• ...umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować swoją ostrość...

    Droga do wyzwolenia


    Kiedy czytałam relację Jenny Miscavige z jej życia w scjentologicznej Sea Org, zadawałam sobie te same pytania, które zadaje amerykański dziennikarz, Lawrence Wright, we wstępie do swojej książki: Na czym polega szczególny urok tej religii? Jak to możliwe, że ludzie uważani za osoby racjonalne przyjmują przekonania, które dla innych są całkowicie niepojęte? Dlaczego osoby o znanych nazwiskach chcą być kojarzone z organizacją, która prawdopodobnie może tylko zaszkodzić ich wizerunkowi? Czy scjentologia w ogóle jest religią? Nie istnieje w niej przecież żaden Bóg, a sami scjentolodzy twierdzą, że jest to system oparty na nauce i że jest on "religią bez wiary". Jak może istnieć religia bez wiary? Inna sprawa, że wymysły L.R. Hubbarda o wszechświecie liczącym sobie biliardy lat, złym władcy Xenu i Konfederacji Galaktycznej trzeba brać na wiarę, bo z nauką mają one tyle wspólnego, co literatura science fiction. Do niedawna jednak wielu scjentologów nawet o nich nie wiedziała, gdyż wiedza ta stanowiła wyższy stopień wtajemniczenia, a Hubbard twierdził, że ujawnienie jej osobom nieprzygotowanym, stanowi zagrożenie dla ich życia. Dziś tajemne materiały scjentologów wyciekły do wiadomości publicznej i raczej nikt nie padł od zapoznania się z nimi trupem. Chyba że ze śmiechu.

    Jakże to amerykański system: u jego podstaw leży przecież przekonanie, że można pokonać własne słabości i zrealizować swój "potencjał wielkości" dzięki sile woli i ustawicznemu samodoskonaleniu. Ciekawa jest nienawiść Hubbarda żywiona w stosunku do psychiatrii, którą to dziedzinę wiedzy uważał on za przyczynę wszelkiego zła na świecie. A przecież scjentologia w swojej pierwotnej formie była niczym innym, jak właśnie koncepcją psychologiczną, równie "kolorową" (czyli wyssaną z palca), jak koncepcje Freuda. Dianektyka, z której wywodzi się scjentologia, to stworzony przez L.R. Hubbarda system audytowania, dzięki czemu osoba audytowana może szybko i skutecznie pomóc samej sobie. Hubbard wymyślił to wszystko na fali kryzysu, jaki przechodziła ludzkość, po II wojnie światowej. Dianektyka szybko stała się modna i pozwoliła Hubbardowi zarobić dużo pieniędzy, moda ta jednak równie szybko się skończyła, a sprytny szarlatan znów został bez grosza. Wtedy to wpadł na pomysł, że doskonałym sposobem zaradzenia na te problemy, jest stworzenie religii. Kościoły wszak nie muszą płacić podatków i są chronione przez amerykańską konstytucję. Aż dziwne, że tego typu pomysły nie pojawiają się wśród ludzi częściej. Nie każdy jednak jest na tyle szalony, a jednocześnie charyzmatyczny, że potrafi zarazić swoją ideą innych.

    Droga do wyzwolenia jest wnikliwą i wyczerpującą analizą zjawiska scjentologii, a przy tym jest to książka kapitalnie napisana, którą czyta się jak powieść sensacyjną - nie potrafiłam się od niej oderwać. Skomplikowane zagadnienia scjentologicznej doktryny są tu przedstawione w zrozumiały i przystępny sposób. Podstawą do ich zrozumienia jest biografia L.R. Hubbarda; Wright tłumaczy czasy w jakich żył, przedstawia koncepcje, którymi mógł się inspirować. Przede wszystkim jednak stara się zrozumieć fenomen tego człowieka. Zaczynał od pisywania fantastyki. Był niewątpliwie genialnym przedsiębiorcą, a czy genialnym oszustem? W jego życiorysie jest wiele luk oraz po prostu kłamstw, jakimi częstują świat zewnętrzny scjentologowie.  Hubbard zarazem ciężko pracował tworząc rozliczne pisma, traktaty i dokumenty związane ze scjentologią - wyglądało na to, że sam wierzył w to, co głosił. Zarazem, jak w przypadku każdego fałszywego proroka, życie Hubbarda stało w ewidentnej sprzeczności z zasadami jego religii: grzmiał na temat rozwiązłości seksualnej i wartości życia rodzinnego, podczas gdy sam miał trzy żony i niezliczone romanse, a własnymi dziećmi niespecjalnie się interesował. Wright pisze, że jego osobowość była bardzo złożona; nie ulega wątpliwości, że był to człowiek z zaburzeniami psychicznymi, cierpiący na paranoję i manię wielkości. Jednak przecież osiągnął tak wiele. Po śmierci Hubbarda, jego schedę przejął zaledwie dwudziestopięcioletni wtedy David Miscavige, będący do dziś przywódcą Kościoła, oskarżanym m.in. o stosowanie przemocy (fizycznej i psychicznej) wobec swoich podwładnych. Oprócz tych dwóch postaci, Wright opowiada historie wielu osób z najwyższych scjentologicznych kręgów, w tym znanego hollywodzkiego scenarzysty, Paula Haggisa. 

    Autor nie zagłębia się specjalnie w "dogmaty religijne" i ich sens, nie zastanawia się nad kwestiami wiary, raczej interesuje się tym, co dzieje się z ludźmi zaangażowanymi w ruch scjentologiczny. Omawia sposób funkcjonowania scjentologów, skupiając się w szczególności na Sea Org, będącej swego rodzaju sektą w sekcie. To scjentologiczne "duchowieństwo" żyjące pod szczególnym nadzorem i narażone na szczególne nadużycia, opisane chociażby przez Jennę Miscavige (tu muszę stwierdzić, że jeśli chodzi detale tyczące życia w Sea Org, Ofiarowana jest bardziej szczegółowa, niż Droga do wyzwolenia - nic w sumie dziwnego, skoro Jenna opisała wszystko z punktu widzenia "od wewnątrz"). Dziennikarskie śledztwo Wrighta potwierdza to, co ujawniła Jenna. To co się wyrabia w Sea Org przypomina wypisz wymaluj systemy totalitarne, gdzie wszystko zależy od kaprysu wodza, gdzie jednego dnia można być na szczycie, a drugiego trafić do więzienia lub zniknąć bez śladu: (...) niewielkie uchybienia urastały do rangi poważnych przestępstw wymagających zastosowania najsurowszych kar. Nie było miejsca na błędy - istniały wyłącznie przestępstwa. Każde działanie uważano za zamierzone. W ramach tej logiki jakakolwiek obrona była niemożliwa. Autor przytacza tu szereg takich przykładów, ludzi należących do ścisłego kierownictwa Kościoła, nagle zdegradowanych lub decydujących się na ucieczkę. Włącznie z żonami i dziećmi Hubbarda oraz Miscavige'a. Scjentologiczne obozy rehabilitacyjne przypominają gułagi, tyle tylko że ludzie tkwią w nich z własnej woli. Dobrowolne odejście od Kościoła jest ostatecznością, gdyż oznacza to zerwanie z rodziną (jeśli należy ona do scjentologów), a poza tym wiąże się z wystawieniem danej osobie tzw. "rachunku darmozjada" za wszystkie kursy i sesje audytowania, jakie osoba ta przeszła. Rachunki te opiewają na sześciocyfrowe kwoty. Ci natomiast którzy decydują się na ucieczkę, a także wszelcy krytycy scjentologii są przez Kościół prześladowani i zastraszani. To dlatego scjentologowie zyskali sobie opinię mściwej i bezwzględnej sekty, nie stroniącej od uciekania się do nielegalnych metod, a nawet przestępstw, byle osiągnąć swój cel. Co więcej, udało im się nawet przeniknąć do najważniejszych instytucji w Stanach (a może również w innych krajach), a do ugody z amerykańskim fiskusem (odmawiającym im statusu religii i domagającym się zapłaty zaległych podatków) doszło po tym, kiedy scjentologowie zalali urząd podatkowy sprawami sądowymi, na które szły horrendalne kwoty z państwowej kiesy...  Dzięki temu teraz Kościół funkcjonuje sobie jak pączek w maśle, zbijając majątek na kolejnych naiwnych i zastraszonych ludziach.  Ta umiejętność walki i wygrywania z państwem jest dla mnie chyba najbardziej niesamowitą cechą scjentologów, a zawdzięczają ją oni w dużej mierze poparciu celebrytów. W religii tej kult Boga został zastąpiony przez kult celebrytów; są oni traktowani przez scjentologów ze szczególną uwagą, Kościół pomaga im w karierze, nie wciągając ich przy tym zanadto w wewnętrzne gierki, za to może w zamian liczyć na wsparcie z ich strony w promowaniu swojej religii. To sprytna strategia marketingowa. Najlepszym tego przykładem jest Tom Cruise, który w Kościele ma obecnie status nie tylko VIP-a, ale i osoby drugiej po przywódcy. Wright dużo miejsca poświęca związkom scjentologów z Hollywood; dziennikarz tłumaczy zainteresowanie scjentologów celebrytami, artystycznymi inklinacjami Hubbarda, tyle tylko, że w takim układzie, czemu Kościół interesuje się głównie aktorami, a nie wspiera innych, mniej znanych artystów?
    Nie ulega wątpliwości, że system wierzeń może przynosić ludziom pozytywne efekty i zmieniać ich życie na lepsze. (...) Każdy ma prawo wierzyć w to, co uzna za stosowne. Czym innym jest jednak wolność wyboru, a czym innym wykorzystywanie ochrony zapewnionej przez pierwszą poprawkę do amerykańskiej konstytucji do tego, by zafałszowywać własną przeszłość, podrabiać dokumenty i tuszować przypadki łamania praw człowieka. 
    Czy znalazłam w Drodze do wyzwolenia odpowiedź na swoje pytania? Częściowo. Na pewno mam lepszy obraz scjentologii jako systemu. Mimo wszystko nadal nie rozumiem, jak ta "religia" może przyciągać tylu chętnych, gotowych do płacenia ogromnych kwot pieniędzy, dzięki którym scjentologowie dysponują majątkiem wartym miliardy dolarów. Dla każdego logicznie myślącego człowieka, jest oczywiste, iż scjentologia jest doskonale funkcjonującym przedsięwzięciem biznesowym, żerującym na nadziei ludzi, że jest jakiś cudowny (i szybki) sposób rozwiązania ich problemów. W jakiś sposób, na początkowych etapach musi to działać - przynajmniej na niektórych, bo nie znamy przecież statystyk tych ludzi, którzy spróbowali i stwierdzili, że to jednak nie dla nich. Z pewnością istnieje duży rozdźwięk między zwykłymi wyznawcami, nie mającymi nic wspólnego z polityczną działalnością Kościoła i nie doświadczającymi tak surowego traktowania, a Sea Org. Działalność Kościoła, liczne skandale i oszustwa, budzą tak wiele kontrowersji, że są kraje, w których działalność scjentologów jest wręcz zakazana - np. Niemcy nie uznają tego ruchu za religię. Rzecz jasna scjentologowie zaprzeczają wszelkim oskarżeniom... Wywiady i wspomnienia zawarte w Drodze do wolności (a lista przypisów jest naprawdę długa) dziennikarz pozyskiwał oczywiście od osób, które już odeszły od Kościoła (mimo wszelkich trudności z tym związanych), gdyż aktualni członkowie nie chcieli (a nawet nie mogli) rozmawiać. Nic dziwnego, że obraz scjentologów nie jest zbyt pochlebny - to opowieść pełna przemocy oraz wykorzystywania drugiego człowieka. Być może gdyby wypowiedzieli się ci, którzy cały czas do Kościoła należą, byłoby inaczej - zauważa autor...

    Metryczka:
    Gatunek: literatura faktu
    Główny bohater: Kościół scjentologiczny
    Miejsce akcji: Stany Zjednoczone
    Czas akcji: współcześnie 
    Ilość stron: 574
    Moja ocena: 6/6

    Lawrence Wright, Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary, Wyd. Czarne, 2015

    Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam opasłe tomiska oraz Grunt to okładka 

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Ulubione

    About Me

    Moje zdjęcie
    Katowice, Śląsk
    Mól książkowy starej daty. Z urodzenia i zamieszkania Ślązaczka, choć serce ciągnie mnie w góry. Kocham przyrodę, ciepło i słońce. Zachwycają mnie krajobrazy południowej Europy, jestem italofilką. Uwielbiam koty i żałuję, że mam zbyt małe mieszkanie, by przygarnąć jeszcze co najmniej jednego. Najlepiej rudzielca :) Kontakt do mnie: joly_fh@gazeta.pl