W dzisiejszym "odcinku" postanowiłam zająć się problematyką zdrowotną. 

Otwieram śniadaniówkę w niedzielę rano, a tam pierwsza wiadomość to o raku. Relacjonowanie przypadków chorób szczęśliwie wyleczonych lub też nie… Reportaże o kolejnych etapach “walki” z chorobą (niezmiennie ten militarny ton), odsłaniające człowieka w jego najbardziej bezbronnej i intymnej sytuacji. Dywagacje czemu ludzie się nie badają.* Potem pierdylion reklam farmaceutyków na dolegliwości duże i małe. Reklamy społeczne pouczające, że mam udać się na badania - i strofowanie w protekcjonalnym tonie, jeśli tego nie robię. (Te reklamy społeczne są naprawdę fatalne - przemawiające w protekcjonalnym tonie, często podtrzymujące stereotypy i mity niestety, a nie uwzględniające aktualnej wiedzy medycznej, np. reklamy namawiające osoby z otyłością do “ruszania się”, niosące przekaz, że otyłość to wina chorego). Straszenie, ciągle straszenie… Albo "zaszczep się" - po czym dowiadujemy się, że szczepionka ma zaporową cenę. To samo w social mediach + jeszcze porady pierdyliona domorosłych ekspertów zdrowotnych, w tym niebezpiecznych szarlatanów, antyszczepów, itp. Jeśli kogoś ten przekaz medialny nie rusza - to mu gratuluję. Nie wspomnę o opowieściach “dziwnej treści” słyszanych od krewnych i znajomych. Dla chętnych “wujek Google” (a dziś ChatGPT), który zdiagnozuje ci wszystko, ale w pierwszym rzędzie raka lub stwardnienie rozsiane, do banalnych dolegliwości się on nie zniża. Serio, ja się dziwię, że nie mamy jakiejś lawiny hipochondrii, a nie temu, że ktoś ma jej objawy…W dzisiejszych czasach po prostu nie da się nie myśleć o zdrowiu (i o chorobach), pozostawać w błogiej ignorancji, skoro kwestie zdrowotne wyskakują z lodówki. Nie ma nic dziwnego - moim zdaniem - że człowiek zaczyna szukać w sobie chorób, jeśli zanurzony jest w takiej narracji (tak np. syndrom studenta medycyny jest najzupełniej normalny). 

Dla osób ze skłonnościami lękowymi ciągła presja udziału w publicznych programach zdrowotnych może być wielkim psychicznym obciążeniem, gdyż nieustannie przypomina im, że może się z nim dziać coś niedobrego. Regularne zaproszenia na mammografię czy badania krwi wiercą dziury w delikatnym pancerzu, którym się ktoś mozolnie obudował. Skłaniają do ciągłego zadawania sobie pytań, na które nie ma odpowiedzi. Po co namawialiby mnie na to badanie, gdyby nie sądzili, że mogą coś znaleźć? 
Tymczasem - o czym pisała też Barbara Ehrenreich w książce Z przyczyn naturalnych- same te badania też nie pozostają obojętne dla zdrowia, a często w dodatku są mało skuteczne. 

Naukowcy powoli dochodzą do wniosku, że negatywne skutki tychże (niepotrzebne napromieniowanie, stres w oczekiwaniu na wyniki, zbędne zabiegi) być może przeważają nad społecznymi korzyściami. Dodatkowo wszystko komplikuje chęć zysku, bo w komercyjnym systemie firmom zależy na przekonaniu pacjentów, że warto się zbadać “tak na wszelki wypadek”; są wręcz dane wskazujące na to, że szybki dostęp do diagnostyki powoduje lęki u ludzi, którzy nigdy wcześniej ich nie doświadczali. 
No właśnie. Jeden z francuskich królów popadłszy w szaleństwo uważał, że jest ze szkła. Dziś faktycznie zamieniliśmy się w “ludzi ze szkła”, skoro wszystko, co znajduje się w naszym ciele można prześwietlić. No tylko cały ten postęp w medycynie, te możliwości badań wszelakich, wcale nie gwarantują, że pacjenci zostaną dobrze zdiagnozowani, nie wspominając o wyleczeniu. Weź tu człowieku się przebadaj i dowiedz się, że masz gen, który predysponuje cię do zachorowania na raka… Co potem zrobić z taką wiedzą? Albo chcesz się leczyć i zderzasz się ze ścianą - nie tylko medyczną, ale i biurokratyczną. 

Wewnętrznie sprzeczna rola wiedzy w postrzeganiu zdrowia to ważny element hipochondrii w jej dzisiejszym rozumieniu. Lepsza świadomość tego, co dzieje się w naszym ciele (...) wydaje się jednoznacznie pozytywne. Przecież postęp wydarza się dlatego, że wiemy więcej, niż kiedyś. Ale ma to również swoją mroczną i groźną stronę: zdobywanie informacji o konkretnej chorobie może wywołać przekonanie, że ją mamy. Czy bałabym się raka, gdybym nie wiedziała o jego istnieniu? 

Na ogół perypetie osób “przesadnie zatroskanych o swoje zdrowie” wywołują u postronnych uśmiech politowania, tylko że - wierzcie mi - nie ma w tym nic śmiesznego. Wyobraźcie sobie jak bardzo obciążające psychicznie to musi być. Poza tym - gdzie jest ta granica rozsądku, kiedy troska o zdrowie staje się przesadna? - zwłaszcza w obliczu tego, że zachęcani jesteśmy do korzystania z usług służby zdrowia? Przekonuje się nas, że medycyna poczyniła takie postępy, że w zasadzie wyleczyć się da wszystko. Buduje się w ludziach jakąś irracjonalną wręcz wiarę w medycynę i w to, że swój stan zdrowia można przy odrobinie chęci kontrolować. Tak naprawdę wymaga to naprawdę dużych chęci i zasobów, a gwarancji, że się uda, brak.**  Zaryzykuję wniosek, że choć hipochondrycy istnieli od zawsze, to dawniej, gdy możliwości leczenia były mizerne i w razie problemów zdrowotnych pozostawało liczyć na wyrok losu, ludzie mieli do tego zdrowsze podejście, mając świadomość, że ciało i życie jest kruche, a człowiek ma na to niewielki wpływ. 

Konkluzja, że ciało to szalenie skomplikowany i zagadkowy byt złożony z wielu zazębiających się układów, które mogą przestać działać w każdej chwili, bez wyraźnego powodu i pytania o zgodę zamieszkującej jej świadomości, jest o wiele mniej atrakcyjna niż wiara w jedną przyczynę, która za tym stoi. I nic z tym w zasadzie nie da się zrobić.

Ile ta współczesna prozdrowotna narracja ma wspólnego z faktyczną troską o nasze zdrowie, a ile z tym, że usługi medyczne i farmaceutyczne to ogromny biznes? Jednocześnie jak już przychodzi co do czego i człowiek faktycznie potrzebuje pomocy, to okazuje się, że nie ma miejsc, termin za rok, albo koszty są zaporowe i w ogóle to radź sobie człowieku sam. Co jest najbardziej wkurzające w tym całym szumie wokół zdrowia. Mnie doprowadza to do szału, do buntu w stylu “na złość mamie odmrożę sobie uszy”. A jednocześnie życia w strachu, niepokoju o swoje zdrowie - nawet jeśli nie mam żadnych objawów, co z tego, skoro może choroba gdzieś tam się już w środku czai? 

Sporo osób, oceniających tę książkę narzeka, że zbyt dużo w niej osobistych refleksji autorki. Dywagacji takich, jak to, co napisałam powyżej. Zresztą, nawet sama autorka najlepiej to podsumowuje: 

Gdyby ktoś przedstawił mi moje własne doświadczenia, jako bazę przyszłego artykułu, odesłałabym tekst z komentarzem, że brak w nim logicznej fabuły, pod koniec zaś przydałoby się bardziej inteligentne nawiązanie do motywu przewodniego. Że brakuje mu czytelnej konstrukcji. Wrażenia pojawiają się i znikają. Tak się jednak składa, że jedyne, co mogę zrobić i pisać o tym, co mi się przydarza, i porzucić natrętne pragnienie ostatecznych podsumowań, które nigdy nie nastąpią. 

Nie wiem, dlaczego ludziom tak bardzo przeszkadza to, że autor/ka wspomina od czasu do czasu o sobie, swoich doświadczeniach, przeżyciach - dlaczego miałby tego nie robić, w szczególności jeśli temat jest dość prywatny? To przecież zupełnie naturalne i ja sięgnęłam po Ciało ze szkła licząc właśnie na taką lekturę, a nie na bezosobową historię hipochondrii, z której wynika, że jest to problem dotyczący zawsze innych, a nie mnie samej. Na poczucie, że moje myśli o swoim zdrowiu i moje lęki nie są czymś dziwnym, bo inni ich także doświadczają, i że tak naprawdę są czymś logicznym w czasach, kiedy z każdej strony bombardowani jesteśmy informacjami o potencjalnych chorobach i konieczności badań profilaktycznych.

Osobiste refleksje autorki - która jak najbardziej miała podstawy, by obawiać się o swoje zdrowie z uwagi na ciężką chorobę, jaką przeszła w młodości - przeplatają się tu z rozważaniami jak do hipochondrii podchodzono dawniej, a jak dziś (nowa nazwa dla starej przypadłości to “lęk o zdrowie”), przykładami znanych osób, które cierpiały na tę przypadłość. Znajdziemy tu wyjaśnienie “czemu ludzie się nie badają” i może wypadałoby, by nasi medycy i wszyscy ci, którzy opowiadają o zdrowiu wreszcie raczyli zauważyć, że oprócz ciała jest coś takiego jak “psychika” i że to, co mówią ma na ludzi wpływ i zostaje w głowie. Mamy XXI wiek, a to nadal nie jest oczywiste, nadal te kwestie są bagatelizowane, tak, jakby stres, ciężkie przeżycia, hejt nie miały prawa na nas oddziaływać, skoro po tym, jak komuś o włos udało się uniknąć przejechania na pasach słyszę komentarz, że "na szczęście NIC SIĘ NIE STAŁO". Ba, skoro nawet lekarze kwestionują zasadność psychiatrii! A z drugiej strony liczba osób cierpiących na zaburzenia psychiczne rośnie. 

Nie uważam się za hipochondryczkę, choć od czasu, kiedy już jako dziecko zemdlałam przy czytaniu encyklopedii zdrowia, wolę z medycyną nie mieć zbyt bliskich i częstych kontaktów. Niestety czasy, kiedy nie przychodziło mi nawet do głowy, że jakieś badanie mogłoby nie wyjść w normie odeszły w niepamięć. Odkąd przekroczyłam wiek balzakowski, jestem wyczulona na punkcie swojego zdrowia, co przypisuję już to wiekowi, już właśnie owej medialnej histerii… Teraz wizyta u lekarza wyzwala we mnie paraliżujący strach i ten dylemat: co gorsze, wiedza czy niewiedza? Idzie w parze z tym rozważanie, czy powinnam fatygować naszą służbę zdrowia, czy pójście do lekarza nie będzie marnowaniem jego czasu i nędznych zasobów, jakimi dysponuje nasza służba zdrowia. Co niejednokrotnie przecież daje się pacjentowi odczuć. A za każdym razem, kiedy dowiaduję się, że jednak jestem zdrowa, albo moja dolegliwość to coś banalnego czuję ulgę, jakbym uciekła spod topora. W Ciele ze szkła znalazłam potwierdzenie, że to, czego doświadczam, jest najzupełniej normalne. A taka świadomość jest bardzo cenna. Moim zdaniem dyskusja na ten temat jest potrzebna. 

Całość tej książki ma dość luźny, niezobowiązujący charakter, nie roszczący sobie prawa do miana jakiejś pracy naukowej, czy kompleksowej analizy tematu. Nawet jeszcze mniej, niż wspomniany już esej Barbary Ehrenreich. Jest osobista i ciut chaotyczna. Nie pretenduje na pewno do miana lektury obowiązkowej, czy do udzielania jednoznacznych odpowiedzi. Ujęła mnie świadomość autorki w tej kwestii.  Jeśli ktoś nie ma problemów zdrowotnych lub dylematów z nimi związanych, lub oczekuje twardego podejścia do tematu, to może faktycznie uznać, że niewiele ona wnosi. Z drugiej strony dla takich osób może być to lektura uwrażliwiająca i poszerzająca perspektywę. Dla mnie podejście Caroline Crampton było ok. 

Metryczka: 
Gatunek: esej
Główna tematyka: hipochondria i zdrowie
Miejsce akcji: -
Czas akcji: -
Ilość stron: 304
Moja ocena: 4,5/6
 
Caroline Crampton, Ciało ze szkła. Historia hipochondrii, Wydawnictwo Czarne, 2025

*Ciekawe, czy w USA też tak jest, skoro nadal wiele osób nie posiada tam ubezpieczenia zdrowotnego, a wszelkie usługi medyczne są tam astronomicznie drogie?  

**Ów sławny amerykański milioner, który spędza życie na monitorowaniu swojego stanu zdrowia i szukaniu sposobu na wieczną młodość - niedawno zdiagnozowano u niego nieuleczalną chorobę autoimmunologiczną... 

Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później