Brzęczenie pszczół
Przez życie Moralesów przetacza się pandemia hiszpanki, wojna i rewolucja w Meksyku, a ich spokojna egzystencja zostaje naznaczona przez złowrogą Reformę, czyhającą na ziemie meksykańskich obszarników. Mimo tego Francisco Morales się nie poddaje, ciężko pracuje, nie tylko by ziemie przynosiły dochód, ale i by ich nie utracić. Historię tę opowiada nam najmłodszy potomek Beatriz i Francisca Moralesów, którego de facto nie było jeszcze na świecie, kiedy w posiadłości pojawił się Simonopio. Ten ostatni jest swego rodzaju dobrym duchem rodziny. Żyje on w symbiozie ze “swoimi” pszczołami i chodzi swoimi drogami, których nikt za bardzo nie rozumie, ale wszyscy to tolerują. Z pewnością chłopak ma jakieś nadprzyrodzone zdolności, a dziwne okoliczności przyrody jakie go otaczają nie mają racjonalnego wyjaśnienia, dlatego Simonopio jest elementem realizmu magicznego, obecnym w Brzęczeniu pszczół.
Powieść Sofii Segovii wyraźnie zdominowana jest przez nuty nostalgii: nostalgii za dawnymi czasami, dzieciństwem, które przeminęło, ludźmi, którzy odeszli, niektórzy w tragicznych okolicznościach. To są jednak ciepłe uczucia - nostalgii tej towarzyszy poczucie, że taka jest naturalna kolej rzeczy, że czas płynie, świat idzie do przodu, a kurczowe trzymanie się przeszłości, tego, co było, tylko dlatego, że “tak było zawsze”, nie jest dla nas dobre. Nawet gdy doświadczamy prawdziwej tragedii, śmierci ukochanych osób, czegoś, co powoduje, że się rozsypujemy - życie się nie zatrzymuje i my też musimy ruszyć dalej. I nie warto żyć resentymentami. Autorka ma jednak świadomość, że kiedy ktoś umiera, niezbędne jest zatrzymanie się i refleksja, a nie gnanie do przodu. Podobał mi się spokojny rytm tej powieści. Spora jej część poświęcona jest oddaniu emocji towarzyszących bohaterom, a nie popychaniu akcji do przodu. To powieść utkana wszak ze wspomnień. Emocje obecne w Brzęczeniu pszczół nie przytłaczają jednak, momentami miałam wrażenie, jakbym unosiła się nad ziemią, bujając w obłokach i oglądając wszystko ze stosownym dystansem. Powieść jest zarazem smutna, ale też ciepła, kojąca, bo życie głównych bohaterów jest w gruncie rzeczy dobre, a najlepsze jest to, że są oni dla siebie nawzajem wsparciem, gdziekolwiek by poszli. Bo dom jest tam, gdzie jest rodzina. Autorka niewątpliwie też starała się oddać klimat meksykańskiej wsi, przywiązania do ziemi i jej darów. Przyroda jest tu ważna, acz jest potraktowana jednak dość instrumentalnie, jako służąca człowiekowi. Nie do końca zrozumiały był dla mnie ten motyw pszczół. A nawiasem mówiąc, czemu biednego kojota uczyniono symbolem zła?
Tak więc Brzęczenie pszczół można przeczytać jako moralitet o sile więzi rodzinnych i więzi z naturą. Bardzo przyjemnie się to czyta, bo język jest prosty, lekki, a zarazem sugestywny, zupełnie jak w baśniach. I jak to w baśniach, Segovia nie pozostawia żadnych wątpliwości kto jest dobry, kto zły, po czyjej stronie mamy stać i dlaczego. Brakowało mi tu jakichkolwiek niuansów, czegoś, co sprowadziłoby czytelnika z chmur na ziemię i go na niej zakotwiczyło. I tu przechodzimy do problemu, jaki mam z Brzęczeniem pszczół. Mianowicie jego fabuła jest zbudowana na wyraźnym przeciwstawieniu dobra i zła, niczym w bajkach - zresztą baśnie pojawiają się w treści - a więc jest mocno naiwna. Rodzina Moralesów jest pokazana wyłącznie w dobrym świetle, są oni dobrymi ludźmi, czego najlepszym dowodem jest przecież przyjęcie na wychowanie małego znajdy i traktowanie go jak członka rodziny. Bez uprzedzeń, jakich można się było spodziewać… Nie ma tu w ogóle żadnych konfliktów. Moralesowie dobrze traktują także swoich pracowników, sami zresztą ciężko pracują, by się utrzymać, bo rolnictwo jak wiadomo jest ciężkim kawałkiem chleba, a jeszcze na dodatek nowe meksykańskie władze czynią zakusy, by odebrać posiadaczom ziemskim ich własność. Bohaterowie pokazani są jako ofiary takiej polityki, które oczywiście niczym sobie na nią nie zasłużyły. No tak, tylko jest to przekaz jednostronny, a autorka nie pokazuje żadnego kontekstu historycznego tych wydarzeń, a ja teraz jestem już na coś takiego wyczulona. Moralesowie przecież są obszarnikami - jedną z bogatych rodzin, żyjących na zagarniętej w epoce kolonialnej (a później skupowanej) ziemi, w swojej hacjendzie, podczas gdy rzesze biednych meksykańskich chłopów, w tym ludność rdzenna, musiały się u nich najmować do pracy, nie mając żadnych widoków na lepsze życie. Historia współczesnego Meksyku wywodzi się z czasów kolonialnych i zasadza się na konflikcie klasowym, który był zarzewiem ruchów rewolucyjnych na początku XX wieku. Nie jestem specjalistką od Meksykańskiej Rewolucji, ale tyle wiem, a by nie być gołosłowną, tu cyt. z Wikipedii:
Obszarnicy korzystali z przyzwolenia prezydenta, który ich faworyzował i zagarniali ziemie indiańskie, powiększając swoje i tak już ogromne posiadłości. Wielu bezrolnych chłopów popadało w uzależnienie kredytowe od wielkich posiadaczy ziemskich, którzy stworzyli pewnego rodzaju system permanentnego stanu „służebności” w stosunku do swoich pracowników, którzy nigdy nie mogli wyjść z błędnego koła zadłużenia i byli zmuszani do pracy na plantacjach czy w kopalniach aż do czasu spłaty długu. Nierzadkie były sytuacje, gdy dług ten przechodził z pokolenia na pokolenie i zmuszał biedne dzieci dłużników do praktycznie niewolniczej pracy i odpracowania wierzytelności.
Prowadziło to oczywiście do sytuacji kiedy bogaci stawali się jeszcze bogatsi, a biedni jeszcze biedniejsi, gdyż rozwój gospodarczy odbywał się ich kosztem. I dlatego w końcu wybuchła rewolucja, a złowroga reforma, przed której stara się różnymi sposobami uciec i ochronić Francisco Morales (np. zawczasu przepisując swoje ziemie na krewnych i znajomych…) miała służyć właśnie temu, by zasoby kraju były bardziej sprawiedliwie podzielone. Średnio się to zresztą udało, bo bogaci stawili skuteczny opór, a Meksyk do dziś dnia jest krajem o olbrzymich nierównościach społecznych. Niczego z tych wyjaśnień nie znajdziemy u Segovii, gdzie reforma rolna przedstawiona jest w bardzo jednostronny i uproszczony sposób, wyłącznie jako bezprawne zakusy chciwych ludzi na ciężką krwawicę obszarników… Czarny charakter powieści - taki najczarniejszy z czarnych - jest zresztą właśnie takim chłopem, marzącym o kawałku własnej ziemi. W dodatku jest też czarny w sensie dosłownym, bo o ciemnej skórze, prawdopodobnie pochodzenia rdzennego, jako że mamy wzmiankę, że hiszpański nie był jego ojczystym językiem. Czy muszę pisać czym to pachnie? Segovia wspomina także o prześladowaniach Kościoła Katolickiego za czasów socjalistycznych rządów i o tym, jak to dzieci posyłano do tajnych katolickich szkół, byleby tylko nie musiały śpiewać państwowego hymnu w państwowych szkołach. I tu również przedstawione jest to jako dziejąca się krzywda, bez najmniejszej refleksji, że Kościół był jednym z beneficjentów kolonialnego ucisku, że wpajał ludziom ciemnotę, konserwował tradycyjny podział społeczny, a bynajmniej nie był jakąś siłą, która sprzyjała rozwojowi społeczeństwa. Gdyby Moralesowie byli tak dobrzy i tak postępowi, jak pokazała ich Segovia, to zdawaliby sobie z tego wszystkiego sprawę - niestety, wydaje się, że obchodzi ich tylko to, by im samym nie stała się krzywda. Zauważmy, że udało im się uchronić przed szalejącą hiszpanką dlatego, że zaszyli się w innej swojej posiadłości na prowincji. Swojemu parobkowi Morales na odchodne radzi wielkodusznie, by nie udawał się do miasteczka… Można też zastanawiać się nad traktowaniem Simonopia, który niby był kochany, ale Moralesowie nigdy nie pochylili się nad jego niepełnosprawnością, traktując go bardziej jak zwierzątko domowe, niż pełnoprawnego członka rodziny. Koniec końców chłopak, podobnie jak jego pszczoły ma do odegrania pewną służebną rolę wobec tej uprzywilejowanej rodziny…
Podobał mi się klimat Brzęczenia pszczół, ale gdyby je odrzeć z tej całej magicznej, baśniowej otoczki, to otrzymamy książkę o ludziach uprzywilejowanych i wydarzeniach ukazanych z ich perspektywy. Zupełnie jak w Przeminęło z wiatrem, gdzie bogaci panowie, właściciele niewolników są przedstawieni jako dobrzy państwo, traktujący swoich niewolników jak rodzinę…Taki brak wrażliwości społecznej byłby zrozumiały w książkach tworzonych dawniej, jak wspomniana powieść Margaret Mitchell, ale naprawdę dziwi w XXI wieku. I zauważyłam, że gorsze oceny tej powieści (na Goodreads) wynikają właśnie ze zwrócenia uwagi na rasizm i klasizm w niej obecny. W mojej ocenie, acz mamy tu realizm magiczny, to zabrakło gdzieś prawdziwego realizmu. Pewne pytania w Brzęczeniu pszczół pozostają bez odpowiedzi, ale są to kwestie powiedziałabym tego “magicznego” aspektu opowieści, a magia, jak wiadomo, bez tajemnic nie byłaby magią. Dobre wróżki pojawiają się i znikają kiedy chcą i nie muszą się z tego tłumaczyć.
Metryczka:
Gatunek: powieść historyczna
Główni bohaterowie: rodzina Moralesów, Simonopio
Miejsce akcji: Meksyk
Czas akcji: początek XX wieku
Ilość stron: 488
Moja ocena: 4,5/6
Sofia Segovia, Brzęczenie pszczół, Wydawnictwo Echa, 2025







Komentarze
Prześlij komentarz