Wieloryb i koniec świata
Powieść Johna Ironmongera ma ten cudowny klimat nie tylko nadmorskiego miasteczka, plaży, szumu morza i wiatru gwiżdżącego w uszach (stosowne kiedy marzy się o wakacjach w takim miejscu, choć może niezbyt fajne, kiedy faktycznie lądujesz nad Bałtykiem i sztorm zalewa ci oczy), ale i zżytej małej społeczności, jak z Przystanku Alaska. Z początku byłam tym klimatem zachwycona, poryczałam się przy scenie ratowania wieloryba, a nieznanego mi dotąd brytyjskiego pisarza dopisałam sobie do listy autorów, których twórczość koniecznie muszę poznać. Potem jednak, kiedy okazało się, do czego to wszystko zmierza i że ten koniec świata w tytule wcale nie jest taki metaforyczny, jak myślałam, mój entuzjazm opadł i już tłumaczę czemu, choć niezwykle trudno jest zrobić to bez spojlerowania. Dlatego będzie bardziej o moich refleksjach z lektury, niż o samej książce. Joe Haak jest dobrym, pełnym energii człowiekiem, postanawiającym uratować St Piran przed nadchodzącym kryzysem, zapowiedzianym przez skonstruowany przez niego model AI. I w tym momencie domyśliłam się do czego to zmierza i jak się to potoczy i poczułam frustrację, że autor opowiada mi coś, o czym wiem. Lubimy się straszyć tą apokalipsą, czterema jeźdźcami, tworzyć obrazy rozpadających się systemów, ludzi ganiających się z widłami i wszechogarniającego nas chaosu. Takie przepowiednie są stare jak świat, a ostatnio znowu bardzo modne. Podbudowaliśmy je sobie filozofią i naukami społecznymi. Nadal przywołujemy oświeceniowe teorie Hobbsa, że jeśli załamie się prawo i porządek, to załamie się wszystko. Jeśli człowiek wie, że może zabijać bezkarnie, to będzie zabijał. Religia też oparta jest na podobnym założeniu, że moralność jest czymś narzuconym nam odgórnie, a człowiek bez bata nad głową (w postaci karzącej ręki Boga) nie będzie potrafił postępować dobrze (kłam tej teorii zadaje rzesza ateistów, którzy są przyzwoitymi ludźmi). Ekonomiści natomiast założyli, że człowiek jest istotą egoistyczną i to własny interes kręci światem. A co za tym idzie pieniądz i żądza pieniądza. I ten motyw pojawia się w Wielorybie i to w najbardziej dosłownym sensie, kiedy okazuje się, że Joe był pracownikiem dużego banku inwestycyjnego, zajmującego się spekulacją akcjami. I że jest ekonomistą i matematykiem, jakoś zupełnie nie pasującym do rybackiej wioski. Tyle że do londyńskiego City też za bardzo nie… Te finansowe spekulacje są tu jedynie przyczynkiem do opowiedzenia historii o globalnym kryzysie i o doświadczaniu go z punktu widzenia zwykłego człowieka. Owszem, system na którym oparta jest nasza współczesna cywilizacja jest kruchy (antykruchość! - pisał on tym Nasim Taleb). Pozornie więc rozumowanie starego żydowskiego bankiera na temat nadchodzącego kryzysu wydaje się mieć ręce i nogi (zwłaszcza że mamy świat popsuty przez media antyspołecznościowe, w których wystarczy mała iskra, by rozpętał się pożar, panika, ludobójstwo czy co tam chcecie). Tyle, że wspomniane teorie są przestarzałe i bardziej oparte na poglądach ich twórców, niż na życiu. Teoria ekonomiczna o homo economicus jest zdyskredytowana, dziś wiadomo, że nie jest ona prawdziwa, a przynajmniej nie do końca prawdziwa. Że ludzie są skomplikowani, a nie zero-jedynkowi, że kierują nimi siły znacznie “ciekawsze” niż egoizm, czy nawet rozsądek. Często wręcz nasze postępowanie nie ma z nimi nic wspólnego. Wiadomo też, że ludzkość przetrwała i zbudowała cywilizację wcale nie dzięki egoizmowi, ale dzięki współpracy. To jest nasza supermoc. Jednak ja to wiem, ponieważ - jak wiecie - interesuję się światem i dużo czytam. Właśnie o owych skomplikowanych zależnościach, w jakie uwikłany jest nasz świat, o zagrożeniach z tego wynikających, o problemach wszelakich, o nowych odkryciach naukowych, o psychologii i ekonomii, ale też historii (w tym o teoriach upadku cywilizacji); czytałam te pozycje, na które powołuje się autor. I pisałam te rzeczy już pewnie nie raz. Tak że tak - z mojej wiedzy i doświadczenia wynikało, że bohater tej książki się myli, domyśliłam się co z tego wyniknie i co chce przekazać autor. Zresztą, wskazówek tego można szukać już na początku książki, gdy okazuje się, że mieszkańcy St Piran wcale nie traktują Joe wrogo jako kogoś obcego i tak samo wieloryb nie jest potwornym Lewiatanem, tylko istotą, zasługującą na pomoc. Doszłam wtedy do wniosku, że autor napisał tę powieść dla osób, które tego nie wiedzą i aby przekazać im właśnie tę wiedzę i to przesłanie. Pozytywne przesłanie ku pokrzepieniu serc, o ludziach, o sile relacji międzyludzkich, o wspólnocie, która może przenosić góry (lub wieloryby), o tym, że pieniądze nie są najważniejsze, zwłaszcza że nie można się nimi najeść.
Jakkolwiek wiem, że ludzie potrafią być potworami, tak czytając Wieloryba, czułam dumę z naszego gatunku.* Nam wszystkim wychowanym właśnie na przekazie, że każdy sobie rzepkę skrobie, że obcy jest zagrożeniem, że nie ma nic za darmo, wydawać się może ta fabuła nawet naiwna, ale sęk w tym, że nie jest. Zresztą - przesłanie zawarte w tej książce zweryfikowało samo życie, bo
książka została napisana kilka lat PRZED pandemią covid-19. Świat się nie zawalił. Szkoda, że pandemia ta wstrząsnęła nami i naznaczyła nas, owszem, ale niewiele nas ona
nauczyła i po pandemii wróciliśmy do utrwalonych złych wzorców życia. Sęk w tym, że to nasz obraz samych siebie jest tak bardzo wypaczony. Owszem, są ludzie postępujący źle, egoistycznie, łamiący zasady, stosujący przemoc, ale większość z nas takimi nie jest, prawda? Wcale nie zaczęlibyśmy zabijać i kraść, gdyby się okazało, że nie czeka nas z tego powodu żadna kara. Dlaczegóż więc cały czas forsujemy tę narrację o egoizmie i grze o sumie
zerowej, myślałam sobie? Taki przekaz się nam obecnie serwuje dzień po dniu. Zło krzyczy głośniej i potrafi zastraszyć dobro. Sprawić, że myślimy, że wszyscy postępują źle, a skoro tak, to ja, postępując dobrze - będę przegranym naiwniakiem. Myślę sobie w tym momencie o tych ludziach - dobrych przecież - którym nie mieści się w głowie, że ktoś może coś dla nich zrobić, ot tak, nie oczekując niczego w zamian. O tych sytuacjach, kiedy pomagam komuś, albo wyświadczam przysługę, która nic mnie nie kosztuje, a jeszcze się z tego cieszę, a ta osoba uznaje, że musi dziesięć razy mi dziękować, kłaniać się w pas, a najlepiej jeszcze przynieść coś, żeby się odwdzięczyć. Byleby tylko nie mieć “długu wdzięczności”. I cała przyjemność z dobrego uczynku znika, bo zostaje on zamieniony w transakcję. Być może nawet ci ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, że tak to działa. I w tym momencie powinniśmy uświadomić sobie, ile zła czynią ci, którzy nastawiają nas przeciwko sobie, sieją nienawiść, skłócają społeczeństwo, podkopują zaufanie społeczne, żerują na naszych najniższych instynktach. Co się stało z Polakami solidarnie pomagającymi Ukraińcom? A być może będziemy siebie potrzebować w razie godziny W. Szczególnie podle wydaje mi się takie skłócanie ludzi nawet nie z powodów politycznych czy ideologicznych, ale po prostu dla kasy… ktoś sobie napycha kieszenie, a płacimy za to wszyscy. Wreszcie, ostatnia chyba refleksja: jakich ludzi podziwiamy i pamiętamy? Nie takich, którzy się bogacili i urządzali dom złotem, tylko takich, którzy robili coś dla innych ludzi, dawali, a nie brali, dzieli się tym co mają, swoimi talentami, wiedzą, odwagą, ect. To tacy ludzie przykładają się do rozwoju cywilizacji, a nie bogacze siedzący na górze kasy i uważający, że stoją ponad prawem. Rzecz jasna, można się wygodnie urządzić cudzym kosztem, budować sobie prywatne schrony na wypadek kataklizmu i niewiele dbać o to, co inni będą myśleć kiedy już nas nie będzie, wszak wtedy będzie już nam wszystko jedno - bo kto bogatemu zabroni?
Osobny problem leży w narracji o apokalipsie, jaką serwuje nam ta powieść. Po pierwsze jest dużo racji w tym, że nie możemy wnioskować o przyszłości bazując na podstawie przeszłości, choć wielu z nas właśnie tak robi. Jesteśmy przekonani, że skoro do tej pory nie wydarzył się jakiś kataklizm, który starłby ludzkość na proch, to w przyszłości się też nic takiego nie wydarzy (poprzednie końce świata jakoś nie nastąpiły). Tylko jaką perspektywę czasową rozpatrujemy - bo czas, jaki nasz gatunek egzystuje na Ziemi to naprawdę niewiele w skali kosmicznej. A kryzysy, nawet globalne się zdarzają, wiemy też, że żadna cywilizacja nie trwa wiecznie (a nasza ma już jakieś 500 lat…). Ale wnioskowanie z przeszłości, że dawniej był jakiś kryzys i społeczeństwo z jego powodu upadło, więc nas też to czeka, też jest do bani, bo przecież trudno porównywać życie ludzi w średniowieczu np. z obecnym… Z powyższych powodów sposób przedstawienia wydarzeń wydał mi się niekompletny i dość uproszczony - jednak to jest zagadnienie na dłuższą dyskusję. Generalnie: prognozowanie jest bardzo trudne, zwłaszcza jeśli chodzi o przyszłość ;) I nie posądzam Ironmongera o zdolności profetyczne, tylko raczej o dobrą orientację w rzeczywistości (naukowcy od dawna ostrzegają przed tego typu globalnymi kryzysami, z jakim mamy do czynienia w powieści), znajomość współczesnych trendów w nauce i technologii, jak i prac z dziedziny nauk społecznych. Uczciwie muszę też napisać, że wytypowane w Wielorybie przyczyny kryzysów, które miałyby wywołać kolaps naszej cywilizacji były dla mnie mało wiarygodne, w kontekście tego, z jakimi zagrożeniami się współcześnie mierzymy. Człowiek jest niesłychanie odpornym i zdolnym do adaptacji gatunkiem, już nieraz to udowodniliśmy, więc wybić nas nie jest tak łatwo. No ale katastrofa klimatyczna nie wywoła “końca świata” w kilka dni… Przy tej okazji można nadmienić o jeszcze jednym wniosku, jaki powinniśmy wyciągnąć z lektury: o tym, że przetrwanie tego typu kataklizmów ułatwia czerpanie z darów natury - co innego zadbać o żywność na wsi, gdzie można zawsze coś wyhodować albo złowić, a wodę wziąć ze studni, a co innego w mieście, kiedy wszystkie półki sklepowe są puste. To jeszcze jedna przestroga przed bezmyślnym deptaniem przyrody.
Wieloryb i koniec świata to powieść ciepła, kojąca, mimo że autor konfrontuje bohaterów z kryzysem egzystencjalnym. Nie wszyscy wychodzą z niego suchą nogą. Przejrzysty, gawędziarski styl autora, skupiony na relacjach międzyludzkich, przypominał mi pisarstwo Larsa Myttinga, a klimat małej, odciętej od świata mieściny - Przystanek Alaska. Przyjemność lektury zepsuła mi jednak nawet nie przewidywalność wydarzeń, bo jestem pewna, że sporo osób zaskoczyło się rozwojem akcji, tylko mój własny bagaż wiedzy, który podpowiedział mi, do czego zmierza autor. I jakkolwiek uważam, że przesłanie Wieloryba jest słuszne, to jednak wydało mi się, że sama fabuła jest zbyt prosta, zbyt gładko to wszystko idzie - chociażby fakt, że nie ma w tej powieści żadnego czarnego charakteru, a finał z odpłynięciem w stronę zachodzącego słońca ciut cukierkowy. Ale i tak lektura jest przyjemnością i pokrzepia. To, że John Ironmonger bierze za patrona powieści Hobbsa i jego Lewiatana, jest z jego stroną sporą dozą przekory. Cieszę się, że ukazała się już u nas kolejna powieść Ironmongera i mam nadzieję na więcej.
Metryczka:
Gatunek: powieść
Główni bohaterowie: Joe Haak, Polly Hocking, Alvyn Hocking i inni
Miejsce akcji: Kornwalia
Czas akcji: współcześnie
Ilość stron: 430
Moja ocena: 5/6
John Ironmonger, Wieloryb i koniec świata, Wydawnictwo Relacja, 2024
To, co napisałam powyżej jest sprzeczne z tym, co pisałam o ludziach w poprzednim wpisie, na temat powieści Kiedyś były tu wilki, prawda? No jest i nie umiem tego wytłumaczyć inaczej jak sprzecznościami, które są esencją naszej natury. Że ludzie potrafią być zarówno potworami, jak i zachwycać miłością, dobrocią, poświęceniem, itp cnotami. Możemy wieloryby okrutnie zabijać, ale też je ratować. To zresztą jest zagadnienie nad którym głowili się od zarania dziejów najwięksi filozofowie. A w książkach można podkreślać jeden, lub drugi aspekt naszego człowieczeństwa.







Komentarze
Prześlij komentarz