Jak świat stworzył Zachód

W historii starożytności autorstwa Josephine Quinn na plan pierwszy wysuwa się współpraca, a nie konflikt - a zatem handel, podróże po świecie, przenikanie się wpływów wskutek kontaktów ludzi ze sobą, mieszanie się kultur. Wzajemne interakcje, niekoniecznie nie wrogie. I to jest najważniejsze, w kontekście tego, że od zawsze karmiono nas wizjami konfliktów i przemocy. Ten dawniejszy, starożytny i średniowieczny świat był o wiele mniejszy, niż dzisiejszy, był też o wiele bardziej połączony i inkluzywny (mimo że kiedyś podróżowanie zajmowało dni i miesiące, a nie kilka godzin). Nie znano jeszcze pojęcia kontynentów, nie istniały sztuczne podziały na rasy czy narody, a granice były płynne. Nie było paszportów i wiz, nie było tak naprawdę odrębnych “cywilizacji”, o jakich dziś czytamy w podręcznikach. 

Cywilizacje są dziś tak powszechnym sposobem postrzegania świata, że mogą wydawać się prawem natury, uniwersalnym modelem organizacyjnym społeczeństw ludzkich. W rzeczywistości są stosunkowo niedawnym europejskim wymysłem, częścią zjawiska, które nazywam “optyką cywilizacyjną”
Będę tu dowodzić, że nigdy nie było jednej, czysto zachodniej lub europejskiej kultury. To, co nazywamy zachodnimi wartościami - wolność, racjonalizm, sprawiedliwość i tolerancja - nie jest ani wyłącznie, ani pierwotnie zachodnie, a sam Zachód jest w dużej mierze wytworem wielowiekowych powiązań ze znacznie rozleglejszą siecią społeczeństw z południa, północy i wschodu.  

Ta wersja historii, opowiedziana przez Josephine Quinn wydaje mi się bardzo logiczna. Owszem, historia ludzkości jest pełna konfliktów, a autorka przyznaje, że największe przemiany dokonują się w czasach wielkiego zamętu i antagonizmów, ale to nie zmienia faktu, że nasza cywilizacja jest zbudowana na wspólnym dziedzictwie różnych ludzi, wzajemnym czerpaniu i uczeniu się od siebie, przekazywaniu doświadczeń. A rozprzestrzenianiu się idei pomaga otwartość, ciekawość innych, a nie budowanie murów. To tej ciekawości, pędowi do poznawania zawdzięczamy kolonizowanie kolejnych lądów. 

Nic też nie powstało nagle i z niczego, jak sobie często przedstawiamy, myśląc o starożytnej Grecji i Rzymie, jako korzeniach naszej cywilizacji oraz “kolebce demokracji”. Tymczasem jeśli już, to kolebką naszej cywilizacji był Bliski Wschód (ludzie na terenach nazwanych później Europą, mieszkali jeszcze wtedy w jaskiniach), a między nowożytnym “Zachodem” a starożytnymi Grekami i Rzymianami nie ma żadnego bezpośredniego powiązania. 

(...) Grecy i Rzymianie mieli własną historię, sięgającą korzeniami innych miejsc i starszych ludów, a większość swoich idei i dokonań technicznych przejęli skądinąd: zbiory praw i literaturę z Mezopotamii, kamienną rzeźbę z Egiptu, irygację z Asyrii, a alfabet z Lewantu. Byli tego świadomi i szczycili się tym. Grecy wiedzieli też doskonale, że dzielą region śródziemnomorski z innymi - z Kartagińczykami, Etruskami, Iberami oraz Izraelitami - i że żyją obok potężniejszych imperiów na wschodzie. 

W tej wersji historii pewne wydarzenia, którym tradycyjnie przypisujemy wielkie znaczenie tu są potraktowane jako mało istotne w szerszym kontekście. Na przykład wojny perskie, obrona Termopili albo najazdy Mongołów w XIII wieku, co autorka uważa za “mało poważne zagrożenie”. Nie jest to opowieść taka jak zawsze, czyli głównie - o władcach i wojnach. Natomiast dowiadujemy się o mało znanych postaciach, o tym, jak to było z alfabetem czy rozkwitem kultury w państwach muzułmańskich wtedy, kiedy w Europie panowały “wieki ciemne”. Nie uważam takiego wyboru tematów za problem, gdyż książek z tradycyjną wersją dziejów jest od groma i zawsze można po nie sięgnąć (poza tym ile razy można czytać to samo). Niestety  dowiemy się z tej książki głównie jakie skorupy i świecidełka znajdowano w grobach naszych przodków z przeróżnych “cywilizacji” oraz czym kto dawniej handlował, która to wyliczanka była dla mnie nużąca, natomiast szwankuje w tej książce przejście od szczegółu do ogółu, od faktów od wniosków. 

Optyka cywilizacyjna i Zachód powoli połączyły się w koncepcję cywilizacji zachodniej, której cechami szczególnymi były demokracja i kapitalizm, wolność i tolerancja, postęp i nauka. Była ona z gruntu chrześcijańska i opierała się o tradycje biblijne.  

My, Europejczycy wymyśliliśmy sobie wizję świata kompletnie ignorującą wielowiekowe procesy wymiany międzykulturowe. W erze nowożytnej ludzie z Europy wpadli na to, żeby podkreślać swoją odrębność, co zaczęło się chyba od podziałów religijnych; dopóki ludzie praktykowali politeizm nie było wojen religijnych, monoteizm niestety idzie w parze z nietolerancją i fanatyzmem religijnym. Natomiast wizja świata podzielonego na narody, rasy (lepsze i gorsze), powkładanego do szufladek, oddzielonego od przyrody, wizja zderzenia “cywilizacji”, to pomysł raczej współczesny, osiemnasto- i dziewiętnastowieczny.* Uważam, że Josephine Quinn nie do końca wyjaśnia tytułowe zagadnienie, jako że koncentruje się ona na starożytności, na pokazaniu jak funkcjonował dawniejszy świat, zanim wykuła się cywilizacja “zachodnia”. Nie odpowiada ona zatem na tytułowe pytanie (przynajmniej tak, jak ja je zrozumiałam): kończąc się na XV wieku i odkryciach geograficznych, bez historii kapitalizmu i kolonializmu, nie pokazuje tak naprawdę jak to się stało, że mieszkańcy Europy Zachodniej tak bardzo się mentalnościowo wyobcowali od reszty świata, zapominając o wspólnym dziedzictwie, a jednocześnie narzucając temu światu własne wizje jak należy żyć i gospodarować. 

Metryczka: 
Gatunek: historia 
Główny temat: historia starożytności 
Miejsce akcji: głównie Bliski Wschód
Czas akcji: starożytność i średniowiecze
Ilość stron: 656
Moja ocena: 4/6  

Josephine Quinn, Jak świat stworzył Zachód. Cztery tysiące lat historii, Wydawnictwo Rebis, 2025

 


Zainteresowanych tematem zdominowania narracji historycznej przez Zachód polecam także Grę w rasy oraz Kradzież historii. Szczególnie w tej drugiej pozycji znajdziemy przekrojową analizę tej europocentrycznej historii świata. Jack Goody opowiada właśnie o tym, jak to Zachód stworzył teorię, że to Europa była kolebką współczesnej cywilizacji, wartości, które cenimy, w tym demokracji, wolności, kapitalizmu, racjonalizmu, a nawet miłości romantycznej. Nawet wynalazek też wynaleźli Europejczycy, samodzielnie (gdzieżby tam ulegali obcym wpływom), a europejska droga rozwoju: od feudalizmu przez renesans po kapitalizm, jest jedyna słuszna (i wyjątkowa, gdyż nie wystąpiła nigdzie indziej). 

Zachodni badacze uważają zazwyczaj, że mieszczanin to zjawisko unikalnie europejskie, podobnie jak nieustająca zmiana, którą uważa się za “klucz do kapitalizmu”. 

Aby to wykazać przeskakuje się bezpośrednio od starożytnej Grecji (i Rzymu) do renesansu (dystansując się tym samym od wpływów arabskich, a wyolbrzymiając wpływ dziedzictwa grecko-rzymskiego, do którego odwołuje się nawet chrześcijaństwo), podczas gdy w tym całym “międzyczasie” - ciemnych wiekach średniowiecza - centrum świata była wcale nie zacofana Europa, ale Wschód, gdzie kwitł handel i nauka. To przecież Bliski Wschód (Konstantynopol) był bezpośrednim spadkobiercą Imperium rzymskiego. Różne odkrycia i wynalazki z dziedziny matematyki, kartografii, medycyny, rolnictwa, wytwórczości itd. przyszły do nas ze Wschodu. Przeż religie monoteistyczne też są wschodnim wynalazkiem. A renesans nastąpił właśnie kiedy Europa otworzyła się na wpływy płynące ze wschodu, rozwijającego się całe wieki bardziej dynamicznie, niż Zachód, gdyż Wschód nie doświadczył upadku tak jak Zachód. Odrodzenie było spektakularne właśnie przez kontrast z poprzedzającym go upadkiem - Wschód odrodzenia nie potrzebował, bo nic tam nie umarło. 

Aż do ostatnich wieków Europa nie zajmowała centralnej pozycji w znanym świecie, choć zdarzało jej się to przejściowo wraz z narodzinami klasycznej starożytności. Dopiero od czasów odrodzenia wraz z rosnącą aktywnością handlową potęg najpierw z rejonu Morza Śródziemnego, później Oceanu Atlantyckiego, zaczęła dominować nad światem (...). 
Tworzy się w tej teorii bardzo jednowymiarowy obraz Wschodu i Zachodu i bardzo wyraźną dychotomię między nimi. Wschód był statyczny, Zachód dynamiczny. Wschód był autokratyczny, Zachód nie. Ta argumentacja jest pełna dziur i sprzeczności, gdyż istnieje mnóstwo faktów do niej nie pasujących, lecz pomijanych. I te właśnie fakty naświetla Goody. Dobrym przykładem jest rzekomy autorytaryzm społeczeństw wschodnich - tak jakby na Zachodzie od zawsze kwitła demokracja - tak Azja miała swoich demokratów, jak i starożytna Grecja tyranów. Przecież w XVII-XVIII wieku w Europie też rządzili autokraci. I co najlepsze - jakby teraz zachodnie społeczeństwa nie skłaniały się ku coraz bardziej autorytarnym rządom. [Braudel używa określenia “despotyzm” w stosunku do Indii, Chin i Turcji, lecz nigdy w odniesieniu do państw europejskich, które były “absolutystyczne”. Wskaż różnicę]. Jednak  w Chinach nie było z kolei przemożnego wpływu monoteistycznej religii, kontrolującej każdy aspekt życia społeczeństwa… 
Nigdy nie doszłoby do sytuacji, w której musiałoby narodzić się oświecenie w powyższym sensie, gdyby Europa nie nawróciła się wcześniej na jedną, dominującą religię monoteistyczną. religia ta chciała regulować ludzkie życie w sposób bardzo radykalny. W każdej osadzie wielkim kosztem budowano kościoły (...). Mieszkańcy chodzili na niedzielne msze i słuchali długich kazań, mających objaśnić im sprawy religii, wartości i prawa. Nie było dość miejsca dla życia świeckiego. 
A dlaczego Chiny (jak również Indie) były potężnym państwem do ok. XVI wieku (co często się dziś lekceważy). Aż do czasów, kiedy w ich sprawy zaczęli coraz mocniej ingerować Europejczycy. Przypadek? 

W eurocentryzmie dorobek innych społeczeństw się pomija lub pomniejsza, a podkreśla ich niedoskonałości oraz różnice między nimi (często na siłę, bez przekonujących dowodów, na bazie ideologii) a Europą, gdzie każda różnica nabiera negatywnego wydźwięku, a przewaga leży zawsze po stronie Europy:  
(...) Arabowie nie używali stołów; równie dobrze można powiedzieć, że Europejczycy nie znali dywanów i sof, zanim przybyły one ze Wschodu. 
To właśnie jest kradzieżą historii - narzucenie reszcie świata własnych kategorii i sekwencji zdarzeń jako wzorca. Eurocentryczna narracja zawsze wychodzi z założenia, że to Europa jest pozytywnym wzorem, to co wydarzyło się w Europie było dobre, a jeśli inne społeczeństwa poszły nie tą drogą, to “coś poszło nie tak”. Normą nazwaliśmy europejski model rozwoju, a pozostałe anomalią (podobnie jak patriarchat mężczyznę uczynił normalnym przedstawicielem rodzaju ludzkiego, a kobietę odstępstwem od tej normy). Nawet jeśli wschodnie krainy posiadały wszystko to, co zachodnie, czyli handel, mieszczaństwo, przedsiębiorczość, etc. to zawsze jakoś “czegoś brakuje”. Czego? Chyba po prostu tego, że nie są Europą, a “prawdziwa wolność”, “prawdziwe miasta”, czy “prawdziwy kapitalizm” miały prawo wydarzyć się tylko w Europie. A już czysto abstrakcyjne jest doszukiwanie się przyczyn w jakiejś innej (gorszej) “umysłowości”/kulturze ("ludzie na wschodzie nie są innowacyjni" jest taką samą tezą, jak ta, że “kobiety nic nie wynalazły). O naszych ciemnych sprawkach zaś zapominamy. Wytykamy wady innym kulturom, a jakoś pomijamy to, że na Zachodzie też to robiliśmy - np. rozwinęliśmy niewolnictwo na olbrzymią skalę, w ramach rozwoju kapitalizmu. To po prostu narracja zwycięzcy (pełna samozachwytu). 

Dygresja. Wracając jeszcze do kwestii autorytaryzmu -  czytając Kradzież historii przypomniały mi się argumenty na jego nieskuteczność w książce Tyrania ekspertów Williama Easterly (głównie a propos współczesnych gospodarek i zachwytów nad prężnym rozwojem Chin). Ciekawe, że Easterly i Goody stoją raczej na przeciwległych stanowiskach, gdzie ten pierwszy wskazuje stereotypowo na wschodni kolektywizm jako niesprzyjający rozwojowi, podczas gdy Goody uważa, że te cechy przypisywane przez nas krajom azjatyckim, wcale niekoniecznie miały aż taki wpływ na ich rozwój, jaki im przypisujemy. ** Co jednak łączy tych dwóch badaczy, to szukanie jakiegoś “klucza”, który by to wszystko wytłumaczył. Moim zdaniem to właśnie zasadniczy błąd (chyba?), który popełniamy - a mianowicie zakładamy, że za rozwojem kraju/społeczeństwa/cywilizacji stoi zawsze jakaś przyczyna, że jest on celowy i jednokierunkowy. I gdyby tylko nam tę przyczynę (najlepiej prostą) udało się znaleźć… tymczasem po latach licznych prac naukowych, teorie ekonomistów, wszelakich ekspertów, nadal się o to spieramy, nadal nie wiemy czemu do końca jedne kraje się rozwinęły bardziej, a inne mniej, i nadal nie potrafimy znaleźć złotej recepty na rozwój i dobrobyt. Być może dlatego, że nie bierzemy pod uwagę działania przypadku, tego, że nie ma jednej prostej przyczyny, nie uwzględniamy też działalności różnych ludzi, którzy sypią piasek w tryby machiny i potrafią zniweczyć to, co już osiągnęliśmy. Co jeśli np. odkrycie Ameryki przez Kolumba, jej kolonizacja i nagłe wzbogacenie się przez Europę (co walnie przyczyniło się do zdobycia przewagi przez Europę nad resztą świata) były przypadkiem (spowodowane pechem lub szczęściem), a nie jakimś nieuchronnym wydarzeniem, do którego musiało dojść wskutek logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego? A gdyby nie było epidemii dżumy? Jeśli chronologia wydarzeń (feudalizm - kolonializm - kapitalizm) nie oznacza związku przyczynowego? Badacze zresztą sami nie potrafią dojść do konsensusu, kiedy (i gdzie) w istocie datują się początki kapitalizmu... Poza tym owe różnice miedzy narodami mniej, a bardziej rozwiniętymi postrzegamy jako bardziej trwałe, niż wynika to z faktów, a nawet niezmienne i uważamy że kultura też się nie zmienia (w Chinach zawsze był cesarz, w Indiach kasty, w Japonii samuraje, a w Europie - co?). Nie dostrzegamy sprzeczności i różnorodności. Wydaje mi się, że ten teleologiczny błąd poznawczy popełniamy wszyscy, łącznie z najtęższymi umysłami, gdyż w naszej ludzkiej naturze leży poszukiwanie przyczyny i sensu wszystkiego, a nie zakładanie, że coś się wydarzyło po prostu przypadkiem. Easterly zauważa: 
Wszyscy jesteśmy podatni na mentalny model świata, w którym wyniki są rezultatem celowego działania możliwego do zidentyfikowania podmiotu. Świat, w którym wyniki są niezamierzonym rezultatem interakcji wielu podmiotów o różnych intencjach, wydaje się zbyt dziwny, by można było w to uwierzyć.
 
Europocentryzm jest więc w zasadzie taką ahistoryczną argumentacją ex ante, odczytywaniem historii wstecz, wychodząc z mniej więcej współczesnego (XIX i XX-wiecznego) punktu widzenia. Wybraliśmy sobie jakieś fakty, które pasowały nam do obrazka, o tym, że Europa była lepsza od innych kontynentów. Co więcej, wywodząc dzisiejszą przewagę Zachodu już od zamierzchłych dziejów, nadano jej trwały charakter, podczas gdy w rzeczywistości ta przewaga może datować się od ledwie kilkuset lat i być przejściowa. Według Goody’ego była jedna cywilizacja euroazjatycka, wywodząca się z epoki brązu i powinniśmy spojrzeć na gospodarkę jako całość rozwijająca się od 5 tysięcy lat.  Te elementy postępu, jakie sobie uzurpujemy jako “typowo zachodnie” były obecne na całym świecie; w każdym też społeczeństwie, podobnie jak w życiu każdego człowieka, występowały momenty dynamicznego rozwoju, jak i zastoju, a nawet cofania się w rozwoju. 
Jeśli odrzucimy specyficznie europejską periodyzację dziejów (...) dojdziemy do idei długofalowej - raz szybkiej, innym razem powolnej - ewolucji kultur miejskich od epoki brązu, poprzez epokę żelaza aż do rozkwitu kultury klasycznej i regionu śródziemnomorskiego, ale także Chin i innych obszarów w następnie upadku Europy Zachodniej, powolnego lecz trwałego wzrostu w Chinach, stopniowego ożywienia miast na Zachodzie z ich ciągłą komunikacją ze Wschodem oraz wynikającym z niej rozwojem aktywności handlowej i kultury miejskiej. 
Także Goody zwraca uwagę na intensywne przepływy handlowe i rolę komunikacji między różnymi historycznymi ludami, a więc to, co pisze Josephine Quinn nie jest jakąś nowością. Kradzież historii jednak jest książką nie tyle o historii naszej cywilizacji, ale o tym, jak o tej historii opowiadamy i dlatego bardziej mi odpowiada ona jako odpowiedź na pytanie postawione przez Quinn. Autor pokazuje bardzo wiele przykładów i stosuje analizę porównawczą dla Europy i Azji, jako jednej cywilizacji, a nie tylko zarzuca czytelnika szczegółami -  wyliczanką różnych artefaktów i towarów znajdowanych w różnych częściach Europy i Azji - jak to czyni Quinn. Obala wiele stereotypów, zakorzenionych w naszej wiedzy, jak np. hellenocentryzm, wschodni despotyzm, unikatowość epoki renesansu, a nade wszystkim oryginalnością pojęć i zjawisk, które wcale takie oryginalne nie były... Wiele rzekomych “europejskich wynalazków” istniało także w innych kulturach; przykłady można mnożyć. Znajdziemy w tej pozycji bardzo wiele informacji na temat osiągnięć innych społeczeństw, kluczowych dla rozwoju cywilizacji. Z kolei trudnością, jaką może sprawiać tekst Goody’ego - ale tylko miejscami -  jest obszerne odnoszenie się do prac innych badaczy - a to Weber, a to Braudel, a to Needham - i nadmierne teoretyzowanie. Nawet jednak Goody, choć włącza do tego naszego wspólnego dziedzictwa Azję, rozpatrując jako jedną całość kontynent euroazjatycki, to nadal pomija inne kontynenty, więc rdzenni mieszkańcy Afryki, czy Ameryki mogą nadal czuć się pominięci.

Myślę, że Kradzież historii, mimo, że wydana już dość dawno temu, jak na książkę popularnonaukową, nie straciła na aktualności, ponieważ niewiele się w tej kwestii zmieniło. Zachód nadal monopolizuje nie tylko historię, ale współczesny kierunek rozwoju świata, choć Chiny depczą mu już po piętach. A jeśli kapitalizm, brak poszanowania dla środowiska naturalnego, przedkładanie zysku ponad wszystko i pomnażanie pieniędzy, jednak nie jest dobrą drogą rozwoju (co ewidentnie już widzimy)? Czy ciągłe zmiany, do których zmusza nas kapitalizm, to jest coś dobrego i coś, czego pragniemy? Czy pragnienie miliona rzeczy, które wmawia się nam, że musimy mieć i czy praca jak chomik w kołowrotku jest synonimem postępu? A czy obecnie jeszcze mamy faktycznie demokrację (w rozumieniu rządów ludu), skoro nasze wybory są kształtowane przez Big techy, a rząd niejednokrotnie postępuje wbrew woli większości ludzi, popierając interesy lobbystów? A czy demokracja może być wprowadzana siłą, jak w przypadku zmuszania różnych państw do zaprowadzenia tego ustroju przez USA? To samo z kapitalizmem. Czy w ogóle demokracja jest jeszcze realna w tak rozrośniętych i skomplikowanych społeczeństwach, jak dziś? I tak dalej. Zachodowi przypisujemy to, co najlepsze (w naszym mniemaniu), a więc postęp, demokrację, wolność, ale tak naprawdę skutkami tych podziałów, na jakich zbudowany jest nasz współczesny świat są rasizm, nacjonalizm, ludobójstwa, przestępstwa z nienawiści. A kolejnym etapem "rozwoju" jest najwyraźniej technofeudalizm. Zakładamy, że ten model rozwoju jest najlepszy i najwyraźniej też zakładamy, iż nasza młoda cywilizacja będzie trwać (i dominować) wiecznie. Niepomni tego, że w dziejach ludzkości inne cywilizacje trwały znacznie dłużej i upadły, a w naszej wyraźnie widać już pęknięcia i oznaki upadku… 
 

Metryczka: 
Gatunek: historia 
Główny temat: historia Europy i Azji
Miejsce akcji: j.w.
Czas akcji: od starożytności do XIX wieku 
Ilość stron: 337
Moja ocena: 5/6  

Jack Goody, Kradzież historii, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2010

 

*To samo zachodni antropolodzy zrobili w Afryce, dzieląc ją arbitralnie i do tego stwierdzając, że poszczególne ludy “w zasadzie mają ze sobą niewiele wspólnego. (...) Plemiona są od siebie niezależne i zachowują swoją autonomię” (Cyrille Van Overbergh, Les Negres d’Afrique). Plemiona pozostały wiecznymi, niezależnymi i niepodlegającymi zmianom całościami. 

**Widzę tu paradoks: z jednej strony Easterly krytykuje podejście zachodnich ekspertów wszelakich, ale z drugiej nadal reprezentuje ową naszą typowo zachodnią wiarę w moc indywidualizmu i demokracji. Być może chodzi o to, że narzucane pseudoeksperckie rozwiązania nie mają z tą demokracją i poszanowaniem praw człowieka nic wspólnego. I że zachodnie państwa szanują demokrację we własnych granicach, ale poza nimi - już niekoniecznie - co również wytyka Goody. 

Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później