…jest piękna kraina, gdzie rosną migdałowce, płynie złoto w rzekach i zawsze świeci słońce. Ta kraina to Kalifornia, świeżo zdobyta przez Stany Zjednoczone i w XIX wieku będąca mekką osadników. Najpierw poznajemy rodzinę Hamiltonów, a jakiś czas potem (dłuższy czas) przybywa tam Adam Trask ze swoją świeżo poślubioną małżonką… 

Jednakże aby dotrzeć do sedna tej powieści trzeba wykazać się cierpliwością, gdyż początek jest dość dygresyjny, a powieść rozwija się dość powoli. Na wschód od Edenu to w zasadzie połączenie opowieści o pewnej rodzinie, z elementami thrillera, w postaci poczynań demonicznej Katy, małżonki Adama Traska i matki jego synów oraz ze szczyptą romansu. Porównuje się tę ostatnią dwójkę do biblijnej opowieści o Kainie i Ablu, i faktycznie nawiązania, nawet bezpośrednie są (choć przyznaję, że zrobienie z matki chłopców zepsutej do szpiku kości ladacznicy, którą dziś określilibyśmy jako psychopatkę - to jest jedyna postać jednoznacznie zła - no jest patriarchalną kliszą), ale historia stworzona przez Steinbecka jest oryginalna i dużo bardziej zniuansowana. Nie zgodzę też z tym, że jeden z tych chłopców jest “zły”, a drugi “dobry” - to też jest dużo bardziej skomplikowane, dobro i zło są w nich obu, jak w każdym z nas zresztą. Wisienką na torcie jest wątek rodziny Steinbecka w postaci wspaniale sportretowanej rodziny Hamiltonów (który w zasadzie mógłby być osobną powieścią). Samuel Hamilton, ojciec wielodzietnej rodziny jest wprawdzie postacią drugoplanową, ale taką, która jest pewnego rodzaju dobrym duchem czuwającym nad Traskami. Drugą taką postacią jest chiński służący Li - cudowna kreacja cichego, niepozornego mędrca. Moim zdaniem dość długie przedstawienie Adama Traska, poczynając od jego rodziców i dzieciństwa (jak w klasycznych biografiach bywa) jest niepotrzebne i można by je skrócić, natomiast przeplatające się na początku z Traskami rozdziały o Hamiltonach mogą wybijać z głównego nurtu tej lektury. I to jest w zasadzie jedyna moja uwaga do tej powieści.

Są pisarze i pisarki, którzy kombinują jak tu być oryginalnym, eksperymentują ze stylem, używają bardzo wielu mądrych słów, tworzą wielopoziomowe zdania i skomplikowane historie, próbują być na siłę erudytami, a John Steinbeck tego wszystkiego nie potrzebuje. Jego proza zachwyca mnie lekkością, prostotą i przystępnością - nie mogę uwierzyć, jak te powieści dobrze mi się czyta, biorąc pod uwagę, że są to klasyki, a więc teoretycznie mogą rozmijać się z oczekiwaniami współczesnej czytelniczki…  Jednocześnie tymi dość prostymi słowami autor potrafi zaczarować opisami przyrody, oddać realia życia w małym amerykańskim miasteczku na przełomie XIX i XX wieku czy zawrzeć głębsze myśli - Steinbeck fantastycznie puentuje rzeczywistość: upływ czasu, ludzką naturę, odwieczną walkę dobra ze złem. W powieści znalazło się nawet miejsce dla myśli Marka Aureliusza, a fragment o mijającym stuleciu, czy uwagi o wojnie (pisane z punktu widzenia odległej Ameryki, niezaangażowanej mentalnie w europejską awanturę) zapisuję sobie do ulubionych wyrywków z moich lektur. Jak to się stało, że odkryłam Steinbecka dopiero teraz, po tonach przeczytanych książek?

Albowiem świat się zmieniał, znikał zeń urok i cnota. Troska zakradła się na wietrzejącą ziemię, a ileż utracono - dobre maniery, swobodę i piękno! Damy nie były już damami i nie mogłeś ufać słowu dżentelmena. (...). O, truskawki nie smakują już tak jak dawniej, a uda kobiet straciły siłę swojego uścisku! (...) “Czas już wydostać się z tego skołatanego stulecia - mówili niektórzy - z tego oszukańczego, morderczego wieku zamętu i potajemnej śmierci, wyrywania sobie publicznej ziemi i zagarniania jej wszelkimi sposobami”. 
Sięgnijcie myślą wstecz, przypomnijcie sobie nasz mały naród, który obsiadł brzegi oceanów, targany wewnętrznymi zawiłościami, niemieszczący się w swojej skórze. Zaledwie ruszyliśmy z miejsca, a już Anglicy znowu się do nas dobrali. Pobiliśmy ich, ale to nam niewiele dało. Mieliśmy z tego tylko spalony Biały Dom i 10 tysięcy wdów na liście rent państwowych. Następnie żołnierze pomaszerowaliśmy do Meksyku i było to coś na kształt bolesnej majówki. (...) Dostaliśmy szmat ziemi na Zachodzie, bez mała podwoiliśmy powierzchnię naszego kraju, a poza tym był to plac ćwiczeń dla generałów, tak że kiedy później przyszło na nas bolesne bratobójstwo, przywódcy znali już sposoby uczynienia go odpowiednio potwornym. A następnie spory: 
Czy wolno trzymać niewolnika? (...) Niedługo powiedzą, że człowiekowi nie wolno mieć konia. Komu to się zachciewa mojej własności? 
Uważa się, że Na wschód od Edenu jest najlepszą powieścią Steinbecka, a ja byłam gotowa polemizować, czy jednak na to miano nie zasługują Grona gniewu, ale teraz chyba jednak przychylę się do zdania, że Na wschód od Edenu jest jeszcze lepsze od Gron…  Różnica jest taka, że Grona gniewu są powieścią zaangażowaną społecznie, ukazującą potworny kryzys ekonomiczny i bezwzględność kapitalizmu, doprowadzającego ludzi do nędzy, a nawet do śmierci. Powinna być ona przestrogą, pokazującą co dzieje się, jeśli pozwolimy na “wolne działanie rynku” bez żadnych regulacji i ochrony słabszych - i zwłaszcza powinniśmy do niej wrócić dziś, kiedy znowu wracają takie czasy. Natomiast Na wschód od Edenu jest powieścią z jednej strony poświęconą jednostkom, które Steinbeck wybrał na bohaterów, koncentrującą się na rodzinie i relacjach, a z drugiej strony bardziej uniwersalną, bo o życiu, o wartościach, jakie wyznajemy i wyborach, jakie podejmujemy. Ta powieść jest wielowarstwowa, wielowątkowa i mądra po prostu, a to co Steinbeck napisał jest jakże nadal aktualne. Na wschód od Edenu to kawał (ponad 800 stron) dobrej, ponadczasowej literatury. 

Metryczka
Gatunek: powieść 
Główni bohaterowie: Adam Trask, Kate Ames/Trask, Aron, Kaleb, Hamiltonowie
Miejsce akcji: Stany Zjednoczone
Czas akcji: XIX i początek XX wieku 
Ilość stron: 848 
Moja ocena: 6/6
 
John Steinbeck, Na wschód od Edenu, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2022

Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później