Gauguin. Biografia dzikusa

Pamiętacie tego angielskiego malarza w Kolonii, przybywającego na irlandzką wysepkę, żeby w spokoju malować? Jakoś dziwnie kojarzył mi się on z Paulem Gauguinem, podobnie jak krytyka kolonializmu zawarta w powieści Audrey Magee. Bo ten francuski impresjonista kojarzony jest z białym człowiekiem jadącym w tropiki, by tam z wyższością patrzeć na tubylczą ludność i przywłaszczać sobie jej dziedzictwo kulturowe. Tak czy inaczej. Czy to przez zapędzanie ich do niewolniczej pracy, czy też zarabianie na ich pokazywaniu lub ich wizerunkach. Gauiguin w powszechnym odbiorze cieszy się też nienajlepszą reputacją, jako seksualny drapieżca..., niewiele lepszą niż Picasso. Tymczasem najnowsza biografia pióra Sue Prideaux już w pierwszych zdaniach obala te krzywdzące - jak się okazuje - przekonania - dotyczące Gauguina. 
 

Sama na temat Paula Gauguina nie dysponowałam wiele większą wiedzą, niż ww. krążące mity, dlatego ta książka była dla mnie źródłem cennej wiedzy, ale przede wszystkim nieustającego zadziwienia - moje usta przy lekturze ciągle układały się w wielkie O. Nie miałam pojęcia o pochodzeniu malarza, o jego południowoamerykańskich korzeniach, o tym, że jego babka była prefeministką, a rodzice mieli republikańskie (jak by to dziś podsumowano - lewackie) przekonania. Jak w takim układzie ich dzieci mogły mieć reakcyjne poglądy, o co oskarżany jest Gauguin? Prideaux pisze, że Gauguin krytykował kolonialne, nieudolne, nacechowane rasizmem rządy Francji w Polinezji, które zniszczyły lokalną kulturę, aktywnie działał w obronie jej mieszkańców. Opowiadał się też za wyzwoleniem kobiet. Miał rodzinę, w tym kilkoro dzieci. Biografka opisuje też znajomość Gauguina z Van Goghiem, w tym aferę z obciętym uchem tego ostatniego… Życie Paula Gauiguina było tak bogate i tak ciekawe, że można by nim obdzielić kilka innych osób - co nawiasem mówiąc implikuje, że nie ma nudy w biografii. Niestety było to również życie ciężkie, nie szczędzące artyście ciosów i niepowodzeń, obfitujące w tragiczne wydarzenia. Wyjazd na Tahiti był od nich ucieczką, ale funkcjonowanie na egzotycznej wyspie też wcale nie okazało się taką sielanką, jak to przedstawiały XIX-wieczne powiastki. Miał być dziki, pierwotny kraj, tymczasem zdążyła go już spustoszyć cywilizacja. Ileż nieszczęścia przez te przeklęte pieniądze, wzdychał artysta i całkowicie się z nim zgodzę. Prawdziwie tragiczne - w moim odczuciu były towarzyszące osobistym problemom kłopoty zdrowotne Gauguina, a jeszcze gorszy brak bliskich osób, które mogłyby go wspierać w chorobie. Wyobrażałam sobie, jak samotny musiał czuć się malarz, z dala od swojej rodziny, wśród obcych ludzi, z którymi nie za bardzo umiał nawiązać relacje i nie za bardzo miał o czym rozmawiać, nie mówiąc już o dzieleniu się swoją pasją. Nie będę tu zdradzać szczegółów, by zachęcić do samodzielnego ich odkrycia w tej książce. W każdym razie zmagania Gauguina z rzeczywistością, będącą oczywiście na bakier z potrzebą tworzenia wywołują autentyczne współczucie. Nieustanny znój - czym innym miałoby być życie? 

Co do twórczości Paula Gauguina, to, jak większość impresjonistów i postimpresjonistów, artysta ten za życia był niezrozumiany i niedoceniany. Wprawdzie nie w takim stopniu, jak Van Gogh, udawało się Gauguinowi sprzedawać i zarabiać na swoich obrazach (wielbicielem jego malarstwa był m.in. Degas), lecz nie na tyle, żeby móc z tego utrzymać siebie i rodzinę. Typowe dla artystów zjawiska - głód, chłód i ubóstwo - były również jego udziałem, a problemy finansowe towarzyszyły mu pół życia. Gauguin akceptował je, jako konsekwencję realizowania swoich wizji artystycznych - uważał, że taki już los nowatorów, artystów nie podążających utartymi ścieżkami, ale torujących nowe. To właśnie dlatego tacy ludzie zostają mistrzami (których inni pragną naśladować) - mówił. Może cokolwiek samochwalczo, ale trudno odmówić mu racji. 

Manet jest mistrzem i Delacroix. Z początku ich dzieła uznawano za okropne, a ludzie śmiali się z fioletowych koni Delacroix - których, nawiasem mówiąc, na darmo szukałem na jego płótnach. Ale taka jest publiczność. Pogodziłem się z myślą, że pozostanę niezrozumiany jeszcze przez długi czas. Gdybym tylko powtarzał to, co inni zrobili przede mną, byłbym we własnych oczach nic nie wartym plagiatorem. Ilekroć jednak próbuję stworzyć coś nowego, nazywa się mnie malarzyną. W takiej sytuacji wolę już być malarzyną niż plagiatorem. 
Choć niektórzy poznali się dość szybko na Gauguinie, co poskutkowało niezamierzoną utratą części własnych prac, to ogromną wartość zaczęły osiągać one dopiero po jego śmierci. Co zawsze wydaje mi się okrucieństwem losu. Potomkowie tych, którzy kupili dom od Gauguina i spalili pozostałe w nim szkice, rysunki i rzeźby artysty, musieli potem nieźle pluć sobie w brodę. Zdumiało mnie też, jak utalentowanym był rzeźbiarzem (podobnie jak Picasso, Gauguin zajmował się nie tylko malowaniem, ale też rzeźbą, ceramiką). 

Śmiało mogę napisać, że jest to jedna z najciekawszych biografii, jakie zdarzyło mi się czytać i jestem nią zachwycona. W ogóle, w momencie, kiedy dałam sobie spokój z biografiami, stwierdzając, że są one nudne, to te biografie, po które mimo wszystko zdarzyło mi się sięgnąć ostatnimi czasy, są przeciekawe. Przede wszystkim Gauguin to biografia nowoczesna: autorka nie epatuje suchymi faktami, a skupia się na warstwie emocjonalnej, relacjach artysty, w tym z żoną, a także na znaczeniu i ewolucji jego twórczości. Tekst nakierowany jest na poruszenie zmysłów, zatem znajdziemy w nim nie tylko opisy i interpretacje obrazów, ale też bogato opisane tło wydarzeń: ulice miast, krajobrazy, styl życia i warunki egzystencji bohaterów. Oddaje on atmosferę panującą wśród paryskiej dziewiętnastowiecznej bohemy czy w tropikalnej kolonii. W tych fragmentach biografia nabiera beletrystycznego charakteru, być może swobodnej interpretacji, ale mnie styl autorki oczarował. Nie znaczy to, że książka ta nie jest oparta na faktach - Prideaux powołuje się na najnowsze odkrycia, dotyczące Gauguina, które właśnie zadają kłam stereotypom funkcjonującym na jego temat. I nie da się też ukryć, że autorka stara się pokazać artystę jako postać pozytywną, zasługującą na docenienie, ale też sympatię i współczucie, a nie potępienie. Przyznać jednak trzeba, że kontrowersyjną kwestię sypiania Gauguina z nastoletnimi Polinezyjkami, została tu zmarginalizowana. A to jak raz wygląda raczej na wykorzystywanie pozycji białego człowieka i czerpanie pełnymi garściami z uroków ludów stojących niżej pod względem cywilizacyjnym, a nie na ich obronę. Z drugiej strony, jakkolwiek nam się to nie podoba, jako wykorzystywanie dzieci, to dawniej ludzie jednak podchodzili do tego inaczej: żyli krócej, dorastali szybciej, nastoletni chłopcy szli na wojnę, a nastoletnie dziewczęta były powszechnie wydawane za mąż, nawet w “cywilizowanej” Europie. Czternastolatka z XIV czy nawet XIX wieku to nie to samo, co dzisiejsza nastolatka. Na Polinezji do tego dochodziły lokalne obyczaje, swoboda seksualna, co  Prideaux opisuje. Więc owo moralne oburzenie jednak JEST ahistoryczne. Każdy jest jednak tylko i aż człowiekiem swoich czasów. 

Dodatkowo tak powinny być wydawane wszystkie biografie malarzy - w twardej oprawie, na porządnym papierze, czytelna czcionka, z mnóstwem kolorowych reprodukcji, znajdujących się w treści, a nie na jakiejś wkładce, umieszczonej w dziwnym miejscu, w połowie zdania. 

Zdaję sobie sprawę, że biografie też mogą być subiektywne, więc chciałabym ten odbiór Gauguina skonfrontować z innymi biografiami, kiedyś. Ta naprawdę mnie zachęciła do eksplorowania tematu. 

Metryczka: 
Gatunek: biografia
Główny bohater: Paul Gauguin
Miejsce akcji: Francja, Polinezja
Czas akcji: XIX wiek 
Ilość stron: 496
Moja ocena: 6/6 
 
Sue Prideaux, Gauguin. Biografia dzikusaWydawnictwo Znak Koncept, 2025  


Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później