Granice świata
I dostajemy książkę, która opowiada o tych naszych ludzkich granicach, murach, liniach rysowanych na mapie, o tym, dlaczego przebiegają tak, a nie inaczej, kto je wytyczył i jakie są tego konsekwencje. Książka podzielona jest schludnie na trzy części - pierwsza dotyczy historii, druga granic problematycznych do dziś, trzecia - ogólnych zagadnień dotyczących map i wytyczania granic. W części historycznej możemy przeczytać m.in. o chińskim murze, Imperium Rzymskim, stopniowym powstawaniu państw europejskich, o tym, jak Hiszpania i Portugalia podzieliły między sobą cały glob w XV wieku, ale także o słynnej linii Masona-Dixona, dzielącej USA (i w ogóle o wytyczaniu granic USA w XVIII i XIX wieku), czy wreszcie o jednym z najgorszych chyba (moim zdaniem) rozdziale kolonializmu, jakim było podzielenie Afryki między siebie przez europejskie mocarstwa. Zatrzymajmy się tu na chwilę, by rzucić okiem na mapę Afryki, na której - do dziś - znajduje się wiele podejrzanie prostych linii. To właśnie efekt owego XIX-wiecznego podziału, którego dokonali biali panowie w cylindrach, bez jakiegokolwiek udziału Afrykańczyków, wodząc palcem po mapie. Brytyjski premier, lord Salisbury podsumował to tak: Zajmowaliśmy się rysowaniem linii na mapach, w miejscach, gdzie nigdy nie postała stopa białego człowieka. Dzieliliśmy między sobą góry, rzeki i jeziora, a jedyną przeszkodą było to, że dokładnie nie wiedzieliśmy, gdzie się one znajdują. W książce znajduje się dość szokująca mapa z początku XX wieku, pokazująca jakie terytoria należały do którego mocarstwa, a jakie ewentualnie ostały się pod władzą autochtonów…
Trzeba zauważyć, że by takie “zabawy” w ogóle były możliwe, najpierw musiały powstać mapy świata, co też było procesem żmudnym i długotrwałym. Dzisiejszy polityczny podział Afryki jest w dużej mierze spuścizną kolonializmu, gdyż afrykańskie państwa nawet po uzyskaniu niepodległości uznawały, że rewizja tych granic byłaby zbyt kłopotliwa (pisze o tym Dipo Faloyin w reportażu Afryka to nie państwo). Anyway te stare i sztucznie stworzone granice, są powodem do całkiem realnych kłopotów po dzień dzisiejszy i to nie tylko w Afryce. O tym właśnie traktuje druga część książki, w której mowa m.in. o Irlandii Północnej, o powstaniu Indii i Pakistanu, o Bliskim Wschodzie i niesławnej linii Sykesa-Pikota, a także o najbardziej niebezpiecznej granicy świata, czyli tej, między Koreą Północną a Południową. Wszystkie te granice powstały w epoce imperializmu europejskich mocarstw, roszczących sobie prawo panowania nad całym światem, w gabinetach, ponad “głowami” mieszkańców tych terenów, jednak ich skutki dla tych mieszkańców były daleko idące i nader często tragiczne. Wędrówki ludów, przymusowe przesiedlenia, ludobójstwa, niekończące się konflikty narodowościowe. Jednym z najgorszych konfliktów naszych czasów jest ten między - sztucznie utworzonym - Izraelem, a Palestyną - obecnie trwająca tam wojna wybuchła w momencie pisania tej książki.
W trzeciej części Granic świata autor omawia inne kwestie związane z granicami, już nie konkretnymi, ale bardziej ogólnie, np. jak wytyczano mapy kiedyś, a jak dziś, kiedy mamy GPS i Google Maps (wiedzieliście, że Google prezentuje inne mapy, w zależności od tego, w którym kraju mieszkacie?), kwestie stref czasowych i linii zmiany czasu, jak mają się sprawy z podziałem wód i oceanów (tu oprócz tego, co napisał autor dochodzą jeszcze spory na tle ewentualnej eksploatacji dna morskiego) i przestrzeni powietrznej. W XXI wieku powinniśmy dorzucić jeszcze do tego kosmos - John Elledge o tym wzmiankuje, ale szerzej ten temat został omówiony w Mieście na Marsie.
Niektóre z tematów mają charakter czysto ciekawostkowy, jak np. ta o minipaństwach i o “przypadkowych inwazjach” (my też ostatnio doświadczamy takich naruszeń naszej przestrzeni lądowej i powietrznej ze strony Rosji, które jednakowoż nie są ani przypadkowe, ani niezamierzone, jak to powiedział cytowany w książce rzecznik indonezyjskiego rządu o naruszaniu ich wód terytorialnych przez Australię: “Bezzasadne było twierdzenie, że to, co się wydarzyło, było niezamierzone albo wynikało z niewiedzy”). Trochę było mi szkoda, że książka jest mocno zachodniocentryczną, większość treści dotyczy Europy i Ameryki Północnej (choć w sumie uzasadnia to fakt, że to europejskie mocarstwa najbardziej wpłynęły na obecny kształt świata); szkoda też, że w książce nie znalazło się miejsce na coś więcej z naszej części kontynentu, nie wspominając już o dziejach Polski. Autor omawia jedynie kwestię obwodu kaliningradzkiego/Królewca oraz wspomina o wojnie w Ukrainie. A przecież na temat granic Polski też można by napisać osobną książkę, też mieliśmy linię Curzona, a i Polska po II wojnie światowej doświadczyła ogromnych tragedii ludzkich, kiedy nasze granice zostały wytyczone na nowo przez aliantów, bez pytania nas o zdanie, a całe masy ludzi “przerzucone” ze wschodu na zachód… Ale cóż, autor jest Brytyjczykiem i jest świadomy swojego “skrzywienia”…
Granice świata nie są więc pozycją stricte historyczną, nie jest to jakaś kolejna historia świata, tylko taką na styku historii i geografii. Siłą rzeczy opowiedziane w niej historie są wybiórcze i uproszczone, nie należy oczekiwać, że dostaniemy jakieś pogłębione analizy historyczno-polityczne; John Elledge zaś nie jest zawodowym historykiem, tylko dziennikarzem. Co ma tę zaletę, że pisze w sposób maksymalnie prosty, tak prosty, że bardziej już chyba nie można, więc książka jest niezwykle łatwa w lekturze. A najważniejszą cechą tego stylu jest typowo brytyjski humor, sprawiający, że nieraz się uśmiałam, czytając np. że:
Pierwsza rzecz, którą należy powiedzieć o Murze Trumpa, to że w rzeczywistości nie jest murem. Trafniejszym określeniem byłoby “jakiś płot”.
O królu Leopoldzie i Kongo:
Leopold zaczął odczuwać coraz większe zażenowanie podczas rodzinnych spotkań. (...) Aż któregoś dnia coś zauważył: spory kawał środkowej Afryki po prostu sobie leżał, i nikt, to znaczy rzecz jasna, żaden biały człowiek, nie próbował go jeszcze zagarnąć. Co więcej, dorzecze Konga było pełne cudownych, cennych rzeczy, jak kauczuk czy kość słoniowa, Ta ostatnia była wprawdzie wciąż przytwierdzona do słoni, ale istniały sposoby, by temu zaradzić.
O planie Wielkiej Austrii:
Choć na mapie wyglądał przejrzyście, pomijał skomplikowaną rzeczywistość enklaw językowych, niemieckich “wysp” na morzu innych narodowości, i nie jest jasne, czy ogólnikowe wzmianki o regionach czy miastach autonomicznych, wystarczyłyby, by to rozwiązać. Co więcej - co stałoby się z żydowskimi społecznościami imperium, które znalazłyby się jako outsiderzy w nowo powstałych, jednorodnych narodowo regionach, bez własnego państwa? Być może nic złego. Historia jednak daje wiele powodów, by sądzić inaczej.O planach Putina wobec Ukrainy:
Rzeczywiście istnieje wiele historycznych i kulturowych powiązań między Ukrainą a Rosją, ale to samo można powiedzieć o Austrii i Niemczech czy o Irlandii i Wielkiej Brytanii, a moim zdaniem takie związki znaczą znacznie mniej, niż pytanie czy mieszkańcy tego drugiego kraju w ogóle chcą być zjednoczeni z twoim własnym.
Mimo, że treść książki w niektórych miejscach bawi, to autor nie traci z oczu tego, co najważniejsze: pokazuje, że polityczne granice, wydające się nam odwieczne, tak naprawdę są sztuczne i płynne. Nie musimy być więźniami geografii, co wpajają nam geopolitycy, zwłaszcza że owe granice były nazbyt często prowadzone właśnie na przekór geografii (z drugiej strony na koniec przeważnie się okazuje, że geografia triumfuje). Mury natomiast mają to do siebie, że najczęściej... nie działają. Wydaje mi się, że ważne, żeby sobie to uświadomić dziś, w czasach kryzysów imigracyjnych. Dla mnie Granice świata są typową lekturą łączącą przyjemne z pożytecznym, informatywną, a zarazem lekką. Polecam ją ludziom ciekawym świata (w sensie dosłownym), ale warunkiem koniecznym jest posiadanie poczucia humoru. Mówiąc wprost: zalecałabym przy lekturze tej pozycji wyjęcie kija z d…. Tylko, jak na książkę o granicach, terytoriach i mapach, to w tej pozycji jest zadziwiająco mało…map.
Gatunek: popularnonaukowa







Komentarze
Prześlij komentarz