w rządzie*) są sami mężczyźni? Bo perspektywa męska jest normą, a kobieca jest stronnicza? Oczywiście też, że historia jest stronnicza, skoro opowiada się ją przez pryzmat wyłącznie męskich dokonań, w tym wojen i zbrodni - ale jakoś niewiele osób zwraca na to uwagę. Bo tak bardzo jesteśmy do tego przyzwyczajeni - co też tłumaczy Leonie Schöler. To tzw. great man story.  To jest też przede wszystkim opowieść białego mężczyzny, bo osoby innych ras, czy osoby nie wpisujące się w binarny podział płci - też są pomijane. 

Ta narracja o “wielkich mężczyznach” w historii ma bardzo długą tradycję i do dziś bardzo silnie kształtuje nasze poglądy na dzieje. niekoniecznie dlatego, że nie ma historyków, którzy chcą ją przełamać, lecz dlatego, że brakuje źródeł historycznych, które umożliwiają przyjęcie z gruntu odmiennej perspektywy. Znakomita większość informacji źródłowych dotyczyła (i dotyczy) osób dysponujących pieniędzmi i władzą. Cesarze, królowie, arystokraci, lecz również przywódcy religijni płacili uczonym i nadwornym skrybom za dokumentowanie ich życia i  działań dla potomności. (...) te postacie historyczne, o których najwięcej wiemy, musiały już za życia mieć najwięcej władzy, wpływów i pieniędzy. 
No więc (sic!), ta książka jest na temat tego, jak mężczyźni stworzyli sobie świat na swoje podobieństwo i upodobanie, i wzajemnie sobie tego gratulują. Nic dziwnego, że dzieje ludzkości opowiadają o mężczyznach, skoro głównie to oni mieli władzę i wpływy, a opisywanie tego jeszcze te wpływy wzmacniało. Tak samo jak przyznawanie nagród (a co za tym idzie pieniędzy) wyłącznie mężczyznom. Mężczyźni zachęcani byli do eksplorowania świata, nauki, pracy, a kobiety od tego odwodzone wszelkimi możliwymi sposobami. Kobiety jak wiadomo są od rodzenia dzieci, prac domowych lub od bycia ozdobą. Dawniej jedynym właściwie sposobem wejścia do tego “męskiego świata” była protekcja jakiegoś mężczyzny - czy to ojca, czy męża (najczęściej), ewentualnie życzliwego i wpływowego kolegi. Pomyślcie sobie, jak trudno musiało być kobiecie przebić się w tym męskim towarzystwie wzajemnej adoracji, kiedy to oceniane były wcale nie ze względu na swoje umiejętności, ale przez pryzmat wyglądu oraz stereotypów i szalejącej mizoginii (zresztą za bardzo wysilać wyobraźni nie musimy, bo do dziś mamy z tym do czynienia). Znosić złośliwe przytyki, seksistowskie żarty i oczywiste afronty, nie wspominając już o molestowaniu. Akceptowane co najwyżej w podrzędnych i służebnych pracach, jak sekretarki, asystentki, czy sprzątaczki (co też odzwierciedlają feminatywy - te feminatywny, które znormalizowały się w języku), a jeśli któraś wykraczała poza ten schemat - było to przyjmowane ze zdumieniem. Oczywiście oprócz swojej pracy kobiety musiały wykazywać się też na polu “kobiecości” (wykonywania pracy emocjonalnej) i były również z tego rozliczane (jak np. żołnierki, których przykład przytoczony jest w książce). Nawet jeśli jakiejś kobiecie udało się przez to przebić, to często okazywało się, że jej praca została albo zlekceważona, albo przypisana na konto jakiemuś mężczyźnie. (pamiętacie, jak uderzyło mnie to przy lekturze Instrumentalistki?). Czy więc potrafiłabym wymienić choć kilka dawnych naukowczyń, poza Marią Skłodowską-Curie? No nie - i to jest najlepszy sprawdzian. A artystek? Tu już trochę lepiej, ale szału nie ma. A słyszeliście o efekcie Matyldy? Więc - nie tyle kobiety stworzyły historię, jak w tytule - ale próbowały też ją tworzyć, ale ich do tego nie dopuszczano.

Mówi się, że “za każdym wielkim mężczyzną stoi jakaś kobieta”, a często nawet kilka kobiet - i to jest prawda, bo raz, że tych wielkich mężczyzn wychowały jakieś kobiety, a dwa, że najprawdopodobniej w dorosłości mieli oni również kogoś, kto zajmował się prozą życia - gotowaniem, opieraniem, sprzątaniem i wykonywaniem części prac pomocniczych, jak np. przepisywanie tekstów, a także emocjonalnym wsparciem (tu kłania się historia mało znanych żon wielkich pisarzy, jak np. Very Nabokov czy Anny Tołstoj). Często rezygnując z własnej ambicji. Jednocześnie przy omawianiu życia tych mężczyzn często w ogóle nie wzmiankuje się o tych kobietach, jakby ów mężczyzna nie miał w ogóle życia prywatnego. W ogóle, stosunek tych panów, przedstawianych najczęściej w samych superlatywach, do najbliższych, żony czy dzieci może pokazać, jakimi tak naprawdę byli ludźmi i można się bardzo zdziwić. Dotyczy to też niestety mężczyzn, którzy mienią się “feministami”, ale ten feminizm to zostawiają za drzwiami, kiedy wchodzą do domu. Tu przykładem, opisanym w Okradzionych, mógłby być Karol Marks, który rozpisując się o wyzysku, jakoś nie zauważył, że jednym z fundamentów kapitalizmu jest darmowa praca kobiet - i nie wahał się jej wykorzystywać w odniesieniu do swojej córki. 

W rzeczywistości jednak nie wyzbywamy się dyskryminujących wzorców myślenia lub zachowania tylko dlatego, że kiedyś napisaliśmy lub oświadczyliśmy, że nie będziemy tak robić. 

Leonie Schöler w bardzo barwny sposób (o czym za chwilę) przytacza historie wielu kobiet, które zostały nie tylko okradzione przez bliskich sobie mężczyzn, ale niestety też zdyskredytowane publicznie, co jest tym smutniejsze. Weźmy na przykład pierwszą żonę Einsteina, która najczęściej jest przedstawiana jako ta brzydka i marudna baba, której Einstein w końcu się pozbył. Nawet Walter Isaacson w swojej biografii Einsteina nie pokusił się na wyjście ponad to, dodatkowo kwestionując jeszcze pomoc merytoryczną, jaką prawdopodobnie udzieliła Mileva Einsteinowi w jego pracy naukowej. Tymczasem szczyt osiągnięć Einsteina datujemy właśnie na okres, kiedy był związany z Milevą. Przypadek? A czy gdyby Einstein nie był Mileve w jakiś sposób wdzięczny, czy oddałby jej pieniądze uzyskane z Nagrody Nobla? Opowieść o Milevie Einstein modelowo ilustruje z jakimi przeszkodami musi się mierzyć kobieta chcąca czegoś dokonać zawodowo, a jednocześnie zajmująca się rodziną. Najbardziej ponurym i bulwersującym przykładem tego, czego doświadczały kobiety jest dla mnie Rosalind Franklin, o której też już wcześniej czytałam. James Watson nie tylko wykradł jej wyniki badań nad strukturą DNA, żeby opracować teorię, za którą potem dostał Nobla (którego oczywiście nie dostała Franklin), to jeszcze w swojej autobiografii wyśmiewał się z Franklin, opisując ją wyłącznie przez pryzmat wyglądu. Po jej (przedwczesnej) śmierci dodajmy. Serio, przy czytaniu wypocin Watsona zażenowanie osiąga szczyt, a nóż w kieszeni sam się otwiera (biorąc pod uwagę, że był to "poważny naukowiec", a nie jakiś koleś, śliniący się na widok spódnicy - jak widać różnicy brak). Z kolei o Lise Meitner, która mocno przyczyniła się do odkrycia w jaki sposób dochodzi do rozszczepienia jądra atomu (i słusznie obawiała się, że przyczyni się to do skonstruowania bomby atomowej), czytałam sporo w książce Jak powstała bomba atomowa, gdzie (współczesny) autor nie odmawia jej zasług. Kilka dni temu natomiast natknęłam się na nazwisko Emmy Noether, nazywanej mentorką Einsteina, jednym z najgenialniejszych umysłów w historii nauki. Słyszeliście/łyście kiedyś to nazwisko? Bo ja do tej pory nigdy. 

Jeśli nadal nie jesteście przekonane, to która z nas nie doświadczyła choć jednej z tych rzeczy, które wymienia Schöler? Przecież to wszystko wcale nie zniknęło, wiele kobiet nadal tego doświadcza, mimo teoretycznego równouprawnienia. Kobietom nadal jest o wiele trudniej zaistnieć na polu zawodowym, gdyż ciągle to na nich spoczywa główna odpowiedzialność za rodzinę i muszą one “godzić” te role, często w praktyce będące nie do pogodzenia. I to głównie kobiety są z tego rozliczane i surowo oceniane. Wyobraźcie sobie, że próbujecie napisać kolejny rozdział swojej powieści, a obok was biega rozbrykany trzylatek, a w kuchni kipi zupa… Rozważania o tym znajdziecie w licznych opowieściach kobiet, ja polecam chociażby Wyrodne Gomez Urzaiz. Dokonania kobiet ciągle ceni się też mniej, słusznie też autorka Okradzionych czyni spostrzeżenia na temat literatury i tego, jak są postrzegane książki pisane przez kobiety (wszystkie gatunki, nie tylko powieści) i kto je czyta (i co czytają mężczyźni) - ja dostrzegłam to już dawno temu. A przecież narracje, które wchłaniamy kształtują nasze poglądy, więc jeśli omijasz perspektywę sporej części ludzkości (nie tylko kobiet, ale i osób innej rasy, czy zamieszkujących inne kultury), to twój punkt widzenia siłą rzeczy się zawęża do własnej bańki. I tak właśnie czyni większość mężczyzn, przez co problemy i prawa kobiet cały czas mają status “mniej ważne”, a sporo panów w ogóle je neguje...   

Autorka zatem porusza tematy niby mi dobrze znane, ale czyni to tak, że mimo wszystko wnosi do tego coś świeżego. Na przykład uderzyło mnie zdanie, że wszystkie nazwiska kobiet - nawet jeśli współcześnie nie musimy** zmieniać nazwiska po ślubie - są i tak nazwiskami mężczyzn, bo albo ojców, albo mężów. Schöler często czyni trafne uwagi lub ujmuje temat w taki sposób, że myślałam sobie: właśnie o to mi chodziło, tylko nie wiedziałam jak to ująć. Jak tu: 

Tkwi w tym pewien paradoks: kobietom, robotnikom, mniejszościom etnicznym i innym marginalizowanym grupom najpierw odmawiano dostępu do pewnych dziedzin, a następnie argumentowano, że przecież nigdy się w nich nie wyróżnili. 
Bardzo podobało mi się np. wytłumaczenie tyczące wojny i służby wojskowej, postrzeganej cały czas jako ostoja męskości. Męskość zasadza się na jej odgrywaniu, nieustannym udowadnianiu, a gdzie lepiej można to zademonstrować, niż w walce? Nic więc dziwnego, że kobieta jest ostatnim, czego by sobie mężczyźni życzyli na wojnie (nie licząc oczywiście kobiet występujących w roli ofiar). Zarazem słyszycie te utyskiwania mężczyzn, czujących się “dyskryminowanymi”, gdyż to oni są powoływani do wojska? 

Walkę, wojnę i wojsko podnoszą oni do rangi koronnego argumentu na rzecz różnic między płciami i są święcie przekonani, że w ujęciu biologicznym i historycznym mężczyźni zawsze byli łowcami, przywódcami i obrońcami i że tę dominującą pozycję muszą wystawiać na próbę i udowadniać w boju. Jednocześnie podkreślają, że mężczyźni padają ofiarą społecznej dyskryminacji, ponieważ w razie wojny to oni, a nie kobiety, są wcielani do armii. 
Z jednej strony więc faceci rozpętują wojny, na wojnie udowadniają swoją męskość oraz bronią kobiet (przed innymi mężczyznami), co postrzegają jako swoje odwieczne powołanie, a z drugiej czują się przez to pokrzywdzeni? Doprawdy, ta logika mi umyka - podobnie jak autorce. 

Styl autorki jest zadziorny, nieowijający w bawełnę - i szczerze mówiąc - zachwyciło mnie to, bo czytając Okradzione, czułam się, jakby czytała sama siebie ;) Sporo dla mnie wyjaśnia zerknięcie na to, kim jest Leonie Schöler - to młoda niemiecka historyczka (ledwo po 30-tce, więc dla mnie młoda ;), popularyzująca historię ma TikToku i Instagramie. Nic dziwnego, że jej styl jest potoczny, dostosowany raczej do młodej publiki, a nie do stetryczałych malkontentów. Tak mi się skojarzyło, że Schöler to taka niemiecka Pani od feminatywów (Martyna Zachorska) - nawet z wyglądu panie są podobne. 

Dlaczego mężczyznom tak zależy, żeby ukazywać kobiety jako gorsze od siebie, dyskredytować ich osiągnięcia i talenty? Tego nadal nie ogarniam, no ale tak jest. Niestety wszystko wskazuje na to, że historii niewielu było mężczyzn, którzy potrafili wznieść się ponad swoje ego i dopuścić kobietę do swoich dokonań, nawet jeśli byli równorzędnymi partnerami. Czy też wspierać swoją partnerkę… niestety większość przypadków to te, kiedy mężczyźni nie tylko nie wspierali swoich żon, córek czy koleżanek, ale celowo spychali je w cień. Jak było naprawdę i ile było takich przypadków raczej nigdy się nie dowiemy, gdyż "papierów na to nie ma". Chyba jeszcze sporo wody musi upłynąć, zanim mężczyźni nie będą reagować jak zranione łosie na sugestie, że kobiety są im po prostu równe i mają prawo do wszystkiego tego, co mają mężczyźni, a czego przez wieki im odmawiano. 

Metryczka: 
Gatunek: reportaż historyczny
Główny temat: wymazywania kobiet z historii ciąg dalszy
Miejsce akcji: cały świat
Czas akcji: cały czas
Ilość stron: 456
Moja ocena: 5/6 
 
Leonie Schöler, Okradzione. Jak kobiety napisały historię, a mężczyźni okryli się chwałą, Wydawnictwo Otwarte, 2025

*pamiętam, jak czytałam o obradach Okrągłego Stołu, w których na kilkudziesięciu mężczyzn brały udział tylko dwie kobiety - było nawet wymowne zdjęcie. 

**ale nadal się tego od kobiet oczekuje, c'nie?


Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później