Jonathan Wilson, autor kilku książek o futbolu, w tym Aniołów o brudnych twarzach o piłce argentyńskiej, pokusił się o skróconą historię wszystkich mistrzostw, począwszy od tych pierwszych, przedwojennych. Idea fajna, bo z mundialami mam jakoś tak, że szczegóły szybko ulatują mi z pamięci - po kilku dniach nie pamiętam już kto z kim grał, a na koniec zostaje tylko jakieś ogólne wrażenie i pamięć kto wygrał. Dobrze było sobie to przypomnieć i uporządkować. Szkoda, że na tę książkę o historii mistrzostw świata w piłce nożnej trafiłam dopiero po tegorocznym Mundialu, no ale stwierdziłam, że przecież nie będę czekać z recenzją kolejne 4 lata…

Początki były skromne i biedne, a bakcyl futbolu nie dotarł wszędzie w tym samym czasie. Dowiadujemy się, że o ile po Anglii piłka nożna najszybciej urosła w Urugwaju i Argentynie, to w innych piłkarskich potęgach i identyfikowanych dziś jako odwieczni faworyci - różnie to bywało. Na przykład we Włoszech po wygranych przed wojną mundialach zapanowała stagnacja i calcio na najwyższym poziomie odżyło dopiero w latach 80-tych. Francja dla odmiany długo była słabeuszem i nie kwalifikowała się do rozgrywek w latach 1962, 1970 i 1974 roku.  Diametralnie inne podejście do futbolu we Francji - oraz znacznie mniejszy entuzjazm do futbolu niż np. w Ameryce Południowej czy Włoszech - jest odzwierciedleniem faktu, że francuska piłka to sport głównie imigrantów. A Anglia mieniąca się kolebką futbolu, długo w ogóle nie chciała w mundialach grać i choć zawsze jest w gronie faworytów, to zdołała potwierdzić to raz jeden, jedyny, w 1966 roku. Były również w historii futbolu nacje, których piłka stała dawniej (w latach 30-tych i 50-tych) na bardzo wysokim poziomie - to Austria i Węgry - a które już nigdy nie powróciły do dawnej świetności. Dlaczego tak się stało, to jest dopiero pytanie. 

W pierwszych mistrzostwach brało udział niewiele drużyn, odstraszała m.in. konieczność dalekich podróży na inne kontynenty, więc i o wygraną było łatwiej. Gdybyśmy obejrzeli jakieś dawne mecze zobaczylibyśmy na pewno jak różniły się wtedy mecze od dzisiejszych - np. że gracze poruszają się wolniej, a gra bywała bardzo brutalna. Uderzenie z byka, czy złamany nos to pikuś, skoro kiedyś w meczach zawodnicy łamali ręce i nogi, a w 1982 roku francuski piłkarz został tak sfaulowany przez niemieckiego bramkarza, że stracił przytomność, a potem zapadł w śpiączkę. Zresztą niemiecki styl gry cieszył się wtedy złą sławą, zupełnie adekwatnie do tego, jakie stereotypowe skojarzenia budzą Niemcy. Były też rozróby i bijatyki na boisku. Dziś wydaje się, że piłka nożna na Mundialu się znacznie bardziej ucywilizowała. Zmieniały się style gry. Dziś też graczy oglądamy znacznie dłużej na boiskach - Pele “przeszedł na emeryturę” tuż po 30-tce, a dziś na mundialach oglądamy graczy 40-stoletnich! Jeden z komentatorów o grze Messiego w tegorocznym mundialu mówił, że to jest “nielogiczne”, by 39-letni piłkarz był w takiej formie… 

Co istotne, to wcale nie jest książka tylko o futbolu - Wilson kreśli tło historyczno-polityczne, zarówno krajów, w których odbywały się mistrzostwa, jak i krajów-uczestników. I słusznie, gdyż piłka nożna nigdy nie była sportem zawieszonym w próżni, a dziś, kiedy jest sportem generującym ogromne pieniądze - tym bardziej nie jest. Jest to ciekawa perspektywa. Dowiadujemy się więc o np. powiązaniach piłki z państwem faszystowskim we Włoszech (notabene Hitler dla odmiany nie był fanem futbolu), o argentyńskiej juncie i brazylijskiej dyktaturze, czy o tym, w jakiej atmosferze futbol “wrócił do domu” w Anglii lat 60-tych. Same starcia drużyn często też nie były wolne od politycznych konotacji. Autor próbuje powiązać charakter drużyn piłkarskim z "charakterem narodowym", co oczywiście jest dość karkołomnym zadaniem - bo czy coś takiego jak charakter danego narodu w ogóle istnieje, czy wartości mogą być “typowo niemieckie” albo “brytyjskie”? 

Zresztą cykl idealizmu i cynizmu, wydaje się charakterystyczny dla Argentyny. V.S. Naipaul zauważył, że w oczach kolonizatorów i imigrantów Argentyna jawiła się jako tabula rasa, więc zawsze panowała tam tendencja do tworzenia wielkich, idealistycznych wizji. (...) Dla Europejczyków Argentyna zawsze była krajem metamorfoz. “To społeczeństwo, które tworzy marzenia - napisał eseista i ekonomista Enrico Udenio w książce Argentyńska hipokryzja. - A kiedy nie udaje się ich zrealizować, szuka wyjaśnień i winnych poza sobą.”
“My Argentyńczycy, łamiemy zasady - powiedział dziennikarz Bernardo Neustadt. - Nasz kraj [...] łamał własną konstytucję, kiedy tylko miał na to ochotę, łamał swoje międzynarodowe zobowiązania. [...]. Argentyna zapłaciła Maradoną za styl życia, za nieprzestrzeganie prawa”. Jeśli czci się pibe, jeśli stawia się na ideał łobuziaka, to czy naprawdę ktoś może być zaskoczony, że pibes nie dorastają, nie biorą na siebie odpowiedzialności, wierzą przede wszystkim w wartość szelmostwa?
Zupełnie inaczej, niż rzekomo mieli Francuzi: 
Niemcy byli dumnymi zwycięzcami i najwyraźniej nie musieli przejmować się tym, w jaki sposób osiągnęli swój cel, podczas gdy Francja była walecznym przegranym. (...) La complexe Polidour zaczęto postrzegać jako cechę charakterystyczną dla Francuzów, widoczną także w narodowym entuzjazmie w latach 70-tych XX wieku przez drużynę Saint-Etienne, która o mało nie zdobyła Pucharu Europy. (...) Jak ujął to filozof Raymond Aron, Francuzi woleli mieć rację lub postępować właściwie, nawet jeśli efektem miała być porażka. 
Oprócz dążenia do efektywności i podejścia zgodnego z utylitarnymi ideałami z początków V Republiki nad Sekwaną zawsze panowało przekonanie, że Francja powinna prezentować football-champagne (szampański futbol). Próby zdefiniowania tego pojęcia poza podstawową umiejętnością improwizacji nigdy nie wydawały się szczególnie przekonujące. 
Czy naprawdę Francuzi mają mentalność “walecznych przegranymi”, bo wolą postępować właściwie? A Włosi grają defensywnie, bo Italia przez wieki była najeżdżana i zmuszana do obrony? Wydaje mi się, że zawsze patrząc na Mundial próbujemy czynić tego rodzaju analogie i zawsze one gdzieś zawodzą… w każdym razie wiele z tych analiz jest obecnie nieaktualnych. Francuzi są dumnymi zwycięzcami, a Argentyna czci grzecznego Messiego. 

Czytając Potęgę i chwałę można przede wszystkim zweryfikować własne wyobrażenia oraz mity na temat piłki nożnej, jak właśnie te o tym, kto jest odwiecznym faworytem, a kto przegranym albo że piłka nożna popularna była zawsze i wszędzie. Niektóre rzeczy się nie zmieniają (np. Iran, jak był kłopotliwy politycznie dla USA na pierwszym organizowanym tam mundialu w 1994, tak dalej jest w roku 2026…), ale inne bardzo. Myślę sobie, że do spopularyzowania na tak ogromną skalę piłki nożnej przyczyniła się w dużej mierze telewizja no i konsekwencją tego była komercjalizacja tego sportu. Na szeroką skalę zaczęło się już pod rządami Joao Havelange’a i już wtedy krytykowano ten kierunek. Już wtedy też w świat piłki nożnej wkroczyły korupcja, a nawet zbrodnie (Wilson wspomina o niewyjaśnionych okolicznościach, w jakich zginął w 1983r. włoski prezes UEFA, sprzeciwiający się organizacji mistrzostw w USA). W którym momencie poszło tak źle, że piłkarze stali się celebrytami i zaczęli zarabiać jakieś absurdalne pieniądze (nawet piłkarze średniej klasy)? Nie wspominając już o owianych skandalem i aurą olbrzymiej korupcji (z którą chyba nawet nikt specjalnie się nie kryje) wyborach gospodarzy kilku ostatnich turniejów. Tymczasem nie ma się tak naprawdę o co bić, bo ostatnimi czasy mundial wcale państwom-gospodarzom nie przynosi zysków, bo ich gros zgarnia FIFA, a wręcz przeciwnie, naraża na koszty, często budowy zbędnych obiektów sportowych. Mistrzostwa w Rosji i Katarze dodatkowo "zasłynęły" łamaniem praw człowieka.   

Potęga i chwała to dość szybki rajd po kolejnych mundialach i chyba ciekawiej wypadają te fragmenty, nazwijmy je “okołomundialowe”, niż stricte sportowe, przynajmniej z mojej perspektywy. Po pierwsze autor mocno meandruje w narracji, przeskakując z jednego kraju do innego oraz między zagadnieniami sportowymi a politycznymi sobie tylko znanym kluczem - to znaczy, pewnie klucz ten pokrywa się z tabelą meczów, ale mimo wszystko robi to wrażenie nieco chaotycznego. Moim zdaniem lepiej byłoby to wyraźnie podzielić: na część dotyczącą kulis mundiali i część sportową. Po drugie Wilson ogranicza się do opisów wybranych drużyn i występów, reszta informacji jest zdawkowych, co często budzi niedosyt (niechybnym dla mnie rozczarowaniem był rozdział o moim ulubionym mundialu w 2006 roku, gdyż zamiast o samym mundialu, pół - dość krótkiego - rozdziału poświęcone jest aferze z kupowaniem meczy, jaka wybuchła we Włoszech przed mistrzostwami. Pamiętam, owszem, że się o tym wtedy dużo mówiło w takim kontekście, że Włochów nie brało się pod uwagę jako kandydatów do tytułu…*). Po trzecie dobór omawianych szerzej drużyn i kwestii politycznych w ich ojczyznach też wydał mi się ciut dyskusyjny. W całej książce najwięcej miejsca Wilson poświęca Argentynie i Brazylii - to faktycznie są kraje, które piłką nożną żyją, o czym świadczy przyrównywanie porażki Brazylii na którymś mundialu do Hiroszimy, czy też wielokrotnie powtarzane przez komentatorów w tym roku słowa o “tragedii narodowej w Argentynie”. Co oczywiście jest grubą, grubą przesadą - tragedia to klęska naturalna, wypadek, w którym giną ludzie, a nie przegrany mecz, nawet jeśli jest to mecz o mistrzostwo! Dużo jest o Włoszech (choć głownie na początku książki) i Niemczech (ale już o tym, jak faszystowskie Niemcy traktowały piłkę i jak wyewoluował ich styl grania niewiele tu jest, a ciekawie o tym traktuje książka Futbol w cieniu Holokaustu), w drugiej połowie książki pojawia się więcej informacji o Francji, na scenie pojawia się też Chorwacja. Pozostałe kraje traktowane są raczej incydentalnie. To w sumie zrozumiałe, skoro rozważamy kto najczęściej brylował na Mundialach, ale np. zaskoczyło mnie, że tak mało miejsca Wilson poświęcił Holandii (też pojawiła się na mundialach dość późno, ale Holendrzy przecież mieli świetne kluby od czasów przedwojennych), w szczególności kultowej drużynie, która zdobyła Mistrzostwo Europy w 1988 roku (z Marco van Bastenem i Ruudim Gulitem). O Hiszpanii malutko - ok, Hiszpanie zdobyli po raz pierwszy mistrzostwo dopiero w 2010, ale przedtem byli znani z tego, że zawsze pięknie grają, ale nigdy nie wygrywają. O Portugalczykach, zawsze “aspirujących” do mistrzostwa nie ma tu nic. O Polsce - ze dwa zdania, a przecież zdobyliśmy w Hiszpanii pamiętne 3 miejsce. Czy nie zasłużyliśmy na więcej, zamiast rozpisywania się przy tym mundialu na kilka stron o Danii? Zresztą, z tzw. “bloku wschodniego” wszystkim chyba krajom Wilson poświęcił znacznie więcej uwagi (NRD, Czechosłowacja, Rumunia, Bułgaria, Jugosławia a potem Chorwacja, ZSRR i Rosja) - tylko nie Polsce. Smuteczek. A już zszokowało mnie, że Wilson nie wspomina słowem o ręce Maradony, tfu, “ręce Boga”… Zauważyć też wypada, że autor co do zasady nie poświęca tu miejsca indywidualnym graczom i ich karierom, z wyjątkiem Pele, Maradony i Messiego. Inni piłkarze, nawet ci najlepsi wzmiankowani są o tyle, o ile jest taka potrzeba w kontekście rozgrywek. 

Jest oczywiste, że na szczegółowe omawianie rozgrywek nie ma miejsca, bo książka musiałaby sobie liczyć co najmniej 3 razy większą objętość, ale wydawało mi, że Wilson napisał tę książkę tak, jakby zakładał, że pewne rzeczy czytelnik - piłkarski kibic - wie, więc nie trzeba się w to zagłębiać. Brakowało mi w tej książce informacji o systemie rozgrywek i obowiązujących w nich regułach, które przecież się zmieniały. Wilson nie kłopocze się też wyjaśnianiem licznych używanych pojęć związanych z grą, stosowaną taktyką - pojęcia futbolu totalnego czy catenaccio każdemu pewnie obiły się o uszy, ale co one tak naprawdę znaczą? I w ogóle brakowało mi jasnego wyjaśnienia jak te drużyny grały - jaki miały styl, co było ich słabymi, co silnymi stronami… Autor czasem nie zniża się nawet do podawania wyniku danego meczu, jakby to była informacja oczywista. Zatem te sportowe fragmenty są raczej tak “gwoli przypomnienia” co się działo. W ogóle, Wilson rzuca czasem jakieś hasła i nic nie tłumaczy, a ja zastanawiałam się “ale co to znaczy”, np. “W 1975 roku Bearzot [włoski trener] uważał, że model holenderski jest zbyt otwarty, biorąc pod uwagę temperament Włochów, postanowił więc zastosować w swoim zespole wzorzec polski”. To znaczy jaki? Bo wcześniej autor też nic na ten temat nie wyjaśnia. Albo o co chodziło w sporze amatorstwo czy zawodowstwo, który miał miejsce na początku XX wieku? Statystyk w tej książce jest jak na lekarstwo… I naprawdę przydałby się dla porządku przynajmniej taki aneks spisujący wszystkie mundiale z informacją kto wygrał i jakim wynikiem. A tytuł powinien jednak precyzować, że chodzi o mistrzostwa świata w piłce nożnej, bo przecież dyscyplin, w których rozgrywa się mistrzostwa jest wiele. 

Jako że autor, co oczywiste, kończy na mundialu w Katarze, pokuszę się o moje własne podsumowanie tegorocznych mistrzostw. Jeśli - jak pisze Wilson - po przejęciu rządów FIFA przez Seppa Blatera, organizacja ta wzniosła się na nowy poziom żenady pod względem komercjalizacji futbolu, a Gianni Infantino okazał się jeszcze gorszy od swojego poprzednika, to w tym roku w Ameryce ten poziom żenady wystrzelił chyba w kosmos. Jeśli na mundialu w 1994 roku FiFA stwierdziła, że nie wprowadzi żadnych dziwacznych zmian w przepisach, aby przyciągnąć kibiców,. to w tym roku już się nie krępowano. W czasach katastrofy klimatycznej ludzkość organizuje gigamundial z lataniem po całym kontynencie, brawo my! Ilość grup i drużyn, a co za tym idzie meczów była taka, że się w tym pogubiłam (a planowane jest dalsze powiększenie liczby uczestników - czemu po prostu nie zrezygnować z eliminacji i przyjąć wszystkie kraje, które chcą?). Sportwashing uprawiany na potęgę. Mundial przeznaczony dla bogatych, bo zwykłych ludzi nie było stać na bilety. Mundial podporządkowany polityce, z szefem FIFA czapkującym Trumpowi. Infantino pokazuje się jako człowiek pozbawiony jakichkolwiek zasad i godności, byle tylko kasa się zgadzała. Arbitralność w traktowaniu piłkarzy, a nawet sędziów, którym zawsze można było cofnąć wizę (albo czerwoną kartkę)... Oj, chciałabym, żeby kiedyś powstała książka tylko o tym mundialu, byłoby o czym czytać. A są szanse, że następny mundial nie będzie lepszy, bo rozstrzelony będzie już na dwa kontynenty. Po mundialu 2026 świat obiegła informacja o genialnym pomyśle, jaki upichcił Infantino wespół z Trumpem, polegającym sprzedaży udziałów w turnieju prywatnemu inwestorowi, który jakoś przez przypadek okazał się szwagrem  Trumpa.. Tyle, że zbuntowały się przeciwko temu wszystkie regionalne federacje i pomysł upadł. Póki co. Ale! Pod względem sportowym ten mundial był moim zdaniem naprawdę udany - emocjonujący, bramki sypały się jak z rękawa, a piłkarze raczej nie obijali się czekając na karne. Brazylia znowu rozczarowała swoich kibiców odpadając w ⅛ finału i to pokonana przez kogo? Nowicjuszy Norwegów, których napastnik Erling Haaland został bożyszczem internetu (ostatnio obciął włosy). Norwegowie po tym meczu mieli zresztą miny jakby przegrali, a nie pokonali Canarinhos… Od początku faworytami turnieju były Francja i Argentyna, które szły łeb w łeb, a ich liderzy - Messi i Mbappe ścigali się tytuł króla strzelców. Ani jedna z tych drużyn nie zdobyła jednak pucharu, bo Hiszpania przejechała je obie jak walec. W dodatku Francja w półfinale straciła zupełnie swoją magię, a kiedy zobaczyłam z jaką łatwością Anglia wbija Francji gole w meczu o 3 miejsce, zrobiło mi się zwyczajnie przykro. Wyłączyłam po pierwszej połowie i poszłam spać. Następnego dnia okazało się, że Francja odrobiła straty, ale i tak przegrała. Mecze o 3 miejsce to jak mecz o pietruszkę, ale ten mecz szedł na rekord jeśli chodzi o liczbę strzelonych goli (6:4). W finale kibicowałam Argentynie, ale widząc, że Albicelestes uprawiają jakiś antyfutbol, nie będąc w stanie poradzić sobie ze świetnie dysponowanymi Hiszpanami, stwierdziłam, że Hiszpanii ten puchar się faktycznie należał. Messi Messim, ale nawet on nie jest w stanie wygrać meczu sam - zwłaszcza jeśli jest tak, jak pisze Wilson o stylu drużyny Argentyny - że Messi dostaje piłkę i oczekuje się od niego, że sam wykombinuje co dalej… W sumie w tym Mundialu padło 308 goli, średnia niecałe 3 na mecz. Co ciekawe, w większości statystyk najwyżej oceniana jest właśnie Francja, na równi z Hiszpanią - jakość zawodników, liczba strzelonych goli, ilość strzałów na bramkę/strzałów celnych. Królem strzelców został Killian. 

Mimo pewnych niedociągnięć tej pozycji, myślę, że angielski dziennikarz i tak wykonał kawał dobrej roboty, bo research do tej pozycji i skompilowanie informacji do zwięzłej i strawnej formy wymagało na pewno mnóstwa pracy. Styl autora jest poprawny, ale bez polotu…no, tym razem nie ma brytyjskiego poczucia humoru. Zauważyłam, że jedyne momenty, kiedy Wilson odrywa się od ziemi i wpada w jakieś bardziej “liryczne” tony to te, kiedy pisze o Messim ;) Zatem Potęga i chwała acz pełna różnych informacji na temat mistrzostw nie jest pozycją, z której mogliby czerpać komentatorzy sportowi, lubiący ubarwiać swoje wypowiedzi wszelkimi statystykami i anegdotami. Polecałabym tę książkę tym, którzy oczekują czegoś więcej, niż tylko opisy meczów, tym, którzy tropią powiązania pomiędzy piłką nożną, a polityką i chcą widzieć szerszy obraz. Być może skuszę się kiedyś na rozbudowaną historię mundiali, opracowaną przez Leszka Jarosza. Może przed następnymi mistrzostwami ;) 

Metryczka: 
Gatunek: reportaż sportowo-historyczny?  
Główny temat: polityczno-sportowa historia mundiali 
Miejsce akcji: cały świat
Czas akcji: 1930-2022 rok 
Ilość stron: 656
Moja ocena: 5/6
  

Jonathan Wilson, Potęga i chwała. Nieznana historia mistrzostw świata, Wydawnictwo SQN, 2026

*jeśli pokopiecie po moim blogu, to dowiecie się, co wtedy na ten temat pisałam

Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później