Dążąc do nieskończoności

Okupująca ostatnio doniesienia medialne afera Zondakrypto skłoniła mnie do napisania o książce, którą czytałam na początku tego roku. O Elonie Musku oczywiście słyszeli wszyscy, ale czy słyszeliście o Samie Bankmanie-Friedzie (SBF)? Być może tak jeśli jesteście zakręceni na punkcie kryptowalut, ale ja osobiście nie miałam pojęcia kim jest ten gość. Michael Lewis opowiada o twórcy jednej z największych giełd kryptowalutowych FTX i o przekręcie na miliardy dolarów. W tym reportażu zwróciłam uwagę jednak uwagę nie tylko na postać głównego bohatera - acz jest ona na swój sposób fascynująca - ale na dwa pojęcia warte omówienia: kryptowalut oraz koncepcję tzw. efektywnego altruizmu.  

Żyjemy w świecie, który pieniądze uczynił celem, a nie środkiem do celu. Podziwiamy bogaczy, wśród których jest wielu takich, których jedynym talentem jest pomnażanie pieniędzy, a którzy są beznadziejni w wielu innych istotnych życiowo sprawach, nie posiadają podstawowych umiejętności społecznych i nie wnoszą niczego pożytecznego w istnienie świata (mimo swojej fortuny). Czy muszę dodawać, że większość tych “genialnych”, ale niedopasowanych społecznie stanowią mężczyźni?* To działa więc tak: ludzie normalnie cię nie lubią, bo jesteś mrukiem i nerdem, ale wszystko się zmienia, kiedy zdobywasz pieniądze… Sam fakt, że ktoś radzi sobie finansowo ma zarazem świadczyć o tym, że “jest w porządku”. Ma moc nadawania wartości i szacunku. I dokładnie tak było z SBF. 

Co to o nas mówi, jeśli nagradzamy milionami ludzi, których praca polega tylko na żonglowaniu pieniędzmi? I to nawet nie realnymi, a właśnie jakimiś wirtualnymi, opcjami, akcjami, opcjami, czymś, czego tak naprawdę prawie nikt nie rozumie i co utrzymywane jest w tajemnicy. I co traktowane jest jak gra. 

Najbystrzejsze umysły naszego pokolenia kupują albo sprzedają akcje, względnie przewidują czy klikniesz w reklamę [i projektują algorytmy, unieszczęśliwiające ludzkość]. 

Jasne, że ci ludzie są inteligentni, ale czy serio ich inteligencja jest warta aż tyle? Poza tym gros tej pracy wykonują obecnie maszyny i algorytmy. I czy to nie jest marnowanie zasobów - ludzkich i finansowych? A na samej topce tych bezproduktywnych zajęć jest handel kryptowalutami. Wróć: to nie jest handel w klasycznym tego rozumieniu, tylko spekulacje. 

Entuzjaści bitcoina wierzyli, że Satoshi stworzył zamiennik pieniędzy emitowanych przez rządy, ale to nie pieniądze emitowane przez rządy bitcoin wkrótce zastąpił. Raczej wyparł hazard. (...) praktycznie każdy na świecie, kto wiedział jak korzystać z komputera, mógł handlować kryptowalutami o każdej porze każdego dnia tygodnia. Popyt na dobra spekulacyjne zachęcił ludzi do tworzenia setek nowych kryptowalut. Zazwyczaj sprzedawano je spekulantom jako inwestycję w jakieś nowe przedsięwzięcie, ale rzadko kiedy takie przedsięwzięcia miały jakąkolwiek rzeczywistą wartość. (...) Pierwotnie zaletą bitcoina było to, że wyeliminował on potrzebę korzystania z pośredników finansowych. usunął też z transakcji element zaufania. (...) Jak się okazało, ludzie, którzy postanowili wyeliminować pośredników finansowych, stworzyli nowych, między innymi 254 giełdy kryptowalut od początku 2019 roku. (...) instytucje, które założyli, wymagały od klientów jeszcze większego zaufania niż, powiedzmy, Nowojorska Giełda Papierów Wartościowych. Nowojorska giełda miała regulatorów. Gdyby ukradła wszystkie twoje pieniądze, jej kierownictwo trafiłoby do więźnia. (...) Nowe giełdy kryptowalut nie miały żadnych organów regulacyjnych. 
Owe giełdy kryptowalut działały do tego na granicy prawa, też z tego powodu, że prawo jak zwykle nie nadążało… I na końcu dziwnym trafem okazuje się, że żeby ta giełda kryptowalut działała, potrzebne jest… zaufanie XD  i to jeszcze większe, niż w tradycyjnym systemie, gdyż giełdy te nie są objęte przepisami, są prywatne, więc w zasadzie przelewasz forsę jakiejś firmie, czy kolesiowi, który w każdej chwili może się z nią ulotnić. 

W tradycyjnych finansach, opartych na zasadach zaufania, nikt tak naprawdę nie musi nikomu ufać. W obrotach kryptowalutami, opartymi na zasadzie nieufności, ludzie ufali nieznajomym, powierzając im ogromne sumy pieniędzy. 
Krypto wcale więc nie wyparły rządowego pieniądza, jak to było w zamierzeniu, a stały się jeszcze jedną formą hazardu, tudzież inwestowania. Nie ma z tego realnie nic pożytecznego (bo 99% ludzi inwestujących w krypto nie jest bynajmniej filantropami, a przypominają raczej smoka leżącego na skarbach). Prawda jest też taka, że dziś jedyną opcją, by zarobić na kryptowalutach jest ich odsprzedaż, a w tym celu tworzy się piramidy finansowe... Premiujemy zatem chciwość i hazard (co w dawnych czasach, w dawnej moralności było godne najwyższego potępienia - dawni powiedzieliby, że stworzony przez Boga człowiek z własnej woli stał się niewolnikiem tego, co Bogu przeciwne, a ze zła uczynił nawet swego bożka), tych ludzi interesuje tylko zarabianie pieniędzy, a nie “zmienianie świata”. Mała część z tych bogaczy nawet nie dba o te pieniądze, co jest jeszcze bardziej szalone. Wiecie, to ci co mają miliony, ale chodzą w obszarpanych ciuchach, żywią się kanapkami i nie mają nawet własnego domu. I to też był przypadek SBF. Dysonans poznawczy się pogłębia, jeśli ludzie nie za bardzo widzą spójność w zachowaniu takiego człowieka, który mówi jedno, a robi drugie. Chce ratować “ludzkość”, tylko że nie bardzo kwapi się, by kochać konkretnych ludzi (to samo, co w przypadku Elona Muska**). Np. ktoś wyraża troskę o świat i twierdzi, że inni ludzie się liczą, ale w praktyce okazuje im totalne lekceważenie, albo klasycznie wymaga od innych tego, czego nie wymaga od siebie samego. (Inna wersja: nierealistyczne wymagania od innych, bo “ja tak żyję” i brak zrozumienia, że inni mogą mieć inne priorytety). Współpracownicy SBF widzieli, iż: 

 - Był wymagający i oczekiwał, ze wszyscy będą pracowali po 18h dziennie i zrezygnują z normalnego życia, podczas gdy on nie pojawiał się na spotkaniach, nie brał prysznica tygodniami, tkwił w bałaganie, zostawiał wszędzie stare jedzenie i zasypiał przy biurku. (...) Nie zarządzał firmą i uważał, że jeśli ludzie mają jakieś pytania, powinni po prostu zwrócić się do niego. A potem podczas tych spotkań grał w gry video. 
Sam uważał, że jego zadanie polega na wysłuchiwaniu tego, co inni mają do powiedzenia, a jednak członkowie zespołu zarządzającego, podobnie jak prawie wszystkie inne osoby w start-upie czyli, że w ogóle ich nie słucha. 
Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że pracownicy skarżyli się na styl zarządzania SBF, ale jednocześnie podziwiali go jako szefa… Może dlatego, że - znowu wracamy tu do podstaw - cokolwiek by zrobił, lub nie zrobił, pieniądze na kontach się mnożyły. Pytanie, czy była to faktycznie zasługa jego geniuszu, czy raczej trafienia w dobrą koniunkturę. 
Wydatek rzędu kilku milionów był nie warty wspominania. Na waciki.  
Zatem geniusz czy złoczyńca? Manipulator czy wizjoner? Oto jest pytanie. Typowy nerd, z uzdolnieniami analitycznymi i matematycznymi oraz deficytami w sferze społecznej - nauczyliśmy się już, że tacy ludzie istnieją, więc nie jest to nic niezwykłego, jakkolwiek dziwaczne musi wydawać się zachowanie takiej osoby dla osoby "neurotypowej", np. brak dbałości o to, co sądzą inni, czy inni mnie lubią, etc. (autor kwestionuje jakoby SBF był autystykiem - jednak osoby w spectrum autyzmu też się różnią od siebie). Brak umiejętności odczuwania empatii, ale też uczuć generalnie sprawia, że to już jest nie autyzm ale raczej socjopatia. Problem polega, że SBF nie pasuje do żadnej z szufladek, w której kusi nas, żeby go wepchnąć. Bo czy socjopata twierdzi, że ludzie są ważni (a wszyscy liczą się tak samo)? Chłopak już jako kilkunastolatek przyjął filozofię utylitaryzmu, czyniąc swoim życiowym motto maksymalizowanie ludzkiego dobra. I tu wjeżdża efektywny altruizm, wedle którego najlepszą drogą na maksymalizację dobra jest zarabianie fury kasy (np. w bankowości) i przekazywanie jej potem na cele charytatywne. A jeśli tak, to jest to lepsza droga czynienia dobra, niż bezpośrednie pomaganie, np. jako lekarz, czy działaczka społeczna.*** Efektywni altruiści chcą “zmaksymalizować wartość swojego życia”, kierując się logiką, przeliczając wszystko na cyferki. Kiedy czytałam o tym podejściu, pojawiły się u mnie wątpliwości i rozważania z pogranicza filozofii, etyki i psychologii. Otóż człowiek nie jest istotą racjonalną, opierającą swoje zachowanie na kalkulacjach, niezależnie jak bardzo chcielibyśmy, by tak było. Nawet na podejmowanie pozornie racjonalnych decyzji mają wpływ emocje (czego często sobie nie uświadamiamy). Często czujemy, że rozum walczy w nas z "sercem". W polityce też chodzi o emocje, a nie o kalkulacje. A co jeśli, wdrażając EA w życie, pracujesz jako ten bankier, ale tego nienawidzisz i marzysz o czymś innym? Czy powinieneś to robić w imię dobra ludzkości? Nikt tego tak naprawdę od nas nie wymaga. I jak twoje niezadowolenie z życia wpłynie na innych? Nic dziwnego, że nasz bohater stwierdził, że zarabia kasę, którą przekazuje innym, ale wcale nie jest szczęśliwy. Dlaczego? No właśnie dlatego, że żeby być szczęśliwym nie wystarczy tylko sam altruizm i to jeszcze w postaci wyłącznie robienia przelewów. Jednym z wymiarów ludzkiego życia jest bowiem poczucie sensu, a ten sens nadaje nam m.in. nasza praca. A nie sam fakt zarabiania dużych pieniędzy (i to jeszcze mających formę tylko cyferek na koncie, których tak naprawdę nie można ich wypłacić). I paradoks polega na tym, że znacznie lepiej człowiek czuje się w sytuacji bezpośredniego działania, angażowanie się, współdziałania z innymi, kiedy widzi bezpośredni efekt, a nie po prostu będąc sponsorem czy darczyńcą. Inni ludzie również odbierają bezpośrednie zaangażowanie lepiej, nawet jeśli teoretycznie milioner-filantrop czyni o wiele więcej dobra...   Poza tym poczucie szczęścia podnosi efektywność, więc jeśli nie jesteś szczęśliwy w swojej pracy/życiu to szkodzisz idei EA. Kolejny paradoks. Właśnie o tym myślę, kiedy mówię, że ludzkiego życia nie da się sprowadzić do cyferek. Wreszcie: kiedy słyszę kolejnego miliardera z misją ratowania świata, za pomocą swoich pieniędzy, to niestety nie mam dobrych skojarzeń. Bo to zawsze jest czyjaś osobista wizja. Przekazujesz pieniądze na cele, które TOBIE wydają się istotne. Już nie wspomnę o tym, że pewnych problemów nie rozwiąże żadna ilość pieniędzy, bo nie ich brak jest przyczyną tych problemów. Weźmy zagrożenie wojną nuklearną, pandemiami albo katastrofą klimatyczną, a nawet głód na świecie. Nie brak pieniędzy stoi tu na przeszkodzie, a wola polityczna (i działanie szkodników podkopujących te cele), a gdyby była ta ostatnia, to dysponujemy wystarczającą ilością pieniędzy, by je rozwiązać.  Jeśli natomiast ludzie będą słuchać tyranów i demagogów, żadna ilość pieniędzy nas nie zbawi. To jest właśnie problem z posługiwaniem się czystą matematyką i ludźmi, którzy sprowadzają świat do matematyki. Poza tym nieprzejmowanie się tym, czy się ma milion dolców więcej czy mniej, w sytuacji kiedy ten milion ma “ratować ileś istnień ludzkich” też nie wygląda na spójne z filozofią EA. I generalnie wszyscy ci efektywni altruiści z tej książki wydawali się za bardzo zainteresowani pomnażaniem pieniędzy, a nie “ratowaniem życia ludzkiego”, skoro z tekstu nie dowiedziałam się nawet na jakie cele szła ta kasa. Jakoś też specjalnie nie widzę, żeby sytuacja na świecie się polepszała, wskutek wydatkowaniach ich pieniędzy (a jest wręcz przeciwnie). A zamiast opowiadać o przeliczaniu prawdopodobieństwa różnych sytuacji życiowych i kreowania się w ten sposób na geniusza, prościej byłoby powiedzieć, że życie po prostu nie jest zero-jedynkowe. 

Tym wszystkim ludziom, tj. Bankmanowi i jego akolitom, przydałaby się pomoc terapeuty, psychologa, ale oczywiście to nie było coś, co przychodziło im do głowy, tak samo jak dokształcenie się w kwestii zarządzania ludźmi. Po co, skoro ktoś uważa, że wszystkie teorie na ten temat to bzdury i w efekcie odkrywa potem Amerykę w tej dziedzinie… Zdumiewa mnie to, że nikt nie poszedł do psychologa z tak dziwnym dzieckiem, jakim był Sam, że jego rodzice - profesorowie uniwersyteccy! - tego nie zrobili. Zapewne SBF był produktem owego bezstresowego wychowania, w którym dziecku mówi się, że jest “wyjątkowe”, pompuje jego samoocenę, bez względu na to, czy na to zasługuje. Poza tym niedostosowanie społeczne to nie jest to samo, co wyjątkowość... Ostatecznie ludzie ci trafili na kozetkę z różnych przyczyn, ale raczej nie z tej, żeby chcieli pracować nad sobą i doskonalić swoje kompetencje społeczne, bo większości nie wydawało się to wystarczająco istotne (te bezsensowne rozmowy o uczuciach), tylko chcieli rozmawiać o pracy/interesach. Co TO o nas mówi? Że psychika jest nadal nieważna, zwłaszcza jeśli zarabiasz gruby hajs - wtedy wszystko jest ok, co nie? A podejrzenia, że coś jest nie tak mamy raczej w stosunku do osób finansowo niezaradnych. Tymczasem te bezużyteczne emocje wpływają na te, jakże ważne, interesy. W pewnym momencie Bankman ulotnił się z Hongkongu, gdzie działała jego firma i przekazał do niej, że nie wraca. Był to jednocześnie czas, kiedy jego dziewczyna bardzo naciskała na ujawnienie ich związku. Bankman oczywiście nie uznał, że miało to cokolwiek wspólnego z jego ucieczką i na świadomym poziomie pewnie tak było - pewnie sobie tego nawet nie uświadamiał. 

Przypadek FTX to nie jest typowa historia o jakiejś piramidzie finansowej i obrocie realnymi pieniędzmi. To jest przekręt na miarę XXI wieku: kryptowaluty, tokeny, pieniądze w chmurze. Wirtualna mamona, która powstała nie wiadomo z czego i nie wiadomo gdzie się rozpłynęła. Tak na dobrą sprawę nie wiadomo do końca, czy było to oszustwo, czy po prostu monstrualna niekompetencja, tak jakby tymi pieniędzmi obracały dzieci, bawiąc się w sklep.  A cały wszechświat ważnych dorosłych umożliwił [tym dzieciom] działalność i jej sprzyjał, nie regulując jej, nie nadzorując, ani nie kwestionując. Z książki Lewisa wynika, iż pracownicy firm SBF byli ludźmi o niewiadomych kompetencjach. I nie wiadomo czym się zajmowali w tych firmach. Wielu z nich było zafiksowanych na technologiach geekami, nie interesujących się niczym poza tym. Nikt nie kontrolował ogromnych przepływów ani wydatków, pieniądze się gubiły (a potem w magiczny sposób znajdowały…). Sam Bankman był gościem, który “nie znał się na pieniądzach”, ale obracał miliardami. Jeden wielki burdel - tak najkrócej trzeba by określić firmy i finanse SBF.  Osoby z zewnątrz, które prowadziły śledztwo po upadłości FXT zupełnie się na tym nie znały i nie potrafiły zrozumieć, co się faktycznie wydarzyło i myślę, że Michael Lewis ogarnął to lepiej od nich. Acz przyznaję, że spora część książki, poświęcona działaniu tego biznesu, finansów różnych dziwnych mechanizmów finansowych - była dla mnie mało zrozumiała, gdyż po prostu nie interesuję się tym. Poza tym jednak jest druga strona tej pozycji, w której autor opowiada jakim człowiekiem był SBF, jakie były jego relacje z innymi, jakie wartości wyznawał - co z kolei było dla mnie fascynujące. Ilekroć w czytaniu tej książki dochodziłam do jakiegoś wniosku na temat tego człowieka, autor serwował jakieś fakty, które temu przeczyły. Zresztą, ponoć nawet terapeuci też nie byli wstanie zrozumieć “skomplikowanej osobowości” Bankmana-Frieda. Nie ogarniał, ale jednak przekonał innych, że ogarnia? Ale skoro potrafił być taki przekonujący, to czemu na sali sądowej znowu stał się rozkojarzonym dzieciakiem?

Prawdziwy SBF potrafił być oszałamiająco przekonujący. Nie bez powodu tak wielu bystrych zawodowych inwestorów i traderów powierzyło mu miliardy dolarów. Sam Bankman-Fried stojący na miejscu dla świadków zachowywał się tak szokująco, że ława przysięgłych zapewne się zastanawiała, jakim cudem ktokolwiek niespełna rozumu kiedykolwiek powierzył mu satoshi. 
Czy SBF był rozkojarzonym, ale w pewien sposób genialnym dzieciakiem, dla którego to była po prostu gra, czy też miakiawelicznym oszustem, a FXT “złożonym schematem przestępczym”? Znowu wybór zero-jedynkowy, a prawda zapewne leży pośrodku. Musicie to rozważyć sami. Pod koniec książki staje się jasne, czemu nie powinniśmy polegać na obietnicach geniuszów, żyjących w swoim własnym świecie (i nie usprawiedliwiać ich niezrozumiałego albo nieakceptowalnego zachowania “geniuszem”). To jest też historia o nas, o tym, że jesteśmy tacy zdesperowani, żeby pomnożyć swój stan konta o jakieś absurdalne kwoty, że powierzamy swoje pieniądze ludziom kompletnie niewartym zaufania. 

Metryczka: 
Gatunek: reportaż
Główny bohater: Sam Bankman-Fried
Miejsce akcji: USA, Hongkong
Czas akcji: współcześnie
Ilość stron: 440
Moja ocena: 5/6
 
Michael Lewis, Dążąc do nieskończoności. Wzlot i upadek króla kryptowalut, Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2025 

*A potem jest zdziwienie, że zupełnie nie ogarniają życiowych spraw i zarządzania ludźmi (i bierze się do tego kobiety).

**Sam B-F powiedział o EM “to dziwny koleś”. Przyganiał kocioł garnkowi XD 

***za efektywnym altruizmem opowiada się też William McAskill w książce o longterminizmie

Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później