• ...umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować swoją ostrość...

    Teatr ryb


    Wiatry pewnie nigdy nie zawieją mnie na Nową Fundlandię, ale gdyby mnie zawiały, pewnie stwierdziłabym, że jest tam zimno, szaro i ponuro. Nie dla mnie. Bynajmniej nie romantycznie, jak można by od biedy sobie myśleć, wyobrażając sobie bezkres oceanu, fale bijące o brzeg i kłębiącą się mgłę. Pewne pojęcie o tej krainie mogłam sobie już wyrobić na podstawie Kronik portowych i Dostatku. I, owszem, jest coś w Nowej Fundlandii, co mnie urzeka, dlatego sięgnęłam po kolejną książkę na jej temat, mimo wszystko jednak chyba nie chciałabym tam pojechać osobiście. 

    Wciągnij wielki haust czarnego, lodowatego, tłuczonego szkła  i sięgnij wzrokiem tam, gdzie wiatr ostrzy sobie zęby o sztagi starych draggerów.

    Ktoś powiedział (nie pamiętam kto), że nie zdawał sobie sprawy z tego, że Bóg stworzył tyle NICZEGO. Nagiej skały, ziemi przesiąkniętej morską wodą, na której nic nie chce rosnąć, smaganej wichrami i skutej zimą przez 8 miesięcy w roku. Zawsze doskwierała tu bieda, a nie raz głód; dostatek ryb był iluzoryczny. Na Labradorze jest jeszcze gorzej - to w zasadzie kupa kamieni, poprzecinana od czasu do czasu rzeką o kolorze herbaty. Żyją tam tylko najwytrwalsze niedobitki i resztki tubylczych plemion, Innu i Inuitów. Zresztą również skazane na wymarcie - najwyraźniej współczesny styl życia im nie służy. Labrador odkryli Anglicy. Nie ma tam nic, co przedstawiałoby jakąkolwiek wartość - głosi Hiszpańska Mapa Nowego Świata z 1529 roku.

    Tytułowych "ryb" nie trzeba zbyt obszernie przedstawiać

    St. John, źr. via Pinterest
    Za to w oceanie obrodziło bogactwem ryb, fok i wszelkich morskich stworzeń. Nowa Fundlandia to kraina rządzona przez ryby (głównie przez dorsza). Rybokracja*. A przynajmniej była nią aż do lat 90-tych XX wieku, kiedy okazało się, że ocean jest prawie pusty. Wskutek wieloletniej (a nawet wielowiekowej)  rabunkowej eksploatacji wód, ryby praktycznie wyginęły. Rybacy stracili pracę, pozamykano przetwórnie, a mieszkańcy rybackich wiosek wyemigrowali do Kanady. Sposób życia niektórych Nowofundlandczyków dziś niewiele się czasem może różnić od tego, co było lata temu. Cywilizacja ma nadal problem z dotarciem na tę ziemię (a kiedy już dociera, czasem wyrządza więcej szkód, niż pożytku, jak w przypadku Innuitów).  Do dziś brakuje tu chociażby dróg - przez lata całe najlepszym (i jedynym) środkiem transportu był transport morski, a bez łódki dla Nowofundlandczyka ani rusz. Nie ma również kolei - kiedyś była, ale padła (jak koleje w Polsce). W każdym razie nadal przetrwanie tu wymaga samozaparcia i mocnego charakteru. Nie ma w tym nic romantycznego. Mimo to reportaż Johna Gimlette z wyprawy na Nową Fundlandię i Labrador urzeka. Moc szczegółów, barokowe metafory, typowo brytyjski dystans do siebie i świata. Autor zagląda do każdej dziury i pod każdy kamień i potrafi z tego wysnuć opowieść. Jego pradziadek, doktor Eliot Curwen był wraz z Wilfredem Grenfellem, jednym z wiktoriańskich podróżników, niosących oświecenie na te zapomniane przez Boga ziemie. Teraz Gimlette podąża jego śladami, oglądając te same, zasnute mgłą pejzaże. Tropi historię, spotyka się z nowofundlandczykami i kawałek po kawałku maluje portret Nowej Fundlandii. Poczynając od dziejów jej odkrycia, przez rywalizację europejskich krajów o ten skrawek skały, kuriozalne czasem, a czasem tragiczne relacje ze zderzenia się kultur autochtonów i przybyszów z różnych stron świata, po spotkania ze współczesnymi ich potomkami. W ciągu wieków od odkrycia Nowej Fundlandii, trafiali tu głównie wyrzutkowie, awanturnicy, poszukiwacze szczęścia i przygód, ale także badacze i misjonarze. Nowofundlandczycy to zbieranina Anglików, Szkotów, Irlandczyków, Francuzów, a kwestia przynależności tych ziem do Kanady jest po trosze przypadkiem, a po trosze kwestią ciemnych sprawek pewnego polityka. Jak stwierdza autor, Nowofundlandczycy sądzą, iż to, że są karykaturalni, odróżnia ich przynajmniej od mało wyrazistych Kanadyjczyków.

    Mgła uwodziła, doprowadzała do szaleństwa i powodowała katastrofy

    Teatr ryb to kawał nie tylko dobrego reportażu, ale i literatury. John Gimlette wydaje się godnym następcą Colina Thubrona, choć szczerze mówiąc jedyna czytana przeze mnie książka Thubrona, Po Syberii, straszliwie mnie wynudziła. W przeciwieństwie do Teatru ryb, tętniącego życiem mieszkańców napotykanych miasteczek i ziem, iskrzącego się humorem i czarującego całym mnóstwem dykteryjek. Przepiękny jest rozdzialik o górach lodowych - to mistrzostwo samo w sobie.
    Niech nikt nie myśli, że góra lodowa to zwykła bryła zamarzniętej wody. Oglądałem przepiękne korony, dłonie, katedry i piramidy. Curven widział raz nawet opactwo Fountains, wynurzające się z mgieł. Niektóre były naszprycowane akwamaryną lub rozpalały na powierzchni oceanu malachitowe blaski. za dnia dręczyły horyzont wymyślnymi mirażami - grzybów, młotków i uszu Salvatora Dalego. W nocy lśniły jak planety. 
    Jeśli mogę mieć zastrzeżenia, to tylko takie, że autor zbyt szybko przeskakuje z tematu na temat, od nazwiska do nazwiska (książka powinna mieć skorowidz kto jest kto), tak że momentami traciłam orientację, dlaczego czytam to, co właśnie czytam. Tych opowieści jest tyle, ile ryb w ławicy. Dlatego Teatru ryb nie należy czytać szybko, należy się nim delektować. Co ciekawe, z niektórymi wątkami już się zetknęłam we wspomnianych powieściach Anne Proulx i Michaela Crummey'a. Ten pseudorealizm magiczny, wcale nie jest tu taki magiczny, to raczej rzeczywistość trąci surrealizmem. Cumowanie domów, na podobieństwo łodzi, i przeciąganie ich z miejsca na miejsce jest tu powszechne. Prawdziwa jest walka o rząd dusz, pomiędzy kościołami: katolickim i protestanckim. A przypominacie sobie "kolędników" z Dostatku, grasujących po nowofundlandzkich siołach? - to również stara tradycja, mummersi. Ze zdziwieniem odkryłam nawet, że historia genialnej śpiewaczki Ester, opowiedziana w Dostatku, jest oparta na faktach - rzeczywiście istniała taka artystka - jej dzieje przytacza Gimlette.

    od zachodu do miasta przegryzały się łosie

    Nowa Fundlandia to nie jest cukierkowa kraina. Nie ma tu miejsca dla turystów, mięczaków i romantyków. Cywilizacja cały czas przegrywa tu z naturą, łosie wypierają ludzi, a w niektórych wioskach można zostać zjedzonym przez [własne] husky. Kolonizacja nie przyniosła wyspie zbyt wiele dobrego. Takie refleksje wyzierają z reportażu Gimlette. W pewnym momencie autor konstatuje, iż to całe ubóstwo (zarówno ludzkie, jak i krajobrazu) nie robi już na nim wrażenia, patrzy na nie chłodnym okiem i jego samego taka postawa zaczyna przerażać. Obserwacja godna mistrza reportażu.

    Metryczka: 
    Gatunek: reportaż
    Główny bohater: Nowa Fundlandia i Labrador
    Miejsce akcji: Nowa Fundlandia i Labrador
    Czas akcji: od XII wieku po współczesność
    Cytat: Nic nie wskazuje na to, by RYBY zamierzały powrócić
    Moja ocena:  5,5/6

    John Gimlette, Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze, Wyd. Czarne, 2014

    Książka przeczytana w ramach wyzwania Czytam opasłe tomiska (562 str.)

    *Nigdy nie graj z dziećmi, ani z rybami - powiedział ponoć Kevin Spacey po kręceniu Kronik portowych


    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    About Me

    Moje zdjęcie
    Katowice, Śląsk
    Mól książkowy starej daty. Z urodzenia i zamieszkania Ślązaczka, choć serce ciągnie mnie w góry. Kocham przyrodę, ciepło i słońce. Zachwycają mnie krajobrazy południowej Europy, jestem italofilką. Uwielbiam koty i żałuję, że mam zbyt małe mieszkanie, by przygarnąć jeszcze co najmniej jednego. Najlepiej rudzielca :) Kontakt do mnie: joly_fh@gazeta.pl