• ...umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować swoją ostrość...

    Obietnica Łucji - niech nasza bajka trwa


    Bardzo się tu ponuro coś zrobiło, i tematycznie, i wizualnie, a tu wiosna idzie, czas więc się rozweselić. 


    Nowa mistrzyni literatury obyczajowej - entuzjazmuje się wydawca na okładce Obietnicy Łucji - jak można nazywać mistrzem kogoś, kto dopiero debiutuje? - zastanawiam się...  Książka zachęca do przeczytania przepiękną okładką (naprawdę - na pewno będzie się wyróżniać w księgarni), o czym nie omieszkuje wspomnieć żadna szanująca się blogerka. Wspominam więc i ja. Jakkolwiek do treści podchodzę z jakąś taką nieufnością, sparzona na wielu babskich czytadłach, to mam nadzieję, że jednak tym razem będzie inaczej, że otrzymam coś świeżego, oryginalnego. 

    ziemia nadal uwalniała ze swojego wnętrza łzy radości jako wyraz uwielbienia dla wiosny 

    Łucja to 40-letnia kobieta (widać, że społeczeństwo się starzeje - kiedyś w literaturze kobiecej dominowały 30-latki, teraz coraz więcej jest 40-latek z ciągle nie poukładanym życiem), która rozczarowana swoim życiem, rzuca wszystko i wyjeżdża do małej wioski w podkarpackim, by uczyć w szkole. Tam zaprzyjaźnia się ze śmiertelnie chorą kobietą, obiecując jej, że zaopiekuje się jej córką Anią i odnajdzie ojca dziewczynki. Brzmi sztampowo? Bo takie jest. Motywy ucieczki na wieś, śmiertelnych chorób i osieroconych dzieci są w polskiej literaturze dosyć popularne... Pół biedy, że sztampowo, ale Obietnica Łucji, to książka zupełnie, ale to zupełnie odrealniona. Kolejna bajka dla dorosłych pań - i jeśli napisałam tak o Pierwszej na liście, to w porównaniu z Obietnicą Łucji może się ona schować. To jest książka, którą czytając wiemy po prostu, że nic z tego, co zostało tam opisane nie ma prawa  wydarzyć się naprawdę. Wioska Różany Gaj, gdzie zakotwicza Łucja, to raj na ziemi, gdzie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozwiązują się problemy i spełniają marzenia. Zamieszkują go sami życzliwi ludzie, z którymi natychmiast zaprzyjaźnia się bohaterka. Nie ma ona oczywiście żadnych kłopotów z adaptacją w nowym środowisku, może poza źle dobranymi do aury kozaczkami. W ogóle Łucja nie ma prawie żadnych kłopotów, chyba że dokucza jej zły humor lub narzucający się wuefista. Od czasu do czasu tylko ociera łzy, wspominając swoje trudne dzieciństwo i poczucie bycia niekochaną, co rekompensuje sobie teraz roztoczeniem opieki nad Anią. Trudy życia na wsi jej nie dotykają, bo została zakwaterowana u emerytowanej nauczycielki, która podsuwa jej ciepłe bułeczki na śniadanie (za darmo??). Dzieci w szkole, gdzie uczy nie wrzeszczą, nie biją się, nie sprawdzają Facebooka na lekcjach, tylko grzecznie siedzą, zapisując to, co mówi pani nauczycielka i kulturalnie z nią konwersując. Ania już w ogóle bije rekordy grzeczności - to dziecko, dojrzalsze od swojej opiekunki, całe dnie spędza ćwicząc gamy na fortepianie. Nawet nie płacze po mamie, bo dawno już pozwoliła jej odejść. Pojawia się w powieści nawet postać, pełniąca rolę kogoś w rodzaju.... dobrej wróżki. Czekałam jeszcze tylko na krasnoludki i elfy. W końcu ktoś musi ten śnieg odgarniać i palić w piecu.

    Czuła każdą komórką ciała, że muzyka Tomasza znów ją uwiedzie, odurzy jej zmysły

    O czym zatem ta książka jest, skoro wszystko jest tu takie idealne? Ano oczywiście o miłości. Płomiennym uczuciu, miłości niespełnionej, miłości zakazanej, miłości do dziecka - miłość we wszystkich możliwych odmianach króluje na kartach książki, pojawiając się prawie w co drugim zdaniu. Im dalej w las, tym więcej... miłości rzecz jasna. Pojawia się mężczyzna, a przebieg zdarzeń jest aż nadto przewidywalny, choć w bardzo staroświeckim stylu. Są przeciągłe spojrzenia, ukradkowe uściski, pocałunki w... rękę, zachwyty nad pięknem jego oczu, czy uczuciem, które on wkłada w grę na fortepianie. A ja zastanawiałam się, czemu dorosła kobieta (rozwódka przecież, nie dziewica) nie zachowuje się w stosunku do mężczyzny jak... dorosła kobieta, tylko jak zakompleksiona nastolatka, lub heroina z XIX-wiecznych romansów. Ze swoim adoratorem bohaterka toczy co najwyżej poważne rozmowy i spogląda w rozgwieżdżone niebo. Może dlatego, że Łucja jest do bólu stereotypowa: delikatna, wrażliwa, opiekuńcza, z sercem na dłoni. Marzy tylko o miłości i rodzinie, ale w stosunku do mężczyzn jest stosownie nieufna. Dlatego na początku znajomości stawanie w pąsach na jego widok i opieranie się jego awansom są obowiązkowe. Łucja zostaje zatem przypisana do tradycyjnych kobiecych ról: matki, żony, opiekunki. Nawet jej zawód jest tradycyjny. Nie lubi rocka, ani sportu. Ma zero dystansu do siebie i poczucia humoru. Nawiasem mówiąc, taki wizerunek Łucji nijak nie pasuje do "poprzedniego" życia bohaterki, w którym była ona rzekomo odnoszącą sukcesy bizneswoman. Nie pasuje też do tego, jak Łucja myśli sama o sobie: Nie lubiła mówić o sobie. (...) była chłodna i wycofana - informuje nas narrator. A może tylko taki obraz siebie stworzyła w umyśle? Może tak naprawdę była otwarta i pomocna? Zaraz, zaraz, osobowość, to nie jest coś, co możemy sobie "wymyślić" - to tak nie działa. To w końcu jaka jest Łucja? Skryta i nieśmiała (co jednak nie przeszkadza jej zaprzyjaźnić się w jeden dzień z połową wioski), czy ciepła i otwarta? Widać zatem, że bohaterka jest postacią niespójną.

    Czy nadal uważasz, że w twoim życiu nic się nie zmieniło, a ty nie robisz żadnych postępów?

    Paradoksalnie nie żałuję czasu spędzonego na lekturze Obietnicy Łucji, bo powieść ta skutecznie pobudziła u mnie myślenie: co chwilę odzywał mi się brzęczyk z pytaniem: ale jak to? Wiecie, taki wielki znak zapytania nad głową. Nie tylko bohaterka jest niespójna - w książce roi się od błędów logicznych i merytorycznych, nieścisłości i sprzeczności. I nie to, że szukam dziury w całym, ale one aż kłują w oczy. Zaczyna się od tego, że bohaterka ma rzekomo osobowość typowej introwertyczki, nie lubi być w centrum uwagi, nie wie jak rozmawiać z dziećmi, ale lubi harmider, jaki panuje w szkole i pracę nauczyciela.... Zaraz potem zaczęłam się zastanawiać, jak u licha ona w ogóle dostała tę pracę: w książce jest wzmianka o ogłoszeniu w prasie, ale kto, szukając pracownika w małej miejscowości na Wschodzie Polski, daje ogłoszenie do prasy ogólnokrajowej, tak, że może przeczytać je ktoś we Wrocławiu? Pomijam już fakt, że nasza bohaterka mając mizerne doświadczenie zawodowe, posadę dostała nawet bez rozmowy kwalifikacyjnej, a pracę zaczyna z marszu, bez żadnego wcześniejszego przygotowania... Wytłumaczenie tego, że właścicielka nieźle prosperującej firmy, z wypasionym apartamentem we Wrocławiu nagle rzuca wszystko w diabły, by zaszyć się tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, też wydało mi się mało przekonujące. A jak Łucja dostaje się do Różanego Gaju? Otóż sprzedaje samochód (bo po co samochód na wsi), wsiada w pociąg, jedzie, jedzie, dziewięć godzin, ale to nic, w końcu wysiada na stacyjce w naszej wiosce... Tu już zaczęłam się śmiać, bo pamiętam swoją wyprawę do Rymanowa. Tak się składa, że pociągi w Podkarpackim to zjawisko tak rzadkie, że dla tamtejszych dzieci są atrakcją turystyczną - można dojechać pociągiem do Rzeszowa lub Przemyśla, ale na pewno nie do jakiejś zapadłej mieściny. Jeszcze większy śmiech mnie zdjął, gdy przeczytałam, że autobusy między Różanym Gajem, a pobliskim miasteczkiem (w którym nota bene jest kino i nawet teatr) kursują co kilkanaście minut... Akcja Obietnicy Łucji rozgrywa się chyba w jakiejś alternatywnej Polsce! W Polsce po drugiej stronie lustra. Nie wiem za bardzo, co o tym myśleć, bo z jednej strony pisarz ma prawo przecież popuścić wodzy fantazji, ale z drugiej, pisząc powieść obyczajową, a nie fantasy, powinien trzymać się jakichś realiów. Tymczasem w Obietnicy Łucji, jak to w bajce: ważne jest, że coś się dzieje, ale czemu i jak to się dzieje - nad tym już nikt się nie zastanawia, logika jest nieważna. Weźmy teraz męskiego bohatera książki, Tomasza, ojca Ani, który jest znanym (a nawet genialnym, jak czytamy w blurbie) pianistą, ale tak znanym, że nikt o nim w Różanym Gaju nie słyszał. Ok, w końcu to wioska, a informacje kulturalne w takie miejsca słabo docierają, choć z drugiej strony, w tej wiosce to sami artyści mieszkają... Anyway, Łucja otrzymuje za zadanie odszukać Tomasza i biedna... nie wie zupełnie jak się do tego zabrać. Nie słyszała o Internecie i Facebooku. Autorka rozwiązuje ten problem za bohaterkę, bo Tomasz po prostu materializuje się na jej drodze. Wszyscy widzą, że Ania jest podobna do niego, jak dwie krople wody i znają prawdę, ale Tomasz się oczywiście niczego nie domyśla, choć z matką Ani łączyło go niegdyś "płomienne uczucie". Ale zaraz, skoro to było takie płomienne uczucie, to czemu Ewa została sama, a Tomasz nawet nie wie, że ma dziecko? W pewnym momencie Łucja i Tomasz rozmawiają sobie o... miłości, a on stwierdza, że jego serce jest spokojne - nie szuka teraz miłości. Czytaj: jestem do wzięcia i zainteresowany. Pal sześć, że gość ma dziewczynę i że ta dziewczyna za chwilę do niego dzwoni, a on podrywa się i wybiega, ustawiony przez nią do pionu. No to jest zajęty, czy nie? Jest z laską, ale tak tylko na niby? We mnie ktoś taki nie wzbudziłby zaufania, lecz Łucja się nad tym nie zastanawia. Zabawne jest też cudowne nawrócenie Adeli i rozmowa, w której Łucja przemawia do kobiety będącej czarnym charakterem tej powieści, jak nauczycielka (sic!) do niegrzecznego dziecka.  Eh, mogłabym tak jeszcze długo.

    Ona została naznaczona muzyką już wtedy, kiedy oddałaś swą duszę miłości Tomasza

    Im bardziej się zagłębiałam w lekturę, tym większe było moje podejrzenie, że Obietnica Łucji jest godną kontynuatorką harlequinów pani Ficner-Ogonowskiej, z owym podkreślaniem nadrzędnej roli rodziny, macierzyństwa oraz tradycji. Wszystko to jest niemożliwie przesłodzone, lukier wylewa się z tej powieści hektolitrami. Widać, że autorka jest romantyczką i marzycielką, co przejawia się nie tylko w wierze w potęgę miłości, ale również w tekście przepełnionym poetyckimi zwrotami, patosem i - niestety - komunałami. Przydałoby się trochę zejść na ziemię. Myślałam, że skoro Łucja jest historyczką, to jakąś rolę odegra tu wątek zabytkowego pałacyku znajdującego się we wsi, ale jest on tylko dekoracją dla romantycznych uniesień. Tak samo zresztą jak muzyka. Nie podobało mi się też to, że autorka myśli za czytelnika: wszechwiedzący narrator tłumaczy mu co czuje bohaterka.  Zawsze gdy czytam książkę napisaną w ten sposób, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coś tu nie gra.

    malinowe promienie malowały wierzchołki co wyższych świerków i modrzewi na piękny kolor miłości

    Trzeba autorce oddać, iż ma lekkie pióro - książka napisana jest na pierwszy rzut oka ładnym (acz trochę niedzisiejszym) językiem, lepiej zapewne, niż powieści wielu już znanych polskich pisarek. Na drugi rzut oka widać, że Gąsiorowska nadużywa przymiotników i przysłówków (pamiętacie, że Stephen King mawia, iż droga do piekła wybrukowana jest przysłówkami), a gdzieniegdzie zgrzyta na polu stylistyczno-gramatycznym. Weźmy takie zdanie: 

    Nie była w stanie grać przed tą młodą kobietą, która wydawała się jej rówieśnicą - co właściwie autorka chce powiedzieć: że bohaterka jest jeszcze młoda, czy że ta druga kobieta jest jej rówieśnicą? Czegoś tu chyba jest za dużo: albo przymiotnika "młodą", albo drugiej części zdania.

    albo

    Wiedziała, że nie może jej zawieść, której ziemski czas się kurczył

    To jednak jest też robota dla redaktora i korektora, podobnie jak błędy ortograficzne, które wyłapałam.

    Wiedziała, że teraz do Różanego Gaju już na zawsze zawitało szczęście.

    Obietnica Łucji jest książką o zdecydowanie małym ciężarze gatunkowym, nie sprawiającą żadnego wysiłku podczas lektury. Co należy zaliczyć do jej zalet: nie nudzi. Przyjemnie bierze się ją do ręki i przewraca kolejne strony. Świetnie nadaje się na czasoumilacz do pociągu, albo na wakacje. Jestem pewna, że sięgnie po nią wiele kobiet i będą one nią oczarowane. Że nie będą się one zastanawiać nad logiką i prawdopodobieństwem zdarzeń, bo ważniejsze będą dla nich emocje oraz wiara w to, że los czasem pomaga, kiedy wszystko wydaje się nam walić na głowę. Moja ocena tej powieści w kategoriach "szkiełka i oka" nie będzie mieć dla nich najmniejszego znaczenia. Ja po prostu nie jestem targetem dla tego typu książek. Gorzka prawda jest jednak taka, że świat, w którym takie książki święcą triumfy jest ciągle zimnym i nieprzyjaznym miejscem dla kobiet, które ciągle mają "pod górkę" i muszą rekompensować to sobie uciekaniem w świat fantazji. Nawet mi Obietnica Łucji poprawiła ona humor; nie wiedzieć czemu przy jej czytaniu przyczepiła się do mnie ta piosenka: 


    Metryczka:
    Gatunek: powieść obyczajowa
    Główny bohater: Łucja
    Miejsce akcji: Polska
    Czas akcji: współcześnie
    Ilość stron: 427
    Cytat:  W życiu po to tracimy pewne rzeczy, byśmy za jakiś czas mogli sięgnąć po następne. Na starym fundamencie nie powinno się budować nowego domu
    Moja ocena: 2/6

    Dorota Gąsiorowska, Obietnica Łucji, Wyd. Między Słowami, 2015

    Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam opasłe tomiska 

    7 komentarze:

    1. Ja nie wiem, co to jest, że teraz co druga książka dla kobiet musi mieć imię w tytule. Te wszystkie Ogrody Kamili, Tajemnice Luizy, Obietnice Łucji.. W połączeniu z pretensjonalnymi - najczęściej - okładkami, sprawiają, że obchodzę je szerokim łukiem..Są jak tytuły rozdziałów albo maszynopisów. Wiem, że literatura dla kobiet nie ma lekko, i wbrew pozorom, napisanie porządnej powieści dla kobiet do trudny kawałek chleba. Ale nie poradzę, gdy drażni mnie, gdy wszystkie okładki wyglądają szablonowo i kiczowato.
      Być może sukces "Pięćdziesięciu twarzy Greya" to między innymi nazwisko faceta w tytule ;).

      OdpowiedzUsuń
    2. Po książkę nie sięgnęłabym w żadnym wypadku, okładka to nie moje klimaty, ale powyższy tekst przeczytałam z wielką przyjemnością. Rzetelny i rzeczowy.

      OdpowiedzUsuń
    3. Mnie takie okladki odstraszaja. I widze, ze dobrze robie nie zblizajac sie do nich.
      A tak w ogóle to swietna powiesc przeczytalam - "Nasze dni wczorajsze" Natalii Ginzburg, niedawno wydana w Polsce przez Austerie. Mysle, ze bardzo by Ci sie spodobala.

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. O, dziękuję. Literatura włoska?

        Usuń
      2. Tak, i to z najwyzszej pólki. Goraco polecam!

        Usuń
    4. Nie jest to mój typ literatury, ale muszę przyznać, że fajnie czyta się wpis na jej temat, który nie wpada w skrajności (bezkrytyczne uwielbienie - hejt), więc dołączam się do słów Agnes :)
      Bardzo podoba mi się przedostatnie zdanie, to od słów "Gorzka prawda jest jednak taka...", bo mam właśnie takie odczucia co do popularności takiej literatury.
      PS Fakt, że kobieta na okładce ma odcięty mózg mówi chyba dużo o tym, jak nie należy odbierać tej książki, czyli: logiczne myślenie nie wskazane ;)

      OdpowiedzUsuń

     

    Ulubione

    About Me

    Moje zdjęcie
    Katowice, Śląsk
    Mól książkowy starej daty. Z urodzenia i zamieszkania Ślązaczka, choć serce ciągnie mnie w góry. Kocham przyrodę, ciepło i słońce. Zachwycają mnie krajobrazy południowej Europy, jestem italofilką. Uwielbiam koty i żałuję, że mam zbyt małe mieszkanie, by przygarnąć jeszcze co najmniej jednego. Najlepiej rudzielca :) Kontakt do mnie: joly_fh@gazeta.pl