Domek na wsi. Cisza, spokój, kopanie w ogródku zamiast korków w mieście. Marzenie wielu mieszczuchów. Nie bierzemy raczej w tych wizjach pod uwagę, że przeprowadzimy się na zadupie, gdzie nic nie będzie się działo, brak pracy, a do najbliższego sklepu czy przychodni będziemy mieć 20 km. Rzecz jasna bez samochodu ani rusz, bo autobus jeździ dwa razy dziennie: rano i popołudniu. O ile w ogóle jeździ. Takie realia są dobrze znane na polskiej prowincji, ale jak się okazuje na wsi w Brandenburgii, w bogatych Niemczech (ale zawsze w tej biedniejszej, bo wschodniej części) wygląda to mniej więcej tak samo. Jednak brak transportu, czy sklepu, to jedno, ale co jeśli okaże się, że otaczają nas, hmmm, skrajni prawicowcy, by nie rzec wprost - rasiści lub faszyści? Podejrzewam, że o tym, jakich ludzi możemy spotkać tam, gdzie się przeprowadzamy, jakie mają poglądy i którą opcję polityczną popierają - w ogóle nie myślimy. 

Z reguły jest to typowe: ludzie na wsi są bardziej konserwatywni, i religijni, podczas gdy miasto kojarzone jest z postępowością, aktywnością, bastionem lewicy. Tego typu zderzenie dwóch światów w humorystyczny sposób jest przedstawione np. w serialu Ranczo - młoda, wykształcona i obyta w świecie Amerykanka napotyka na typowo polską wiejską zaściankowość. Jakże prawdziwe, ale mimo wszystko w filmie ujęte jest to w konwencji komediowej, gdy tymczasem w realiach może to budzić poważne konflikty. W tej powieści początkowa radość i ulga młodej uciekinierki z Berlina zamienia się w konsternację, kiedy odkrywa ona nieuroki życia na wsi i uświadamia sobie, że przeprowadziła się na tereny, które masowo głosują na AfD (i to nawet ludzie, którzy teoretycznie wcale nie są typowymi wyborcami tej partii), a przede wszystkim, że jej sąsiadem jest mężczyzna, przedstawiający się jako “wioskowy naziol”. I jak właściwie to rozumieć? Julie Zeh opisuje dylematy, przed którymi staje bohaterka, jej zdziwienie, kiedy poznaje także pozostałych sąsiadów i to, jakie relacje między nimi panują. 

Wśród sąsiadów nie jest lekką powieścią komediową, jak Ranczo, zwłaszcza, że pojawia się w niej bardzo smutny wątek, lecz styl autorki sprawia, że trudno tę książkę traktować zupełnie na poważnie. Nie da się zaprzeczyć, że Wśród sąsiadów jest właśnie tym, co autorka sama gdzieś tam w treści określa jako “dowcipny dyskurs na temat współczesnego stylu życia”. Podejmuje ona problem rosnącej popularności partii skrajnie prawicowych, szerzących już nie tylko niechęć w stosunku do imigrantów, ale też poglądy, które jeszcze do niedawna wydawały się nam niedopuszczalne (nazizm) lub też tych, które, dla odmiany, jeszcze do niedawna były raczej normalne, ale dziś są społecznie nieakceptowalne, jak rasizm. Drugą ważną sprawą, wywołującą polaryzację społeczną jest kwestia zmian klimatycznych, transformacji energetycznej i kosztów oraz ewentualnych wyrzeczeń, jakie się z tym wiążą. Widać w tej narracji spory dystans, i do tej mentalności wiejskiej, jak i do mieszczuchów: te dwie perspektywy tradycyjnie się tu ścierają. Dodać trzeba, że Wśród sąsiadów jest powieścią pandemiczną, więc otrzymujemy tu też uwagi na temat dyskusyjnej nieraz polityki rządu, obowiązujących restrykcji i codzienności życia w tamtym czasie.  Wygląda to tak, jakby autorka próbowała niejako oswoić te kawałki naszej rzeczywistości, które są dla nas niekomfortowe - jak np. świadomość, że istnieją wśród nas ludzie o poglądach, które nie mieszczą się nam w głowie. Ograć te nasze strachy i lęki. Padają na przykład rasistowskie dowcipy, i to takie, że no, naprawdę wstyd, np. Kawa jest tak czarna, że zaraz zacznie zbierać bawełnę.……. 😳I co? I świat się nie skończył. Bohaterka na początku jest tym wszystkim zszokowana, ale stopniowo zaczyna jakoś to przetwarzać i przełamywać swoje uprzedzenia, rozumieć, że 1. to wszystko nie jest takie proste, 2. to wszystko nie jest takie straszne, na jakie to wygląda. 

Dora zadomawia się więc we wsi i zaprzyjaźnia ze swoimi sąsiadami. Na pewno autorka daje przyczynek do zastanowienia się nad perspektywą tzw. “zwykłego” człowieka, który czuje, że jego dochody są zagrożone, bo rząd wprowadza jakieś mało zrozumiałe regulacje w imię Zielonego Ładu (typowo: protesty rolników), a jednocześnie ludzie bogaci, elity i korporacje zupełnie się tym nie przejmują, więc koszty transformacji ponoszą jak zwykle najubożsi. Trudno się z tym nie zgodzić, że nie powinno to tak wyglądać. Jest to więc opowieść z gatunku tych, które bardzo lubię: pokazuje, że rzeczywistość jest skomplikowana, a nie czarno-biała, że niewłaściwe jest ocenianie po pozorach, że ludzie mają wiele warstw, że bliźni naprawdę mogą nas zadziwić - i na plus, i na minus też. Poruszane problemy też brzmią jak raz jak książka idealna dla mnie (choć znowu - nie miałam pojęcia, że będzie tu coś o zmianach klimatycznych - przysięgam, trudno po prostu od tego tematu uciec we współcześnie tworzonej literaturze). Plus bardzo łatwo to przełożyć na polskie realia, bo akcja powieści dzieje się tuż “za miedzą”, duże polskie miasta kosmopolityzmem doganiają Zachodnią Europę, a z kolei polska prowincja pełna jest osób wyznających skrajnie prawicowe poglądy. Co więcej - sąsiad to pikuś, co jeśli macie taką osobę w rodzinie? Jeśli jest to wasz brat, kuzyn, siostrzeniec? Albo poczciwa ciocia nagle na imieninach wypala z jakąś nienawistną uwagą wobec Żydów, Ukraińców, Ciapaków, etc… wstaw dowolne. Rosnąca polaryzacja, przepaść wręcz dzieląca ludzi o przeciwstawnych poglądach politycznych, nawet rodziny, martwi od dawna rozsądne osoby w całym zachodnim świecie. Myśl, by pokazywać, że po obydwu stronach tej barykady są tak naprawdę “zwykli” dobrzy ludzie, z którymi można się dogadać, zamiast na wejściu budować mur - jest oczywiście słuszna, choć niezbyt odkrywcza. Tym niemniej, zastanawiałam się, czy nie poszło to aby jednak w złym kierunku nadmiernego relatywizmu, a autorka nie popełniła błędu, który często zarzucają lewicy osoby o prawicowych poglądach - że lewica staje się tak bardzo tolerancyjna, że toleruje osoby tak nietolerancyjne, które gdyby mogły, to utopiłyby tę tolerancyjną lewicę w łyżce wody. Czyli mamy tu do czynienia z paradoksem tolerancji Karla Poppera, w której społeczeństwo lub jednostka – w imię absolutnej wyrozumiałości i wolności – toleruje zachowania lub idee bezgranicznie, w tym skrajną agresję, nienawiść i dążenie do odebrania wolności innym, co w efekcie prowadzi do tego, że osoby nietolerancyjne to wykorzystują, przejmują władzę i odbierają innym wolność i prawa, których to tolerancyjne społeczeństwo tak broniło. I wydaje mi się, że Juli Zeh wpadła w tę pułapkę jak śliwka w kompot. W tej powieści widzimy ludzi reprezentujących różne poglądy, w tym te ww. nieakceptowalne i przesłanie, jakie z tego płynie jest takie, jakby to było “też ok”, bo “to też ludzie”. A w ogóle, to okazuje się, że tego typu poglądy są usprawiedliwione, bo ludzie ci doświadczają “prawdziwych problemów”, nie jak te rozpieszczone mieszczuchy wykształciuchy. A Julie Zeh pokazuje więc, że elity w Berlinie patrzą z góry na "zwykłych ludzi" żyjących na prowincji, uważając ich za idiotów, podczas gdy ci ludzie po prostu chcą rozwiązania przyziemnych, życiowych problemów, a nie ideologii... Problem w tym, że jest to język, którym mówi AfD (i inne partie skrajnie prawicowe). 

Zacznijmy od kwestii “mniej kontrowersyjnej”, czyli postawy wobec zmian klimatycznych i ekologii. Główna bohaterka prezentuje tu tzw. postawę środka, typową chyba dla większości naszego zachodniego społeczeństwa: owszem, zmiany klimatyczne ją martwią, nie neguje potrzeby działań ekologicznych, ale, wiecie, no, bez przesady - “nie dajmy się zwariować”. Czyli mogę coś zrobić tak długo, jak nie jest to dla mnie zbyt kłopotliwe: segregacja śmieci co do zasady jest słuszna, ale już kiedy trzeba podejść do butelkomatu to zaczyna się litania problemów, typu “nie mam miejsca w domu na te butelki”, “robią ze mnie śmieciarza”, “voucher za butelki jest ważny tylko pół roku”. Autorka wkłada w usta bohaterki szereg dobrze znanych w tym temacie wymówek, typu “dlaczego ja mam się wysilać, skoro korporacje się nie ograniczają i tak naprawdę ja nic nie mogę”. Lub też wytykanie osobom próbującym żyć ekologicznie, że żyjąc w systemie, który z całych sił to utrudnia, nie są w tym, co robią idealni (aha, kupujesz ciuchy na Vinted ale co ze śladem węglowym przesyłki?). To tzw. zdroworozsądkowe podejście Dory jest podkreślane tym bardziej, że jej partner jest w ekologię bardzo zaangażowany, co niestety jest ukazane w pejoratywnym świetle - Robert jest jakimś fanatykiem, zafascynowanym Gretą Thunberg, a Dora jest tym już tak zmęczona, że ostatecznie ucieka od niego na wieś. I wiecie, ukazywanie ludzi, którym na sercu leży ochrona klimatu jako świrów nie pomaga. To jest raczej prawicowa zagrywka, a w ogólnym rozrachunku jest to strzelanie sobie w stopę przez ludzkość. Jakkolwiek fanatyczni nie byliby ekolodzy, to nie oni są obecnie problemem, tylko ci, którzy podgrzewają i zaśmiecają nasz wspólny dom. Analogicznie, postawa Dory wobec tego problemu jest jest taką postawą typu “na złość babci odmrożę sobie uszy”. I jest tu taka scena - właśnie z segregacją butelek, kiedy kobieta celowo ich nie segreguje lub segreguje je źle, co jest opisane jako reakcja na presję ze strony partnera i ogólnie stres w życiu. Czyli coś na kształt cięcia się, zatem zachowania autodestrukcyjnego. Tyle tylko, że tego typu autodestrukcja “środowiskowa” jest szkodliwa nie tylko dla osoby, która tego dokonuje, ale dla nas wszystkich. Jasne, nie może być tak, że koszty środowiskowe ponoszą zwykli ludzie, nie rozumiejąc właściwie dlaczego, bo brak jakiejkolwiek edukacji w tym temacie, korporacje nadal przerzucają te koszty na nas, a bogacze nadal sobie latają prywatnymi samolotami. Ale zaprzestanie działań prośrodowiskowych czy poluzowanie regulacji nie rozwiąże problemu. Wręcz przeciwnie. Udawanie, że się nie jest chorym i nieleczenie się też nie sprawia, że zdrowiejemy, prawda? Bo kryzys klimatyczny nie jest problemem światopoglądowym, tylko istnieje niezależnie od tego, co różni ludzie myślą na ten temat.  To nie jest też jakaś gra, którą może wygrać prawica albo lewica. I problem ten nie zniknie jak przestaniemy o tym rozmawiać. To jest droga donikąd, bo kłótnie ludzi na ten temat są tylko tematem zastępczym, na którym - obawiam się - korzystają ci, co zawsze. A za naszą niechęć do dziś stosunkowo drobnych niewygód, zapłacą nasze dzieci i wnuki. Zgoda jest krytycznie potrzebna - ale po to, żebyśmy zaczęli wszyscy solidarnie przejmować się ekologią, a nie żeby usprawiedliwiać brak postawy proekologicznej. 

Druga sprawa - i chyba gorsza - rasizmu i nazimu. Tolerancja tolerancją, ale trzeba zdać sobie sprawę, że to nie są tylko jakieś tam poglądy, które ktoś może sobie mieć i być w gruncie rzeczy nieszkodliwym człowiekiem. Trzeba sobie uświadomić, że naziści wywołali straszną wojnę, w której zginęły miliony ludzi. W imię tej ideologii. Nie bez powodu po wojnie została ona zakazana, to nie są do cholery tylko “jakieś uprzedzenia”. I mordercami okazywali się właśnie tacy “zwykli dobrzy ludzie” - porządni obywatele, hodujący kwiatki w ogródkach, urzędnicy i nauczyciele, kochający ojcowie.  To jest właśnie owa “banalność zła”, o której pisała Hannah Arendt, a niestety Julie Zeh najwyraźniej ten “szczegół” umknął. Rasizm też był - i nadal jest - przyczyną ogromnych krzywd i dyskryminacji. Wprawdzie Dora potępia rasizm, ale zrozumienie perspektywy osób czarnych byłoby dla niej tak naprawdę trudne, skoro jest ona przedstawicielką grupy de facto uprzywilejowanej: jest białą, heteroseksualną i stosunkowo dobrze sytuowaną kobietą, członkinią zachodniego społeczeństwa. A co byłoby gdyby była czarna, była imigrantką lub lesbijką? I znalazła się na tej wsi? Pewne rzeczy po prostu są nieakceptowalne i kropka, nie możemy ich zrelatywizować, nawet jeśli sprawca tych zachowań czy wyznawca poglądów, po głębszym poznaniu, budzi w nas sympatię (albo współczucie).

Styl Juli Zeh cechuje się prostotą i elegancją, taką umiejętnością wyrażania nieprostych idei w dość prosty sposób, przez co jej powieści są bardzo przyjemne w lekturze. Nie znaczy to, że są one banalne, bo Juli Zeh pisze świetnie i błyskotliwie komentuje naszą rzeczywistość. Nie na darmo jest jedną z najbardziej cenionych współczesnych niemieckich pisarek. I tego, że ta książka jest dobra pod względem literackim nikt raczej nie kwestionuje. Tyle, że tu coś poszło bardzo nie tak w aspekcie przesłania. Oryginalny tytuł tej powieści brzmi Über Menschen, co ma dwuznaczny wydźwięk, bo może znaczyć zarówno “O ludziach”, jak i odnosić się do nietzscheańskiej/nazistowskiej koncepcji Nadczłowieka…. Dodatkowo poprzednia powieść Zeh, o zbliżonej tematyce, miała tytuł Unterleuten, a w tej powieści pada zdanie "W Bracken jest się wśród ludzi (unter Leuten). Tam nie da się już tak łatwo wznieść ponad ludzi (über die Menschen erheben)". Więc tytuł ten może również odnosić się do wynoszenia się nad innych ludzi, oceniania ich z góry, bez głębszego ich poznania. Dodatkowo powieść nawiązuje do filozofii Martina Heideggera i by było jeszcze ciekawiej do jego zbioru esejów Holzwege, co można tłumaczyć jako “leśne dukty” tudzież “drogi donikąd”. Co świetnie pasuje do tego, co zrobiła Juli Zeh. We Wśród sąsiadów autorce udaje się zasiać w głowie czytelnika niezły ferment, tylko moim zdaniem Zeh sama się pogubiła na tych leśnych duktach i wiejskich drogach. Zapoznałam się z niemieckimi opiniami o tej książce i niemieccy czytelnicy są tu znacznie bardziej krytyczni, niż polscy, pisząc nawet że są wstrząśnięci czy oszołomieni. Ciekawe, bo chyba powinno być odwrotnie. Sama najpierw oceniłam tę powieść bardzo wysoko, ale po głębszym przemyśleniu stwierdziłam, że Herrgott nochmal, coś mi tu nie pasuje. Można starać się poznać drugiego człowieka, i zrozumieć co sprowadziło go na drogę nietolerancji, przemocy, nienawiści do innych - ale to nie znaczy, że mamy te zachowania usprawiedliwiać i tolerować w imię jakiejś błędnie pojmowanej “wolności”. Bo “przecież każdy kogoś nienawidzi”. I ta powieść powinna być potraktowana jako przestroga przed wpadnięciem w tego typu pułapkę. Tym bardziej, że ledwie kilka dni temu media obiegła informacja, że Afd wygrała wybory w Saksonii, co wywołało duży niepokój na polskiej i europejskiej scenie politycznej. 

Metryczka: 
Gatunek: powieść 
Główni bohaterowie: Dora, Gote i inni
Miejsce akcji: wieś w Brandenburgii
Czas akcji: współcześnie 
Ilość stron: 368
Moja ocena: ? za styl 6, za wymowę pała 
 
Juli Zeh, Wśród sąsiadów, Wydawnictwo Sonia Draga, 2023

Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później