Trochę poniewczasie przychodzę z kilkoma o kilkoma książkami z gatunku "kobiecej" literatury włoskiej, książkach jakich zawsze szukam dla relaksu w okolicach wakacji. Ale zawsze możecie je sobie dopisać do listy na przyszłe wakacje albo może wakacje we Włoszech macie jeszcze przed sobą ;) Tego typu powieści, choć wrzucam je na półkę letnich lektur, zawsze uświadamiają mi, że życie w najpiękniejszym kraju świata dla jego mieszkańców nie zawsze jest wakacyjną sielanką, a zwłaszcza nie było nią w dawnych czasach, gdy Włochy były biednym państwem.
Cieszę się, że opinie nie zdołały mnie zniechęcić do tej powieści, bo już miałam taki moment, że wyrzuciłam ją z listy, przeczytawszy, że jest to jakieś romansidło vel czytadło. Tymczasem
Listonoszka z Apulii to bardzo przyjemna w odbiorze powieść, klasyczna, pokazująca życie w małym włoskim miasteczku wraz z całą mozaiką postaci. Toczy się to wszystko spokojnie, wydarzenia z wielkiego świata rzadko tu docierają, jak to przeważnie bywa na prowincji. Tak, pomysł na fabułę nie jest oryginalny, bo mamy tu zderzenie - rzecz jasna - tradycyjnych, patriarchalnych (i mocno wkurzających) norm, obecnych na południu Włoch (to jest “męski fach”, “kobiecie nie przystoi”), małomiasteczkowej mentalności (jak wiemy podstawowa cecha drobnomieszczaństwa to “nie wyróżniać się”), z silną kobiecą postacią, nic sobie z tych norm nie robiącą i będącą w awangardzie przemian obyczajowych, dokonujących się w pierwszej połowie XX wieku. To tytułowa listonoszka, Anna, tak naprawdę wykształcona i ambitna kobieta, o feministycznych, postępowych poglądach, w dodatku ateistka. Prąca przez życie jak taran. W treści pada porównanie Anny do Scarlett O’Hary, ale jest ono trafne o tyle, że Anna jest też kobietą pewną siebie i zdeterminowaną, ale bynajmniej nie jest tak wyrachowana i samolubna jak Scarlett; jest też postacią dużo mniej skomplikowaną i pejoratywną, niż bohaterka
Przeminęło z wiatrem. O wiele też lepiej wyedukowaną i w ogóle autorka podkreśla w
Listonoszce wartość edukacji, co często pojawia się w książkach z akcją w pierwszej połowie XX wieku. Nawiązania do literatury są tu mocno obecne, bo Anna oraz jej szwagier Antonio dużo czytają, klasyki literackiej i te książki też kształtują ich spojrzenie na świat.
Powieść Franceski Giannone sama się czyta, są tu i wątki miłosne, rozczarowania głównie (ale na pewno powieść nie jest romansidłem), i tragedie, jakie dotykają bohaterów, i sekrety, ale autorka traktuje swoje postaci delikatnie, nie rozdrapując ich ran. Przykładem jest wątek kobiety, mającej romans z księdzem, przybierający dość nieoczekiwany obrót, czy to, że lata wojenne zostały w narracji przeskoczone, uwidocznione tylko w reminiscencjach. Jak gdyby autorka nie chciała się zagłębiać w ten trudny temat - być może zbyt trudny jak na zamierzenia tej powieści. Za to ukazuje ta książka blaski i cienie życia w małej, zżytej społeczności, do jakiego często dziś tęsknimy. Na przykład wtedy często bywało tak, że zawód miłosny unieszczęśliwiał do końca życia - pociągając za sobą samotność lub tkwienie w związku bez miłości. Nie było tak jak dziś - nasze związki się kończą, ale rzadko (jak już ochłoniemy) postrzegamy to jako koniec świata. Po jakimś czasie wchodzimy w kolejną relację, partnerzy się nam zmieniają, bo nieustannie szukamy swojej szansy na szczęście. Wtedy po prostu nie było tylu możliwości, skoro świat ograniczał się do małej wioski, a wchodzenie w relacje też było ograniczone konserwatywną moralnością. Więc niestety dawniej nieszczęśliwe małżeństwa były raczej normą, zwłaszcza że rozwodów nie było. A czy dawniej ludzie byli bardziej odporni psychicznie, czy też raczej swoje traumy przekazywali kolejnym pokoleniom, stąd też tak trudno nam czasem zmienić zakodowaną głęboko mentalność?
Niektórzy piszą, że “to nie jest powieść historyczna”. Nie rozumiem: zgodnie z definicją powieść historyczna to gatunek literacki, który charakteryzuje się osadzeniem fabuły w konkretnym, minionym okresie historycznym, z uwzględnieniem realiów tamtych czasów, więc Listonoszka jak najbardziej się w nią wpisuje. To, że autorka nie pisze o wojnie, nie znaczy, że powieść nie odnosi się do realiów tamtych czasów. Istotny jest tu na przykład wątek o walce włoskich kobiet o przyznanie im praw wyborczych (co nastąpiło dopiero po II wojnie światowej). Jest to zatem powieść o kobietach i o życiowych trudnościach, ale takich, które - przy odrobinie chęci - da się pokonać. Tytułowa bohaterka, Anna została wzorowana na babce autorki, więc nie dziwi, że jest ona postacią tak pozytywną. Przywodzi mi to na myśl naszą rodzimą Sagę o ludziach ziemi, utkaną ze wspomnień Anny Fryczkowskiej o swoich dziadkach. Jeśli dodam, że autorka nie zawahała się przed drobiazgowym odtworzeniem klimatu włoskiego miasteczka, takim, jakim je widzimy w klasycznych wyobrażeniach, włącznie oczywiście z tradycyjnymi przepisami kulinarnymi, to czyni to Listonoszkę idealną lekturą na wakacje.
Szkoda że druga powieść autorki, Zapach Apulii nie jest kontynuacją Listonoszki, tylko dotyczy losów zupełnie innej rodziny, prowadzącej manufakturę mydełek i kosmetyków w latach 50-tych i 60-tych. Mimo, że temat bliski mojemu sercu (zapachy!), to podobała mi się dużo mniej, niż Listonoszka.
Metryczka:
Gatunek: powieść historyczna
Główna bohaterka: Anna
Miejsce akcji: miasteczko w Apulii
Czas akcji: I połowa XX wieku
Ilość stron: 464
Moja ocena: 5/6
Francesca Giannone, Listonoszka z Apulii. Włoska opowieść o nadziei i odwadze, Wydawnictwo Znak Koncept, 2024

Akcja kolejnej powieści przenosi nas do innego rejonu Włoch. Z cytrynami ta pozycja nie ma nic wspólnego, nie ma tu na ich temat jednego słowa i to jest przykład na niepotrzebne zmienianie - zamiast po prostu tłumaczenie - oryginalnych tytułów powieści. Jednak tytuł jest po coś i powinien odzwierciedlać treść książki, prawda? Być może zatem tytuł “nazwisko kobiet” nie brzmi zbyt atrakcyjnie, ale w
gruncie rzeczy o to tu chodzi - o kobiecy ród pod nazwiskiem, należącym
przecież nie do nich, tylko zawsze do jakiegoś mężczyzny. Il cognome delle donne to saga rodzinna, której głównymi bohaterkami są kolejne przedstawicielki rodu Maraviglia (z wyłączeniem ich babki, Rosy, wbrew temu, co czytamy w opisie - cyt. “Pierwszą z kobiet rodziny Maravigliów była Rosa” - która przecież
nie była Maraviglia, bo było to nazwisko jej zięcia, a nie męża). Jedne silne i niezależne, inne raczej spokojne i potulne. Mamy tu klasycznie patriarchalny świat, w którym mężczyźni - roszczą sobie prawo do rządzenia, do bycia najważniejszym i brania czego chcą, a w egzekwowaniem swoich praw posuwają się do siły i przemocy. Santi Maraviglia wcale nie jest taki cudowny, ani święty, jak wskazywałoby na to jego nazwisko. Kobiety muszą sobie z tym radzić tak, czy inaczej. Nie każdy facet to drań, w Tam, gdzie kwitną cytryny mamy również sporo pozytywnych męskich postaci, jednak dobry mężczyzna to dar od losu. Mimo więc, że świat, w którym żyjemy jest stworzony przez mężczyzn i dla mężczyzn, to w Tam, gdzie kwitną cytryny, pierwszoplanowe role grają kobiety. To dosyć typowa saga, ukazującą wsparcie i troskę, jakie kobiety pokazują sobie wzajemnie, nauki, jakie przekazują sobie z pokolenia na pokolenie, mające chronić je m.in. przed nie zawsze pozytywnym męskim zainteresowaniem. Nauki te nie zawsze są przydatne, bo albo zaślepiona dziewczyna nie słucha i wpada w kłopoty, ale bywa też i tak, że słucha za bardzo i nie dopuszcza do siebie tych, którym na niej zależy. Śledząc losy kobiet z rodu Maravigliów, obserwujemy też jak zmieniają się czasy i obyczaje, kobietom wolno coraz więcej, choć w dość tradycyjnych włoskich rodzinach zmiany te zachodzą wolno i z oporami. Nie jest to może zbyt oryginalne, ale powieść bardzo przyjemnie się czyta. Jest ona dynamiczna, są tu momenty dramatyczne, są i wzruszające, jest gorący włoski temperament i sceny otwierające nóż w kieszeni. Jeśli to debiut autorki, to brawo dla tej pani. Trochę bym popracowała jednak nad motywami i charakterami najmłodszego pokolenia sióstr Maraviglia. Wadą jest również brak jakiegoś kolorytu lokalnego (wspomnianych tytułowych cytryn) - autorka skupia się na relacjach rodzinnych i damsko-męskich, natomiast tło tego jest nieistotne, mogłoby to dziać się w zasadzie w każdym miejscu w południowej Europie. W istocie dużo czasu zabrało mi zorientowanie się, gdzie dokładnie rozgrywa się akcja tej powieści, poza tym, że “gdzieś we Włoszech”.
Metryczka:
Gatunek: powieść historyczna/saga rodzinna
Główne bohaterki: Rosa Quaranta, jej córka i wnuczki
Miejsce akcji: południowe Włochy
Czas akcji: XX wiek
Ilość stron: 464
Moja ocena: 5/6
Aurora Tamigio, Tam gdzie kwitną cytryny, Wydawnictwo Książnica, 2025

Ostatnia opinia będzie na nie. W cieniu starych cyprysów to kolejna powieść ze zmienionym tytułem i okładką (przepiękną), zapowiadającymi bynajmniej nie to, co znajdziemy w środku. Cyprysy są powszechnie kojarzone z Toskanią, a powieść Mary Carollo rozgrywa się na północy Włoch, w górskich wioskach Wenecji Euganejskiej. I żadne cyprysy w niej nie występują. To nie jest przypadek, tylko celowy zabieg marketingowy i ostatni raz dałam się na to nabrać Książnicy. Przecież tytuł generuje również jakieś oczekiwania wobec powieści i tu kompletnie się one rozmijają z rzeczywistością. Wyobraźcie sobie, że ktoś Genialną przyjaciółkę zmienia na np. Spacerując uliczkami Rzymu... Na przyszłość zawsze będę sprawdzać jaki jest oryginalny tytuł powieści, tym razem brzmiący w tłumaczeniu: Obiecaj mi, że nie umrzemy. Opowiada ona o życiu biednej wieśniaczki Catheriny, marzącej o tym, by się z gór wyrwać i mieć coś więcej, niż jej rodzice (dziadkowie i wszystkie poprzednie pokolenia). W dzieciństwie jej najlepszym przyjacielem jest mieszkający po sąsiedzku Mario, relacja ta jest kanwą powieści, a włoski tytuł obietnicą, jaką składa sobie ta dwójka dzieci.
Gdyby na tytule się skończyło (jak w przypadku Tam, gdzie kwitną cytryny), to pal licho, ale moje rozczarowanie tą powieścią idzie dużo dalej. Caterinę poznajemy gdy jest małą dziewczynką, a jej ojciec wraca z wojny (I wojny światowej - ciężkie walki toczyły się m.in. w Dolomitach, na terenach granicznych między dzisiejszą Austrią a Włochami). Pomyślałam sobie, że dziecięce perypetie zawsze są mało ciekawe, ale pewnie akcja się rozkręci, kiedy dziewczyna dorośnie. Nic podobnego nie następuje - autorka opisuje zwykłe, pełne znoju życie na wsi: oporządzanie krów, kóz, kur (kur jest dużo), prace polowe, pomaganie w domu przy powiększającej się rodzinie. I tak sezon po sezonie, rok po roku z niewielkimi przerwami, kiedy Caterina próbuje podjąć pracę w mieście, ale niewiele z tego wychodzi. Nuda, panie dzieju nuda, emocje jak na grzybobraniu. Nic ciekawego się tu nie dzieje, nie ma żadnych zwrotów akcji - tak wygląda życie zwykłych ludzi, co nie znaczy, że trzeba o tym pisać powieść na ponad 600 stron. Jedyna przerwa w tej rutynie następuje gdy przychodzi II wojna światowa… I tak, jak akcja powieści nigdy się nie rozwija, tak główna bohaterka nigdy nie dojrzewa. Caterina jest jedną z najbardziej antypatycznych i irytujących bohaterek, z jakimi miałam do czynienia w literaturze. Ciągle nieszczęśliwa, sfochowana, z pretensjami nie wiadomo o co. Bardzo często z jej ust padają stwierdzenia, ileż to w życiu spotyka ją nieszczęść i cierpienia, ale prawdę mówiąc ja jakoś tego nie widziałam - owszem, jest biedna i musi ciężko pracować, ale niczym się jej życie nie różni od życia innych ludzi wokół niej. Wszyscy dookoła są ubodzy i żyją mniej więcej w ten sam sposób; co więcej, może Catarina jest biedna, ale ma kochającą rodzinę i nie dzieje się jej jakaś wielka krzywda. no chyba że wyimaginowana w jej głowie, bo dziewczyna wyobraża sobie, że kiedyś przeprowadzi się do miasta i będzie żyła jak wielka pani… Tylko, że niewiele robi, żeby to marzenie się ziściło, wszystko zasadniczo sprowadza się do zazdroszczenia ludziom, którym powodzi się lepiej od niej. Jako dziecko interesuje ją czytanie, a pociąg do nauki jest tym, co wydaje się ją wyróżniać, ale na wsi wiadomo, czasu na czytanie i naukę nie ma, trzeba pomagać na gospodarstwie i Caterina dość szybko chowa swoje “ambicje” do szuflady, stwierdzając, że “nie ma co gonić za niespełnionymi marzeniami” (sic!). Od tego czasu staje się tylko nudną kobietą z typowo wiejską, zaściankową mentalnością, kompleksami na punkcie swojego wykształcenia i z muchami w nosie…Za mąż wyjść nie chce, nie wiadomo dlaczego chłopcy jej nie interesują, choć dziewczyna ma powodzenie. Może czeka na księcia z bajki. Jako dwudziestokilkulatka zachowuje się jak pięciolatka… Nie interesuje jej to, co dzieje się dookoła niej, nigdy o niczym nie wie, a potem zdziwiona dowiaduje się jako ostatnia. Tak samo, kiedy przychodzi wojna - nie obchodzi jej to, o co ona się toczy, bo przecież biednym ludziom i tak wszystko jedno. W tym momencie doszłam do wniosku, że kobieta jest po prostu głupia i nie było mi jej żal, bo jej problemy wynikały tylko z jej głupoty. Za to było mi żal Maria - jej idee fixe z dzieciństwa. Caterina całe życie wraca do niego myślami, tylko że to wcale nie jest romantyczne, tylko zakrawa to na jakąś obsesję, bo kto przez kilkadziesiąt lat myśli o jakimś przyjacielu z dzieciństwa, z którym de facto dawno straciło się kontakt? Dojrzały człowiek idzie do przodu, a nie tkwi w przeszłości, fantazjując o ludziach, z którymi nic go już nie łączy. I to na własne życzenie. Caterina sama Maria odtrąca za każdym razem gdy ten próbuje
się do niej zbliżyć, a potem pretensje ma do niego…Typowy unikowy styl
przywiązania powiedziałby dziś psycholog, gdyż łatwiej jej
fantazjować o kimś, kto jest niedostępny, niż faktycznie zaangażować się
w tę relację. Żal mi było tego Maria, bo chłop faktycznie chciał z nią
być, tylko ona nigdy nie dała mu szansy. To, co Caterina czuje do Maria to raczej złość i zawiść, a tak naprawdę żyje ona jakimś swoim wyobrażeniem o nim, bo prawie wcale go nie zna jako dorosłego człowieka; w powieści pada stwierdzenie, że Mariowi “trafił się lepszy los od niej”, bo się wykształcił i przeprowadził do miasta. Tyle, że jemu nic się “samo nie trafiło”, tylko sam na to pracował, brał los w swoje ręce, miał jakieś poglądy i ideały - w przeciwieństwie do Cateriny. A potem zamienia się ona w zgorzkniałą babę. Jedyne, o co dba to żeby mieć więcej pieniędzy, gdyż uważa, że wszystkie jej problemy wynikają z biedy - a tylko pieniądze tak naprawdę robią różnicę. I żyje tak, jak słusznie zarzuca jej córka - ciągle oszczędzając, bez radości, bez rozrywek i bez miłości. Swoje dzieci, w tym córki, wspiera o ile realizują one jej drobnomieszczańską (a raczej wiejską) wizję życia. Na miły Bóg, życie nie tylko po to jest, by brać, życie nie po to, by bezczynnie trwać - przypominają się słowa z piosenki Stanisława Sójki, bo pasują one jak ulał do tej bohaterki. Co gorsza, wszystko w tej powieści kręci się wokół niej, a nie poznajemy perspektywy żadnych innych osób - być może ciekawiej by wyszło, gdyby autorka napisała też jakieś rozdziały z punktu widzenia Mario…zwłaszcza, że to jego życie wydaje się być znacznie ciekawsze i burzliwe, niż życie oporządzającej kozy Niny.
Jeśli liczycie na zatopienie się w klimat włoskich wsi i miasteczek, poznanie tła historycznego - przecież akcja obejmuje prawie cały XX wiek - to srogo się zawiedziecie. Nie, to nie jest powieść z “historią w tle”. Na temat faszystów i Mussoliniego padają tu wszystkiego może ze trzy zdania, z których tak naprawdę trudno wywnioskować, czy to, co robią faszyści to coś dobrego dla kraju, czy nie. Jedni ludzie są za - inni przeciw, jak zawsze. Cateriny w ogóle to nie obchodzi, jak już wspomniałam powyżej. W przeciwieństwie do Maria. Akcja trochę się zagęszcza podczas II wojny światowej, choć z treści powieści wynika, że przyszła ona do bohaterów dopiero w roku 1943, kiedy obalono Mussoliniego i Włochy przeszły na stronę aliantów… I też za bardzo nie wiadomo o co chodzi, gdyż wszystko jest pokazane z perspektywy wiejskiej społeczności, której jest wszystko jedno kto nimi rządzi i kto im płaci, byle płacił. A Niemcy nie wydają się tacy żli (w powieści mamy nawet “dobrego Niemca”)... Co potwierdza takie poczucie, jakie wyniosłam z dwóch poprzednich powieści, które tu opisywałam, że Włosi - w porównaniu do mieszkańców innych krajów, których wojna ciężko doświadczyła - zbyt się nie nacierpieli. Często wojna toczyła się gdzieś daleko, a oni w swoich wioskach żyli sobie zupełnie normalnie. Oczywiście było jeszcze biedniej niż zazwyczaj, ludzie cierpieli głód, ale to chyba pikuś w porównaniu z masowymi eksterminacjami i wywózkami do obozów koncentracyjnych? Pod koniec wojny we Włoszech rozgorzała walka partyzancka i W cieniu starych cyprysów w pewnym momencie pada stwierdzenie: “gdyby tylko nasi chłopcy przestali tchórzyć w górach i chwycili za broń przeciwko prawdziwym wrogom…” A ja pomyślałam sobie: to znaczy przeciwko komu: faszystom, aliantom, Niemcom? I po której stronie właściwie są mieszkańcy terenów, na których toczy się akcja powieści. Bo nijak to z treści nie wynika, a sytuacja na pewno nie była czarno-biała w kontekście tego, że Włochy przez 4 lata były sojusznikiem Niemiec. Pewnie autorka pisząc książkę na krajowy rynek wyszła z założenia, że Włochom nie trzeba takich spraw tłumaczyć, ale jak widać zagranicznych czytelników może to wprawić w konfuzję. Tak samo w dalszych częściach książki nie ma właściwie żadnych informacji o tym co dzieje się w polityce, czy gospodarce Włoch, poza wzmianką o tym, że kobiety zyskały prawa wyborcze. Ale Caterina bynajmniej nie jest żadną feministką, o nie, te sprawy też jej nie obchodzą (głosuje na chadeków, bo tak kazał ksiądz z ambony) i też nie obchodzi autorki odniesienie się do nierówności, jakich doświadczały kobiety w tradycyjnym patriarchalnym społeczeństwie. Ta sprawa w ogóle w powieści nie istnieje. Naprawdę trudno nazwać Catering niezależną, odważną kobietą, która idzie swoją drogą, choć los rzuca jej kłody po nogi. Ona po prostu płynie z prądem, a kiedy los faktycznie zmusza ją do stawienia czoła sytuacji - tchórzy. Co autorka podkreśla zdaniem powtarzanym co chwila “Caterina zaczynała się pocić”, tudzież odniesieniami do dolegliwości gastrycznych. Uderzyło mnie, przy pisaniu tego tekstu, że Caterina jest właściwie przeciwieństwem Anny z Listonoszki z Apulii, jeszcze w szczególności, że obie te powieści powstały na kanwie losów babek autorek. Mara Carollo pisze co prawda, że inspiracje te były bardzo luźne i szczerze mam nadzieję, że jej babcia była jednak ciekawszą i lepszą osobą, niż Caterina.
W mojej opinii W cieniu starych cyprysów to książka przede wszystkim nudna i bez polotu. Przeczytałam i wam odradzam. Napisana owszem, poprawnym językiem, przedstawiająca codzienne życie włoskich chłopów i to w zasadzie tyle. Trudno mi znaleźć w niej jakieś inne pozytywy. Główna bohaterka jest pusta i egoistyczna - bez zainteresowań, bez ciekawości świata, bez żadnych ideałów, nie wychyla nosa ze swojego zaścianka, choć cały czas tęski za “wielkim miastem”. Zupełnie nie rozumiem co w tej powieści pociąga czytelniczki i czemu ma ona tak wysokie noty. Jedna z włoskich czytelniczek zwraca uwagę na koniunkturalizm głównej bohaterki. Kwintesencją takiego myślenia jest stwierdzenie:
Caterina znów pomyślała, że wszyscy zbyt dużo wycierpieli, by pozwolić sobie na luksus bycia dobrymi ludźmi.
Naprawdę? Rzecz jasna trudno dziś oceniać obywateli obcego państwa i wymagać od nich bohaterstwa, jednak wiele osób w tej wojnie, na całym świecie, przelewało krew za ideały, za to by nie dopuścić faszystów do władzy - i potrafiło wznieść się ponad przyziemne sprawy. Włoska czytelniczka pisze: “Moja babcia urodziła się i wychowała w dwudziestoleciu faszystowskim, bez ukończonej nawet szkoły podstawowej, a mimo to zawsze wiedziała, po której stronie stanąć.”
Metryczka:
Gatunek: powieść obyczajowa
Główni bohaterowie: Caterina, Mario, rodzina Cateriny i inni
Miejsce akcji: Włochy północne
Czas akcji: XX wiek
Ilość stron: 640
Moja ocena: 2/6
Mara Carollo, W cieniu starych cyprysów, Wydawnictwo Książnica, 2025
Komentarze
Prześlij komentarz