Kolonia
Angielski Malarz. Pragnie ciszy i spokoju. farby, pędzle w dłoń, bałagan. Maluje wyspiarzy. Dwa
Chłopiec, poluje na króliki, naturalny talent. Marzenia kontra zawiść. Trzy
Francuski językoznawca. Obrona irlandzkiego. Rywalizacja, niezrozumienie. Cztery
Irlandka, młoda wdowa, matka, mąż zaginiony na morzu, życie skurczone do wyspy. Pozuje nago. Pięć.
Życie na małej irlandzkiej wyspie wydaje się zastygłe w bursztynie - uboga niewielka społeczność, żyjąca z łowienia ryb, wyrabiająca wełniane swetry, a co najważniejsze wciąż posługująca się będącym na wymarciu językiem irlandzkim/gaelickim. Wydaje się to być odizolowaną od świata sielanką, idealnym miejscem dla malarza, szukającego pejzaży i inspiracji w naturze. Rzecz jasna to tylko złudzenie, bo i na wyspę docierają wieści ze świata, docierają ludzie z zewnątrz, tacy jak wspomniany malarz Lloyd czy francuski językoznawca walczący o ocalenie języka, co wydaje się zawracaniem kijem wyspy. Malarz wydaje się być nieszkodliwy, zwłaszcza że pragnie tylko "świętego spokoju". Okazuje się jednak, że traktuje wyspiarzy dość instrumentalnie i zasiewa niepokój. Ten malarski wątek od razu skojarzył mi się z Gauguinem, zanim jeszcze to nazwisko pada w tekście. Francuski artysta pojechał na Tahiti malować "dzicz" (a przy okazji baraszkować z tubylkami) i dzięki temu zdobył sławę. Lloyd najwyraźniej chce powtórzyć ten sukces, zresztą jest to wprost wyartykułowane w tekście. To jednak tylko marne naśladownictwo, zwłaszcza że pod bokiem pojawia się konkurencja w postaci nadspodziewanie utalentowanego irlandzkiego chłopca… A co na to rodowici Irlandczycy? Patrzą na to wszystko z dystansem. Oddziałują tu - jak to zawsze bywa - dwie przeciwstawne siły. Z jednej strony pragnienie wyrwania się z zapyziałej prowincji, unowocześnienia się, poznawania świata, a także sprzeciwu przeciwko traktowaniu ich jak okazy w ludzkim zoo - a z drugiej zachowaniu swojego tradycyjnego stylu życia.
Zaiste symbolem Irlandii - a może i tej książki - mógłby być królik, pełniący nomen omen ważną rolę głównego źródła pożywienia na wyspie; a gdyby język angielski był zwierzęciem, też byłby królikiem, bo pleni się tak łatwo na całym świecie. Powiedzieć trzeba, że Kolonia to interesujące spojrzenie na kwestię kolonializmu (a jest to kolejna książka ostatnio, w której poruszony jest ten temat), w tym tego dokonywanego przez Anglików na Irlandii. Kolonizatorzy postrzegali spacyfikowanych ludzi jako gorszych, prymitywnych, niecywilizowanych, co stanowiło legitymizację do przejęcia rządów, narzucania własnych obyczajów, religii i kultury, a rugowania pierwotnej tożsamości kolonizowanych ludów. Powieść Audrey Magee koncentruje się w szczególności na tym jak kolonializm odbija się na kulturze i w kulturze. Czerpanie, a nawet kradzież pomysłów, wykorzystywanie zaufania (naiwności?) tubylców, kreowanie nieprawdziwych wyobrażeń, próby wciśnięcia podporządkowanych nacji w ciasny gorset tego, co przewidują dla nich panowie i władcy. Pokazywanie ich odmienności, tradycji, obyczajów jako dziwactw, co nie przeszkadzało w ich monetyzacji. Kojarzenie malarza Lloyda z Paulem Gauguinem jest zupełnie celowe. Czy Lloyda nie cechuje ta typowo kolonialna mentalność? A czy drugi przybysz, przemądrzały, jak to Francuz, zatroskany o zachowanie języka, tylko nie swojego, tylko irlandzkiego, jest lepszy? Działanie szlachetne, ale motywy za tym stojące są złożone. Francuzi też wszak byli mocarstwem kolonizującym, więc przyganiał kocioł garnkowi… Do dziś zresztą zachodni turyści się tak zachowują, jadąc do jakiegoś egzotycznego kraju i oczekując, że zastaną tam skansen. To jednak zafałszowany wizerunek. W takiej atmosferze tożsamość narodowa się zaciera, jej elementy stopniowo zanikają, a te którym uda się przetrwać, stają się tylko cieniem samego siebie. Czy warto walczyć o te resztki, czy uznać, że taka jest naturalna kolej rzeczy, a skoro można na tym zarobić, to należy z tego skorzystać?
Atmosfera panująca w powieści, rozgrywająca się na tej irlandzkiej wysepce jest senna, powolna; życie mieszkańców wypełnione jest prozaicznymi czynnościami i plotkowaniem o śmieszno-irytującym konflikcie między Anglikiem a Francuzem, przebywającymi na wyspie. Tych dwóch cudzoziemców jest jak ogień i woda, a ich rywalizacja - trochę zabawna, na początku, ma drugie dno w postaci klasycznych angielsko-francuskich resentymentów. Ta podszyta ironią, napakowana dwuznacznościami fabuła kojarzyła mi się ze Stoma dniami bez słońca Wita Szostaka. Ale pod powierzchnią się gotuje, ścierają się charaktery bohaterów, a dramatyzm autorka podkreśla wstawkami o kolejnych zamachach i ofiarach śmiertelnych w trakcie irlandzkich Kłopotów. Bardzo nowatorska jest narracja - autorka znalazła sposób, jak poprzez sam sposób opowiadania, struktury tekstu przedstawić tak obrazy, jakie powstają przed oczyma Lloyda, jak i fascynację Jean-Pierre’a językiem. Co więcej, ta struktura tekstu oddaje też osobowość bohaterów. Z reguły nie lubię takich udziwnień, ale tu chapeau bas. Moim zdaniem jednak te fragmenty o zamachach terrorystycznych (z każdorazowym podkreśleniem ile która z ofiar miała dzieci - a było ich wiele…) są zbędne. Są one zupełnie oderwane od tego, co dzieje się na wyspie, a akcja powieści sama w sobie mocno koncentruje się wokół irlandzkiej tożsamości i jej przywłaszczania i nie trzeba było tak dosadnie przypominać, że Irlandczycy przelewali za to krew.
Gatunek: powieść







Komentarze
Prześlij komentarz