
Nasza zachodnia cywilizacja najpierw miała okres poznawania, odkrywania cudów przyrody, potem przeszła do obsesji na punkcie znalezienia, opisania i zaklasyfikowania każdego możliwego gatunku w jednoczesnym przekonaniu, że obfitość tych gatunków jest niewyczerpana i niemożliwe jest, by jakiś gatunek zniknął z powierzchni ziemi, by dziś dojść biadolenia nad tym, cóżeśmy uczynili i prób ratowania tych nędznych resztek, które pozostały. Z miernym rezultatem, gdyż nadal myśliwi i łowcy przeróżnych trofeów nie próżnują, nie próżnuje też katastrofa klimatyczna, spowodowana przez człowieka. Tak oto jesteśmy świadkami masowego szóstego wymierania, które tak naprawdę zaczęło się już dawno temu: wszędzie tam, gdzie człowiek postawił swoją stopę znikały kolejne gatunki. Ich lista się nie kończy: mamuty, wielkie tygrysy, wiele gatunków niedźwiedzi, a w mniej odległej przeszłości ptak dodo, tur, kormorany olbrzymie, alki wielkie, gołębie wędrowne i wiele innych, w tym pewnie takich, o których istnieniu nawet nie wiedzieliśmy. To też przypadek biednej krowy Stellera, która jest pierwszą animalną bohaterką
Żywych istot. Odkryty podczas wyprawy Vitusa Beringa na daleką Północ olbrzymi ssak morski został szybko wytępiony w swojej ostatniej tak naprawdę ostoi. Wyprawę tę, jak również sylwetkę pechowego przyrodnika George’a Stellera świetnie zresztą opisał Stephen R. Bown w reportażu historycznym
Wyspa niebieskich lisów, stąd znane mi były losy tych odkrywców, w tym gehenna na bezludnej wyspie i hekatomba, jaką marynarze urządzili lokalnej faunie…
Kiedy krowa Stellera stała się na pół wspomnieniem, a na pół legendą, mamy drugi rozdział tego pogromu, jaki zgotowaliśmy zwierzętom, w którym poznajemy inne gatunki, które zniknęły z powierzchni ziemi (i nie, nie ukrywają się one gdzieś w lesie albo pod ziemią). Nastały bowiem czasy tych przyrodników, którzy przemierzali świat, by zbierać, badać, opisywać i katalogować… Szkoda jednakowoż, że ci przyrodnicy bardziej interesowali się martwymi istotami, niż żywymi. Dlatego wiedzeni pędem, by wzbogacić swoje zbiory strzelali do wszystkiego, co się rusza, żeby potem dany okaz spreparować, wypchać czy też zasuszyć. A potem te zbiory trafiały na śmietnik…Zawsze napawało mnie to niesmakiem, jak ludzi ci w ogóle mogli mienić
się “miłośnikami” przyrody, niszcząc ją, nawet jeśli nieświadomie. Czy
chęć poznania, poszerzenia wiedzy, bez czego w końcu nie byłoby postępu,
usprawiedliwia takie działania? Iida Turpeinen, cóż, zadaje
czytelnikowi to samo pytanie… O takim przypadku traktuje np. książka Człowiek, który kochał Syberię, także z Serii Skandynawskiej. Takim
przyrodnikiem-odkrywcą był także Armand David, francuski misjonarz,
któremu zachodni świat zawdzięcza odkrycie pandy wielkiej (ku jej
nieszczęściu). Jego perypetie opisuje Piotr Parzymies w książce Historia
pandy wielkiej i pisze też tak:
Co ciekawe, sam David uważał się za
wyznawcę św. Franciszka i często ubolewał nad koniecznością zabijania
zwierząt w celu przygotowania okazów muzealnych. Miał niezwykły dar
obserwacji i dostrzegał problemy związane z wymieraniem gatunków fauny i
flory, namawiał także w swoich pamiętnikach do ochrony przyrody.
Osobny krąg piekła autorka przeznacza jeszcze dla zbieraczy ptasich jaj… bo to takie fajne i nieszkodliwe hobby, prawda?
Gniazd szukają wieśniacy i myśliwi, wspinają się na półki skalne i na czubki drzew, potem jaja wędrują do pośredników, a na samym końcu łańcucha wiejskie złoto trafia do domów aukcyjnych, które sprzedają je lordom. (...) Kolekcje stają się coraz większe, a czym trudniej jest zdobyć jajo białozora, tym lepiej zbieracze są gotowi za nie zapłacić.
Dramatycznie spada liczebność ptaków morskich, coraz rzadziej widzi się
drapieżniki. Myśliwi nadal dostają wynagrodzenie za niszczenie “zwierząt szkodzących i skrzydlatych drapieżców”, a jaja tych ptaków nie
przestają być rozchwytywane przez kolekcjonerów. Lasy i przybrzeżne
skały milkną i różne towarzystwa zaczynają żądać ograniczeń łowieckich
oraz podjęcia działań na rzecz ochrony zwierząt, natomiast kwestia
regulacji zbieractwa jaj budzi wątpliwości. Łatwo potępić bezmyślną
masakrę ptaków drapieżnych w nadziei na łatwy zarobek, ale
kolekcjonowanie jaj to w końcu ukochane hobby przyrodników. Nauka to
przecież nie to samo, co myślistwo, no a jak tu badać ptaki, jeśli nie
przez gromadzenie okazów - ptasich skórek, jaj i gniazd? Jak tu rozpalić
w młodzieży miłość do skrzydlatych zwierząt, jeśli odbierzemy im radość
zbieractwa, możliwość cieszenia oczu pięknymi zbiorami oologicznymi?
Przez przeważającą część historii naszego gatunku, zachowywaliśmy się w
świecie przyrody jak słoń w składzie porcelany. Całe szczęście, że dziś
naukowcy bardziej fascynują się matematyką i fizyką i dali spokój żywym
istotom. Dzisiejsi przyrodnicy rozumieją już mniej więcej zasady
rządzące światem fauny, skomplikowaną budowę ekosystemów, rozumieją też,
że trzeba ten świat chronić, a prowadząc badania starać się weń nie
ingerować. Dać zwierzętom spokój i przestrzeń do życia. Żaden szanujący
się przyrodnik już nie kolekcjonuje martwych okazów i jaj. Społeczeństwo też w większości jest przeciwne polowaniom i zabijaniu zwierząt traktowanego jak "sport". Ale długo
zajęło dojście do tych wniosków.
Podnoszą się głosy zaniepokojenia: czy wiosenny chór ptaków nie śpiewa aby ciszej, czy jesienne stada wędrowców nie są czasem mniejsze, może nie należy uczyć chłopców odnajdywania gniazd? - lecz wszystkie te zmartwienia zagłusza szyderczy śmiech: że niby zgraja zwinnych łobuzów mogłaby wykończyć cały gatunek? I właściciele zasobnych portfeli wyjmują ze skrzynek pocztowych coraz to obszerniejsze katalogi dostępnych w sprzedaży jaj. Aż nagle faktem staje się wymarcie, które odbiera sen nawet najbardziej beztroskim obserwatorom nieba: gołąb wędrowny. (...) Gołębie wędrowne znikają i głosy zaniepokojenia stają się coraz liczniejsze. Skoro nagle przestał istnieć gatunek tak liczny, to chyba żaden nie jest już bezpieczny? Naturze zostają wyznaczone granice i w miejsce dawnej beztroski zakrada się strach o pogarszanie się podaży w obliczu wyczerpujących się zasobów (...)
O tym właśnie są Żywe istoty: o żywych czujących istotach, zamienionych w eksponaty muzealne. To zwierzęca tragedia w trzech aktach. I hołd złożony gatunkom już wymarłym. Choć fińska pisarka pisze o ludziach - odkrywcach, marynarzach, przyrodnikach, kustoszach w muzeach przyrodniczych okazów, a nawet jest tu rozdział z życia rosyjskiego gubernatora Alaski, tuż przed jej sprzedażą Stanom Zjednoczonym (przy okazji mamy też utalentowaną rysowniczkę, której nikt nie chce zatrudnić, bo jest kobietą, oczywiście, co wzruszyło mnie nie mniej, niż los krowy Stellera), to tymi prawdziwymi bohaterami są zwierzęta. Milczącymi, niemogącymi się obronić przed ludzką bronią i pozostającymi dla nas tajemnicą, gdyż nie ma już żadnego przedstawiciela ich gatunku, który moglibyśmy przebadać. Gatunki wymarłe przez głupotę, okrucieństwo, a przede wszystkim
zachłanność człowieka. Któremu wydawało się dawniej, że niewiarygodne
jest, by jakiś gatunek wyginął przez człowieka (przecież o tym może
zdecydować tylko Bóg), że zasoby przyrody są niewyczerpane i możemy je
wykorzystywać do woli. Bo człowiek pożądał już to mięsa, już to futer,
już to tłuszczu, albo też jakichś innych dóbr. A potem nagle się
okazywało, że brakuje zwierząt futerkowych, a dorsze zniknęły… Co się z
nimi stało? Populacja pand liczyła sobie w szczytowym momencie ok. 100
tys osobników, po czym kiedy ludzie je odkryli i zaczęli na nie polować,
gatunek został zredukowany do statusu krytycznie zagrożonego… Autorka wyraźnie staje po stronie zwierząt, punktując ludzką niewiedzę, dawną
mentalność i wadliwe przekonania, jakie odbijały się na naszych
relacjach z przyrodą i doprowadziły nas do punktu, w jakim jesteśmy. Ta narracja jest dyskretna, oszczędna, a nawet dość surowa jeśli chodzi
o środki wyrazu, a także mocno ironiczna, ale przekaz jest dla mnie
jasny. Turpeinen potępia więc ludzką ignorancję, a przede wszystkim
pychę, bo trzeba być bardzo pysznym, żeby stawiać siebie na czele
wszelkiego stworzenia i rościć prawo do dysponowania nim, tak naprawdę
nie mając żadnej wiedzy na temat istot, którymi chcemy rządzić. Gatunki flory i fauny i ich prawo do egzystencji postrzega się z
perspektywy ich przydatności dla człowieka, a nie jako wartość samą w
sobie. Przy czym niedobrze dla zwierząt być gatunkiem zanadto dla człowieka pożytecznym,
jak i nieprzydatnym - w obydwu tych przypadkach grozi zwierzętom
eksterminacja. Ta
książka pokazuje również logikę kapitalizmu, którego eksploatacja
przyrody, traktowanej jako darmowy/tani zasób jest jednym z podstawowych
filarów. Czerpie się z tej przyrody, by zarabiać pieniądze i w logice
tej bardziej pozostaje wyzysk do samego końca, do wyczerpania zasobów,
niż ich ochrona, w trosce o ich zachowanie. Pandy ocalały, gdyż Chiny
uczyniły z nich instrument uprawiania polityki; wielorybom udało się
tylko dlatego, że w porę wynaleziono naftę i ropę naftową, które okazały
się lepszym paliwem niż wielorybi tłuszcz. A co z innymi gatunkami?
Tematyka tej powieści - bezmyślne niszczenie i uprzedmiotawianie tytułowych żywych istot - to jest coś, co rani mnie do żywego. Być może można nawet bronić dawnych ludzi, bo przecież nie wiedzieli co
czynią. Ale czy gdyby wiedzieli, to by ich powstrzymało? Śmiem wątpić,
patrząc na świat a.d. 2026. Sytuacja przyrody jest tak trudna, że dziś
chyba to gatunki niezagrożone są w mniejszości (tak mi się wydaje), a
żeby je chronić trzeba nakazów, zakazów, rezerwatów i memorandów. Nadal
toczymy tę wojnę przeciwko naturze, którą ta ostatnia przegrywa - walkę z
myśliwymi, deweloperami, przedsiębiorcami i politykami, chcącymi
wycinać, betonować i zagarniać kolejne obszary na potrzeby człowieka.
Czyli nadal trzeba walczyć z naszą zachłannością, nienasyconą tak
naprawdę. Tego, co straciliśmy, już nie odzyskamy, te liczne gatunki
odeszły bezpowrotnie - słusznie zauważa Turpeinen, a mimo to
kontynuujemy swoje destrukcyjne dzieło. Kiedyś przeczytałam takie
porównanie, że przyroda musi “czuć się” jak w zgniatanej puszce coli - i
to jest fakt, bo ja też się tak czuję, kiedy widzę, że znów zniknął
kolejny skrawek zieleni, kolejne drzewo i kolejne miejsce, gdzie można
było szukać jakiegoś oddechu. Biolodzy mówią wprawdzie, że w przyrodzie
ciągle jest wiele gatunków nieodkrytych, co może napawać pewną otuchą,
lecz większość z tych gatunków to pewnie wszelakie robale i bakterie…
Tak, człowiek jest plagą dla innych gatunków. To jest fakt, a nie “niewiarygodna” myśl.
Metryczka:
Gatunek: powieść historyczna
Główni bohaterowie: George Steller i inni
Miejsce akcji: Syberia, Alaska, Skandynawia
Czas akcji: XVIII - XX wiek
Ilość stron: 304
Moja ocena: 5/6
Iida Turpeinen, Żywe istoty, Wydawnictwo Poznańskie, 2025
Komentarze
Prześlij komentarz